Brydż, czyli
Michała Szelągowskiego miłość w kartach zapisana
Brydż, czyli
Michała Szelągowskiego miłość w kartach zapisana
Dr Michał Szelągowski – znakomity szczeciński lekarz ginekolog, znany bon vivant i wielbiciel życia przez duże Ż. Prawdziwy człowiek renesansu, wszechstronnie uzdolniony, uwielbiający muzykę (raz nawet osobiście dyrygował zawodową orkiestrą symfoniczną, przyjaciel świetnego polskiego kompozytora i gitarzysty Janusza Strobla), dobrą książkę, rozrywkę w doborowym towarzystwie i sport – szczególnie tenis. Ale Jego największą miłością są karty. Nie te pacjentów. Karty do gry. To znakomity brydżysta, przed którym ta gra (chyba) nie ma tajemnic.

Michale, jest tyle pięknych gier karcianych na świecie m.in. „poker”, „oczko”, „wojna”, „makao” a Ty akurat wybrałeś brydża. Z jakiego powodu?
Ja gram we wszystkie karciane gry jakie istnieją. Ubóstwiam grać w karty. Ale dla mnie osobiście, nie ulega to żadnej wątpliwości, brydż jest najlepszą grą na świecie jaka jest obecnie. Można przytoczyć ze sto powodów dlaczego tak jest. Przede wszystkim jest to gra, która polega na nieprawdopodobnym myśleniu, na rachunku prawdopodobieństwa, na statystyce. Mniej na filozofii, aczkolwiek ona też odgrywa pewną rolę. Należy też odróżnić grę w brydża tzw. towarzyskiego, czyli to co często nazywane jest „domówkami” od brydża w pełni profesjonalnego, czyli brydża sportowego, który rządzi się całkowicie innymi prawami.
A który jest ciekawszy, bardziej pasjonujący, wciągający?
Dla mnie zdecydowanie ciekawszy jest brydż sportowy, czyli tzw. brydż porównawczy. Ma różne swoje aspekty. Gra się na tzw. impy – punkty meczowe, maksy. W jego ramach organizowane są rozgrywki i mistrzostwa na wszystkich poziomach np. od regionalnych aż po mistrzostwa Polski, Europy i świata. Na czym polega brydż porównawczy? Załóżmy taką sytuację. Na sali jest tysiąc par. Bo w brydża, jak wiadomo gra się parami. Mamy więc tysiąc par. Bywałem na takich zawodach np. na Mistrzostwach Świata w Weronie 20 lat temu. I wszyscy grają tymi samymi kartami. Gracze wkładają je w specjalne przegródki. Ten, kto na tych samych kartach zdobędzie najwięcej punktów, ten wygrywa turniej. Ironia losu polega na tym, że można nie mieć karty. Jak się gra w „domówce”, to wygrywa ten, kto ma lepszą kartę. Mówi się, że nawet świnia wygra, jak ma dobrą kartę. A w sportowym brydżu możesz przez cały turniej mieć zero punktów, karta Ci nie idzie i mimo to możesz wygrać turniej. Liczy się to, co z danej karty możesz zrobić, jak przeszkodzić przeciwnikom żeby za dobrze nie nagrali, jakiego dać wista, jak dolicytować, jak porozumieć się z partnerem za pomocą karty. Są różne konwencje na świecie, którymi się gra. U nas w Polsce gra się, zarówno sportowo i domowo, konwencją, która nazywa się „polish club”, czyli „polski trefl”. Wszedł on w życie prawie 40 lat temu. I polscy zawodnicy z reguły grają tą konwencją.
Ile lat grasz już w brydża?
Zacząłem grać, mówię dokładnie, 60 lat temu. Miałem wtedy 10 lat.
Pamiętasz swoją pierwszą grę?
Oczywiście, że nie. Ale w moim rodzinnym domu organizowano brydże, mój tata był wielkim fanem tej gry. I akurat rodzice moich kolegów ze szkoły podstawowej też grali u nas w domu w brydża. I nas, 10-latków, też to wciągnęło. Spotykałem się z kolegami „na chacie”, jak to się wtedy mówiło i zaczęliśmy grać. Graliśmy oczywiście też w piłkę czy bawiliśmy się w „podchody”. Ale bardzo często był brydż. Dzisiaj to żadna wielka sensacja, że dzieci grają w tę grę. Dziś siedmio, ośmiolatkowie grają w brydża, nawet w turniejach. Również w Szczecinie mamy takie dzieci, które fenomenalnie grają.
