Sylwia Majdan:
Nic nie muszę, mogę wszystko
Sylwia Majdan:
Nic nie muszę, mogę wszystko
Sylwia Majdan obchodzi w tym roku 20-lecie swojej pracy zawodowej. Ta znakomita projektantka ubiera nas już od dwóch dekad dbając abyśmy nosiły się stylowo i wygodnie. Swoją markę stworzyła w oparciu o talent, ciężką pracę i miłość do mody. Do tego jest osobą wrażliwą, ciepłą, o wielkim sercu. Po raz pierwszy spotkałyśmy się dziesięć lat temu, ja – na początku swojej drogi redaktorki naczelnej, Sylwia – na półmetku, z ugruntowaną pozycją na rynku modowym. Uświetniła pierwszą okładkę nowego otwarcia magazynu pod moim kierownictwem. Jubileusz był idealną okazją do ponownego spotkania i podsumowań. Sylwia jest osobą skrytą, niechętnie dzieli się swoją prywatnością. My – porozmawiałyśmy otwarcie i bardzo szczerze.

To był piękny, pełen emocji jubileusz. Widziałam wzruszenie, łzy i radość. Dumę Twoich bliskich, życzliwość przyjaciół. A z Ciebie biła pewność siebie i spokój.
Ciągle trzymają mnie tamte emocje. To był wieczór spędzony w gronie najbliższych osób oraz partnerów, którzy byli ze mną przez te wszystkie lata. Jest we mnie ogromną wdzięczność za każde słowo, gest i to, że byliście ze mną tego wieczoru, ale również przez całe te 20 lat. Byłam w swoim żywiole, z ludźmi, których kocham, długo przygotowywałam się do tego wydarzenia, pewnie stąd ten spokój. Było idealnie, dokładnie tak jak potrzebowałam i chciałam.
Tworzysz modę, wyznaczasz trendy, jesteś na świeczniku. Jak się z tym czujesz?
Widzisz, mnie zawsze kręcił drugi rząd. Niby mam taki zawód, że powinnam być frontmenką. Tworzę modę i kreuję ją, ale zawsze wolałam być trochę z tyłu. Byłam tam bezpieczna i na tym bezpieczeństwie mi zależało. Oczywiście z moim nazwiskiem mogłoby być o mnie głośniej, ale to nie było moim celem. Uważam, że prawdziwy artysta lubi ciszę. Nie szukam poklasku za wszelką cenę, mam swoją drogę. No i kroczę nią już tyle lat, z różnym skutkiem. Z wierzchu wygląda to pięknie, ale była to droga okupiona trudem, łzami, potknięciami. Wypracowałam sobie wiele wspaniałych relacji, ale znaleźli się też ludzie, którzy podkładali mi kłody pod nogi.
A dlaczego?
Często zadawałam sobie to pytanie.
Myśleli, że chcą dobrze dla ciebie, czy chcieli, żeby było ci trochę gorzej?
Wydaje mi się, że chyba chcieli, żeby było mi gorzej. Czułam, że jestem im po coś. Nie słuchałam intuicji. Jestem szalenie intuicyjną osobą, ale chciałam wierzyć w ludzi. Ale jak sobie ostatnio myślałam o moim dwudziestoleciu, to co najbardziej mnie budowało? Właśnie te potknięcia, ci ludzie, którzy chcieli mnie złamać, niepowodzenia, które miałam po drodze. To wszystko doprowadziło mnie do miejsca, w którym jestem. Wydaje mi się, że gdym miała prostą, piękną drogę usłaną różami, to nie byłabym w tym miejscu. Czuję dumę i radość, że pokonałam też zakręty i zawsze wiedziałam w jakim kierunku zmierzam.
A co było najtrudniejsze w tej drodze?
Ogólnie wybrałam trudny zawód. Być projektantką, wyznaczać trendy, patrzeć, jak inni chodzą w twoich rzeczach jest piękne, ale to też niewdzięczna branża. Klienci mają prawo pójść do innego projektanta i trzeba poradzić sobie z tym, że to nie jest personalne, że oni cię nie zdradzili, bo na przykład przestali cię lubić. Tylko chcą eksperymentować i czasem wracają, a czasem nie. Nikt nie jest przypisany do ciebie na zawsze. A ja muszę cały czas inspirować, zachęcać. Trudno być ciągle na fali…
Dodatkowo z jednej strony musisz być artystką, czyli osobą
o dużej wrażliwości, a z drugiej strony twoją pracą rządzi rachunek ekonomiczny. To, co zostało wymyślone, musi zostać wyprodukowane i sprzedane.
