Krzyżacy ze Szczecina
Średniowieczny taniec, śpiew, ślub w stylu Zbyszka i Jagienki. I oczywiście walka na miecze – może nie na śmierć i życie, ale na złamania, siniaki i zranioną powiekę. To wszystko przeżyli szczecinianie. Zwykli ludzie – pracownicy telemarketingu, inżynierowie, studenci, wykładowcy. Łączy ich jedno – fascynacja późnym średniowieczem. Wszyscy mogą też powiedzieć o sobie – walczyliśmy w bitwie pod Grunwaldem.
W tym roku minęło 600 lat od największego zwycięstwa w historii wojska polskiego. Z tej okazji na pola pod Grunwaldem zjechały tysiące odtwórców historycznych z całej Polski, ale i z Białorusi, Ukrainy, Niemiec. Wśród nich byli także szczecinianie. W różnym wieku, różnych profesji. Ale wszyscy połączeni tym samym – pasją do odtwarzania historii późnego średniowiecza. Rycerze, giermkowie, panny dworu, rzemieślnicy. Co ciekawe, po stronie krzyżackiej.
„W poprzednim wcieleniu byłem rycerzem”
Szczecińscy odtwórcy, którzy w tym roku starli się na miecze pod Grunwaldem, zgrupowani byli głównie w dwóch chorągwiach – Chorągwi Zachodniopomorskiej księcia Kazimierza V i Chorągwi Nadreńskiej. Obie na wielkim, grunwaldzkim polu, rozlokowane były w obozie wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego, Ulricha von Jungingena.
Założycielem i dowódcą Chorągwi Kazimierza V jest Grzegorz „Łazarz” Kuklewski, prywatnie wykładowca zarządzania. Jak to się stało, że poważny wykładowca akademicki założył zbroję i stanął z mieczem przy boku na polach Grunwaldu? – W poprzednim wcieleniu byłem rycerzem – śmieje się pan Grzegorz.
Przyszły założyciel chorągwi zachodniopomorskiej dwukrotnie przyjeżdżał na rekonstrukcję grunwaldzką jako turysta. – Obiecałem sobie, że za trzecim razem przyjadę już w pełnej zbroi i stanę po drugiej stronie barierki – wspomina pan Grzegorz.
Udział w bitwie pod Grunwaldem to dla szczecinian nie tylko zabawa w rycerzy. To także patriotyzm lokalny. – Bardzo przyjemnie wystąpić na polu bitwy z zachodniopomorskim gryfem na tarczy – przekonuje „Łazarz”.
Zbroje dla rycerzy spod znaku pomorskiego księcia Kazimierza V Grzegorz Kuklewski kompletował przez dwa lata. Koszt pełnego rynsztunku rycerza spod Grunwaldu to kilkanaście tysięcy złotych.
Sebastian Sipowicz z Chorągwi Nadreńskiej co roku przyjeżdża na rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem. – Wiem, że nic mnie nie zaskoczy – stwierdza. – Ale przyjeżdżam dla znajomych. Tu wszyscy się znają. To świetne uczucie spotykać co jakiś czas naraz kilkuset przyjaciół, mających te same pasje.
Sebastian Sipowicz prywatnie jest kierownikiem operacyjnym w call center, a z wykształcenia – technikiem ochrony środowiska. Historią pasjonuje się od czasów liceum. Jeszcze wcześniej fascynowały go gry komputerowe fantasy, RPG, larpy (gry terenowe) – a więc krąg zainteresowań, które często towarzyszą odtwórcom średniowiecza.
– Poza historią, w obozie rycerskim można nauczyć się wielu praktycznych rzeczy – zapewnia pan Sebastian. – Przyrządy codziennego użytku wszyscy odtwórcy wytwarzają i robią sami. Zdarzali się ludzie, którzy do chorągwi przychodzili, mając „dwie lewe ręce”, a po jakimś czasie spędzonym w obozie stawali się „złotymi rączkami”.