Czy to trudna gra? Ciężko było zgłębić jej tajniki?
Uczę się jej przez całe życie, podobnie chyba jak każdy brydżysta. Ale są podstawy, które koniecznie trzeba poznać i opanować. Na szczęście Polska jest w rankingu światowego brydża bardzo, bardzo wysoko. Mamy wielkich graczy, zawodników dużej klasy, mistrzów olimpijskich, świata, Europy. I też, na szczęście dla mnie, miałem możliwość ich spotkać i poznać. A poza tym bardzo wielu wielkich brydżystów pochodzi ze Szczecina. Jesteśmy wspaniałym ośrodkiem tej gry.
Jesteś w polskiej czołówce brydżowej?
Ja? Absolutne dolne rejony klasyfikacji! Kto jest dobrym brydżystą określa wskaźnik WK. Największy WK w Polsce wynosi 24. A ja mam 2. Ale to wynika z tego, że nie mam czasu na zbyt częste uczestnictwo w turniejach i zajmowanie w nich jakichś dobrych miejsc. Ja znam swoje miejsce w szeregu. Ubóstwiam grać w brydża i nie przejmuję się tym, że mam 2 WK. Bo na tyle zasłużyłem. Także ja jestem miernota, jestem takim, jak niektórzy mówią, „mistrzem okręgowym” (śmiech).
Jaki był Twój największy sukces brydżowy?
Miał miejsce w Chorwacji, w Puli, gdzie co roku odbywa się wspaniały kongres brydżowy, jeden z najlepszych na świecie. Przyjeżdża zawsze kilkaset par, atmosfera fantastyczna. Tam, o dziwo, grając z całkowitym amatorem w parze trafiliśmy do ścisłego finału. Grało ponad 300 par, a my zajęliśmy siódme miejsce! I to był mój największy sukces brydżowy. Czasami w życiu trzeba mieć farta.
Podczas gry w karty czasami gracze używają swojego slangu, swoich powiedzonek np. „as bierze raz”, „uczyła matula nie wychodź spod króla”, „gra w piki daje wyniki” itp. Czy tak jest też w przypadku brydża?
Przede wszystkim w brydżu sportowym nie ma gadania, nie wolno. Nie można słowa powiedzieć. Co innego jak grasz w domu. Tam możesz używać różnych zwrotów i powiedzonek.
W jakim najoryginalniejszym miejscu grałeś w brydża?
Jak pracowałem przez kilka lat w Wielkiej Brytanii miałem szczęście zapoznać się z niejakim Bronisławem Malinowskim, który był kiedyś w brydżowej kadrze Polski. Potem wyemigrował i założył w Londynie najbardziej elitarny prywatny klub brydżowy na świecie. Do niego zjeżdżali się najlepsi brydżyści z całego świata. Bardzo elitarne grono, nie każdy mógł do niego wstąpić. Dostałem się do niego dzięki pośrednictwu moich przyjaciół m.in. Konrada Araszkiewicza, który jest arcymistrzem międzynarodowym, pochodzącym zresztą ze Szczecina. Wstęp do tej „paki” kosztował trochę pieniędzy, ale za to miałem możliwość grania z najlepszymi zawodnikami, np. z wybitnym, światowej sławy aktorem Omarem Sharifem. To jeden z czołowych brydżystów w historii światowego brydża. Nie grałem z nim w parze, ale przeciwko niemu. Brydż w takim gronie, to był dla mnie zaszczyt i jednocześnie ten klub był najbardziej oryginalnym miejscem, w którym grałem. To był dla mnie fantastyczny czas.
Czy w brydża można grać w „rozbieranego”?
Można. Oczywiście. Bo to jest gra o coś. A ja nie cierpię grania w karty bez określenia, o co toczy się gra. Niech to będzie grosik, złotówka za punkt. W Londynie grało się po 20 funtów za punkt. W karty trzeba grać o co! Tak uważam. Można więc i w „rozbieranego”, proszę bardzo.
Brałeś udział w takich rozgrywkach?
W brydżowych nie (śmiech).