Tata kazał iść na studia (śmiech) – wybrałam ekonomię na Uniwersytecie Szczecińskim i to był strzał w dziesiątkę.
Jak zakładałam swoją działalność w 2003 roku, mogłam wykorzystać swoją wiedzę, którą zdobyłam na studiach zdobywać ją w swoim biznesie. To bardzo mi pomogło. Pasja to jedno, ale jak z tej pasji możesz żyć, się utrzymać i czerpać satysfakcję to już bardzo wiele. W moim zawodzie trzeba przewidywać, być wizjonerem i trzeba inwestować. Zdarzyło się tak, że stworzyłam kolekcję w moim odczuciu bardzo dobrą, która się nie sprzedała. No i to bolało, po pierwsze finansowo, ale bolało mnie także jako artystkę.
I jaką z tego lekcję wyciągnęłaś?
Trzeba robić swoje. Podnieść się i iść dalej. Tamta kolekcja wyprzedzała trendy. Były tam motywy kwiatowe, które weszły
do mody jakieś dwa lata później, dla Polski – było to za wcześnie. Jak teraz coś robię, to jestem bardzo pewna swojej mody, ale już się tak nie zachwycam. Do momentu aż tego mojego dziecka nie wypuszczę, nie oddam do sklepu, żeby zobaczyć, jak się przyjmie – zachowuję dystans.
Tworzysz modę dla kobiet. I jesteś blisko nas, bo jak ktoś chce Ciebie spotkać wystarczy, że zajrzy do twojego Atelier na Wojska Polskiego.
Prawda. Zapraszam i jestem. Jestem dla Was. Kocham swoją pracę, kontakt z moimi klientkami, lubię być blisko Was.
Lubisz ludzi?
Lubię ludzi, ale jestem introwertyczna. I chyba nie chcę się zmieniać, bo mi z tym dobrze, lubię bardzo swoje towarzystwo. Lubię ludzi, ale też cenię swój prywatny świat.
To chyba naturalny dystans.
Tak, chociaż mam znajomych z branży, którzy są otwarci, szalenie towarzyscy, rozrywkowi, to jest cecha, której trochę zazdroszczę. Ja stoję z boku, przyglądam się, obserwuję, ale jak już kogoś polubię, to całym sercem. Mam garstkę takich osób i bardzo to cenię, bardzo pielęgnuję. Miałam wiele znajomości, które działały w jedną stronę, Czyli ja się starałam, a ktoś nie. Teraz oczekuję wzajemności.
A wyczuwasz osoby, które chcą się tylko ogrzać w twoim ciepełku?
Wyczuwam to w sekundę. Moje ciało od razu mi mówi – mój brzuch, moja głowa. Nie tracę już czasu na takie znajomości. Mocno ufam intuicji.
A właśnie, jeżeli mowa o intuicji, poszukiwaniu wewnętrznej harmonii i medytacji. To bliskie Tobie tematy.
Wiesz co moja przygoda z medytacją zaczęła się 14 lat temu, kiedy zaszłam w ciążę. To był początek tej drogi. Przełom nastąpił, gdy urodziłam Vincenta. Ciąża przebiegała wzorowo, niestety synek tuż po urodzeniu zachłysnął się powietrzem… Lekarz powiedział, że musi być natychmiast przetransportowany do innego szpitala, na oddział neonatologii. W tym momencie mój świat się zawalił. Pamiętam odlatujący z moim dzieckiem żółty helikopter ADAC… I cztery samotne noce. Pomyślałam sobie, że muszę coś zrobić, żeby nie oszaleć. Zaczęłam wtedy, słuchać mantr i medytować. Ta sytuacja pokazała mi, że nic nie jest dane nam na zawsze, w sekundę może się zmienić całe Twoje życie. Do domu, cali i zdrowi, wróciliśmy po dwóch tygodniach. Pamiętam, że nie spałam wtedy praktycznie cały czas pilnując synka na zmianę z moim partnerem Marcinem. Pierwsze miesiące upłynęły pod znakiem laktatora, tak bardzo chciałam nadrobić te pierwsze tygodnie, kiedy synek schudł. Pamiętam tylko to karmienie i bezustanne czuwanie. A ja produkowałam tego mleka tyle, że mogłam wykarmić jeszcze parę innych dzieci (śmiech). Tak bardzo chciałam, żeby przytył ten mój Vincent! I dużo medytowałam, żeby nie „karmić” go także tym strachem, który zrodził się we mnie.
