„Peter von Kant”
reż. François Ozon
To hołd dla Rainera Wernera Fassbindera, a może interpretacyjny dialog czy pojedynek. Ozon po „Gorzkie łzy Petry von Kant” sięga 50 lat po premierze oryginału i choć w międzyczasie zmieniło się właściwie wszystko to nadal idzie tu o miłość i pożądanie. Obaj czynią z tego podstawowe prawo każdego człowieka, a przy okazji badają metody i sposoby na ich zdobycie i… zrozumienie.
Film opiera się na aktorskich kreacjach poprowadzonych technikami przynależnymi teatrowi. Wymusza to charakter utworu z akcją ograniczoną właściwie do dialogów w dusznej przestrzeni apartamentu reżysera. Po wnikliwej analizie biografii Fassbindera, Ozon zdecydował się na zmianę płci bohaterów. Petra u Ozona to Peter, ekscentryczny reżyser filmowy. Niektórzy próbują dopatrywać się w mistrzowskiej kreacji Denisa Ménocheta postaci samego Fassbindera, wskazując na charakterystyczny zarost i słuszną posturę. Sednem opowieści jest gorący romans z zabójczo pięknym Amirem (zniewalający nie tylko urodą efeba Khalil Ben Gharbia). Chłopaka przedstawi mu przyjaciółka i wielka aktorka Sidonie (zjawiskowa Isabelle Adjani). Jest wreszcie Mutti, w którą wcieliła się… i tu niezły numer: Hanna Schygulla, grająca u Fassbindera Karin, czyli odpowiedniczkę Amira. Czy to hołd dla przeszłości czy bezczelna ironia? Szczególną uwagę należy zwrócić na kamerdynera Karla, wzorowanego na Marlene z oryginału. Nie chcę prowadzić analizy symboliki postaci, pozostawiając to pyszne zadanie widzom. Dodam jedynie, że praktycznie każde jego pojawienie się na ekranie ma znaczenie, nie tylko dla fabuły. Rolę – brawurowo i konsekwentnie – stworzył Stefan Crepon.
Tekst i formuła filmu bezlitośnie doświadczają postaci, aktorów i widzów. To nieustanna żonglerka skrajnymi emocjami. Na zmianę bohaterom współczujemy, by za chwilę czuć obrzydzenie, czujemy do nich sympatię, by za moment znienawidzić. Emocjonalny roller coaster. W imię miłości, nie zważając na cenę…