Często medytujesz?
Często. Medytuję idąc na spacer, biegając, ćwicząc. To mnie bardzo zmieniło Jestem spokojniejsza, bardziej łagodna dla siebie i otoczenia – bardziej wyciszona. Przestałam oceniać ludzi,bo sama wiecznie byłam oceniana. W szkole, przez nauczycieli, w domu przez rodziców, przez otoczenie. Mam więcej dystansu do świata, co też oczywiście przychodzi z wiekiem.
Faktycznie zmieniłaś się. Także fizycznie. Teraz patrzę na delikatną, eteryczną brunetkę. Kiedyś – blondwłosa, seksowna WAG’s, której wszyscy zazdrościli.
Ale czego?!?
Blasku, urody, pieniędzy, męża…
Ja nie rozumiem tej zazdrości. Zwłaszcza zawiści. To jest coś, co mnie denerwuje, boli i od tego uciekam.
Zwłaszcza, wtedy, gdy rozstaliście się z Radosławem, byliście mocno narażeni na ciekawość i zawiść.
Faktycznie miałam wtedy mnóstwo propozycji wywiadów, aby opowiedzieć, co się stało w naszym małżeństwie, dlaczego tak się wydarzyło, a nie inaczej. Nigdy nie mieliśmy takiej potrzeby, żeby o tym opowiadać. To była nasza prywatna sprawa. Nie na sprzedaż w czasach, kiedy chyba wszystko już jest na sprzedaż. Nie mam urazy do Radosława, że tak się wydarzyło. Byliśmy bardzo młodzi i to była nasz lekcja do odrobienia. Obecnie jesteśmy zupełnie innymi ludźmi.
Jak patrzysz na swoje zdjęcia sprzed 20 lat, to, co sobie myślisz?
Co myślę? Że bardzo się zmieniłam! (śmiech) Ale tęsknię do tej beztroski. Kiedy się zakłada biznes, zostaje się mamą, to już nie ma beztroski, to jest inne życie. I dużo mniej czasu dla samej siebie.
Pamiętam, jak urodziłam syna, to wpadałam do Ciebie i kupowałam dres bez mierzenia. Dzisiaj rano jak odwoziłaś synka na trening o świcie, także byłaś w dresie i bez makijażu, totalnie na luzie.
Uwielbiam dresy! To jest właśnie fascynujące w modzie, że wszystko się zmienia, ewoluuje, możemy pozwolić sobie na więcej, nadeszły czasy, że możemy założyć adidasy do sukienki i nikogo to specjalnie nie dziwi.
A wracając do ciebie, to jest tak, że potrafisz się w te swoje dresy schować, ale jak zakładasz sukienkę, tak jak na naszą sesję, to przeobrażasz się totalnie.
Właśnie tak zaczęła moja fascynacja modą, gdy byłam modelką u projektanta Tomka Ossolińskiego, pamiętam jak z takich zwykłych dziewczynek przeistaczałyśmy się w piękne kobiety. Szata zdobi człowieka, bez dwóch zdań!
I tak narodziła się projektantka?
Wtedy narodził się pomysł, żeby spróbować swoich sił w projektowaniu. A że jestem osobą, która nie robi nic połowicznie, to postanowiłam, że będę zdawać do Łodzi na ASP. Zwierzyłam się z tego pomysłu Kasi Bujakiewicz, a ona na to: „Próbuj, ale nie mów nikomu, bo jak się nie dostaniesz, to przynajmniej nie będzie siary” (śmiech). A pamiętam, że na jedno miejsce startowało kilkunastu chętnych, więc łatwo nie było. A ja się dostałam!
A co na to rodzice?
Tata powiedział: „O matko boska”! Wyobrażał, że będę miała dredy, kolczyki i tatuaże, a przy sztaludze na pewno będę paliła trawkę (śmiech). To był dla mnie szczególnie trudny moment, bo się rozwodziłam. Odchodziła młoda zraniona dusza, a rodziła się artystka.
Symboliczne. Porażkę osobistą, zamieniłaś w sukces. i tak to dokładnie odbieram. Miałam wtedy dwa życia, trochę dwie osobowości. W Szczecinie kobieta ze złamanym sercem, a w Łodzi – ponownie studentka z totalnie nowym pomysłem na siebie…
A mieszkałaś wtedy w Łodzi?
Pomieszkiwałam, bo studiowałam zaocznie. Od tamtego czasu nienawidzę pociągów! Wybaczcie, ale PKP mówię stanowczo nie! (śmiech)
A jest coś, co Cię w sobie irytuje?
Mało cierpliwa jestem. Bywam chaotyczna, robię sześć rzeczy na raz. Wszystko chcę mieć natychmiast! Jak coś zaprojektuje chciałabym mieć to teraz zaraz, już! Bywa to męczące dla otoczenia…
A Vincent nie uczy Cię cierpliwości?
Uczy, ale też jest moim lustrem. Też jest mało cierpliwy. I widzę w nim bardzo dużo swoich cech, więc staram się nad sobą panować, bo mi się wydaje, że jak zapanuję nad brakiem cierpliwości, to on to zobaczy i też stanie się cierpliwy.
A jaki jest Twój partner – Marcin?
Jest moim przeciwieństwem. Ja na przykład wstaję rano i mówię: „O Boże deszcz pada, ale brzydko” A on na to: „To cudownie będzie wszystko kwitło!” Jest osobą, szczęśliwą, uśmiechniętą, empatyczną i zadowoloną z życia. A ja wiecznie się o coś martwię. Uzupełniamy się.
No tak, ale z drugiej strony pracujesz mocno nad sobą.
Bardzo i są postępy, takie światełko w tunelu. Ciągle się uczę tej życiowej równowagi, dystansu. Jest we mnie bardzo dużo wdzięczności za to co mam, co osiągnęłam. Dziękuję za drobne rzeczy – kolację z bliskimi, za śniadanie z rodziną. Pięknie przeżyty, kolejny dzień. Doceniam, to co mam.
Jesteś bardzo rodzinna.
To mój fundament. Nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie oni. Coś jeszcze musisz w życiu? Tyle osiągnęłaś… Chyba już nic nie muszę, ale bardzo chcę. Wyznaczam sobie nowe cele, mam marzenia, tysiące planów. Nigdy nie robiłam nic po trupach, nigdy nie chciałam nikogo ranić, a jak już zraniłam kogoś, to bezwiednie. Przede wszystkim nic nie muszę nikomu udowadniać i to jest bardzo uwalniające.
A nie uważasz, że to też przychodzi z wiekiem, z dojrzałością?
Znam takich ludzi, co są bardzo dojrzali, a są dalej… niemądrzy. A u mnie szło to w parze, moja dojrzałość pociągnęła wrażliwość, empatię i pokorę do życia. Lubię ten stan, w którym jestem, ale on jest bardzo mocno wypracowany. Kiedyś wydawało mi się, że muszę pracować dwa razy bardziej, żeby udowodnić, że potrafię sama.
Przepraszałaś trochę, za to, że miałaś lepszy start niż inni?
Tak. Przepraszałam! Teraz już tego nie robię. Jak potrzebuję pomocy na – przykład mojego taty – to o nią proszę. Zapracowałam na to ciężko. Zmieniłam się. I ta zmiana jest dobra.
Zmiany są twórcze.
Są konieczne do życia. Mam też znajomych, co mi mówią „zmieniłaś się”. A to oni zostali w swoim świecie, ja poszłam dalej. Oczywiście, im jestem starsza, tym bardziej boję się zmian. Jak byłam młodsza, to ciągle coś zmieniałam i nie oglądałam się za siebie. Teraz jestem bardziej przewidująca, bardziej może boję się ryzyka, ale bez tego nie ma życia. Życie nie jest linią prostą, to wieczna sinusoida.
No i obfituje w szczęśliwe zbiegi okoliczności. Czasem mi powtarzasz: „Iza, tak miało być”.
Ja naprawdę w to wierzę. Wierzę, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Dlatego nie wolno uciekać przed różnymi rzeczami, bo okazja czasami potrafi się nie powtórzyć. Nikt nie jest postawiony na twojej drodze bez powodu. I wierzę, że każdy nawet ten, kto cię kosztuje dużo, energii i smutku jest Twoją lekcją. Czy ty z niej wyciągniesz naukę, czy nie wyciągniesz zależy od Ciebie.
To jest twój przepis na sukces? Przekuwać porażki w triumf?
Dokładnie.
Uczyć się od ludzi?
Zdecydowanie i powiem ci, że ja jestem bardzo dobrym obserwatorem, ale też patrzę na błędy innych i wyciągam z tego wnioski. A nieco odbiegając od tematu, dzięki temu, że jestem znana, mogę pomagać. Na przykład mogę być wolontariuszem w Drużynie Szpiku, co daje mi ogromną radość.
To cudowna sprawa, ale ekstremalnie trudna. Jak sobie z tym radzisz?
W wolontariat wciągnęła mnie Kasia Bujakiewicz sześć lat temu. Dorota z Drużyny Szpiku dobiera osoby, które chcą realnie pomagać. Nie szuka celebrytów, którzy chcą się pokazać. Jesteśmy bardzo często w szpitalach na oddziałach onkologii dziecięcej, zdarza się, że kupujemy z własnych funduszy różne rzeczy, nie pokazujemy tego na Instagramie, po prostu tam jesteśmy. To było i jest bardzo trudne, ale muszę tam być. To jest coś fantastycznego, że możesz dać dzieciakom skrawek normalności. Przychodzisz, rozmawiasz z nimi, dajesz im swój czas, zaangażowanie, czyli coś, co dla mnie jest najcenniejsze. Muszę pomagać, bo warto, bo trzeba i daje to tyle satysfakcji i radości. I znowu wracam do tego o czym mówiłam wcześniej, mam w sobie ogromną wdzięczność za to kim jestem.
Zmienię nieco temat. A nie łatwiej byłoby odcinać kupony od nazwiska Majdan? Funkcjonować mocniej w show biznesie? Zarabiać na tym?
Od dwudziestu lat sama bardzo ciężko pracuję na swoje nazwisko. Dlatego go nie zmieniłam. Akademię Sztuki skończyłam pod tym nazwiskiem. To element mojej tożsamości. Show biznes nigdy nie był moją drogą. Nie lubię nic robić na skróty, a to byłoby właśnie na skróty. Długo pracowałam na swoją samodzielność i niezależność. Funkcjonowanie w mediach wiąże się także z bezustanną oceną, często – nieuczciwą i niesprawiedliwą. No i z hejtem, na który nigdy nie będę gotowa. Ja chciałam być definiowana przez modę, przez to, ile daje kobietom szczęścia, ile daje swojej wrażliwości. Jestem w tym szczera i autentyczna.
Nie wszystko jest na sprzedaż.
Oczywiście. Są pewne rzeczy, które nie są absolutnie do kupienia Ja strasznie sobie cenię prywatność. Jak Vincent skończył 8 lat, zapytałam się go, czy mogę go udostępnić na Instagramie, bardzo chciał, był bardzo aktywny, ale teraz stał się nastolatkiem i już nie chce. Podobnie mój partner Marcin jest niechętny i ja to szanuję. Ale mój Instagram to cała ja. W stu procentach prawdziwy, chociaż to jest tylko mały wycinek mojego życia. Mam 30 tysięcy obserwujących, może mogłoby być więcej, ale to są fajni, prawdziwi, życzliwi mi ludzie i ogromna wartość.
Dziękuję za rozmowę
fot. Karolina Tarnawska
MUA: Paulina Szymańska
produkcja sesji: Maja Holcman