Średniowieczna rozrywka
Na przygodę z rycerstwem mężczyźni nie mają monopolu. W chorągwiach służy też wiele kobiet. – Bez nich świat rycerski byłby przykry – stwierdza Grzegorz Kuklewski. - Jest moment w przerwie bitwy, kiedy strasznie chce się pić i zmoczyć ten swój zakuty łeb, nawet nie musisz krzyczeć wody, a już masz mokrą ścierkę na twarzy, one są wszędzie! Taki pit stop i mają lepszy czas niż ekipa Formuły 1 (śmiech)!
Kobiety w chorągwiach rycerskich zajmują się nie tylko wspomaganiem rycerzy na polu bitwy. W ramach Chorągwi Zachodniopomorskiej działa wokalno – teatralno – taneczny zespół Dra. Założycielka i frontmanka tej grupy, Alina Karolewicz, opowiada: - Próbujemy ogładzić codzienność średniowieczną swoim śpiewem.
Dra to zarówno poważny, religijny teatr i tańce tradycyjne. – Odtwarzamy średniowieczną rozrywkę – opowiada pani Alina. – W naszą działalność chętnie włączają się rycerze, tańczą, grają w naszym teatrze.
Bardzo często w chorągwiach tworzą się pary, małżeństwa.
Basia Klusek, studentka IV roku filologii rosyjskiej ze Szczecina, ze względu na swoją pasję do historii Słowian, dołączyła dwa lata temu do szczecińskiej grupy, odtwarzającej zwyczaje Słowian i Wikingów. Poznała Marcina, działającego z kolei w rycerstwie późnego średniowiecza. Dziś są razem, a Basia przeniosła swoje historyczne zainteresowania w czasie do XV wieku, dołączając do Chorągwi Nadreńskiej. – Klamka zapadła, razem z Marcinem wybrałam się po raz pierwszy pod Grunwald – wspomina Basia. – Raz tam pojechałam i już wiem, że wrócę tam za rok. Mamy teraz z Marcinem wspólną pasję.
Marcin i Marta Kowalikowie także poznali się w ramach ruchu rycerskiego. Trzy lata temu wzięli prawdziwy, rycerski ślub. W oryginalnych strojach z XV wieku, z oryginalną łacińską jeszcze liturgią, w Byczynie, na zjeździe rycerzy zakonnych. Średniowieczne wesele było bardzo huczne. – Wystąpiły na nim hurysy (muzułmańskie dziewice – przyp. red.) tańczące taniec brzucha, co niektórych gości nawet oburzało – wspomina pan Marcin. - Potrawy rodem z XV wieku, które zgodnie z późnośredniowiecznym zwyczajem, goście jedli bez sztućców z glinianych lub drewnianych talerzy.
- Na weselu przygrywała nam oczywiście tylko średniowieczna muzyka – dodaje pani Marta. – Do takiej muzyki wszyscy tańczą razem, w korowodach.
Mieczem w oko
Życie współczesnego rycerza to także, co oczywiste, użycie zbroi na polu walki. Sześćset lat po Grunwaldzie rekonstrukcja sławnej bitwy przebiegała w ekstremalnych warunkach pogodowych. Największym przeciwnikiem całego rycerstwa – zarówno polsko – litewskiego jak i krzyżackiego – był czterdziestostopniowy upał. – Blachy zbroi rozgrzewały się do 300 stopni Celsjusza – wspomina Grzegorz Kuklewski. – Mimo, że trenujemy dwa, trzy razy w tygodniu przez cały rok, mamy dobrą kondycję, to jednak w takim upale bardzo ciężko wytrzymać.
Dźwięki karetki pogotowia były na polu bitwy pod Grunwaldem częściej słyszalne niż brzęk oręża. Co chwilę ktoś mdlał. Tego komfortu nie mógł mieć odtwórca roli księcia szczecińskiego Kazimierza V, który musiał trwać na posterunku do końca bitwy.
Temperatura nie jest oczywiście jedynym niebezpieczeństwem na polu walki dla rycerza. – Odtwórstwo to sport kontaktowy, więc zdarzają się kontuzje, gdy zawodnik ma niedostosowany sprzęt – mówi Adam Białke „Dziki”, dowódca i założyciel Chorągwi Nadreńskiej, prywatnie technik montażu, pracujący w Irlandii. – Nagminnie zdarzają się otarcia, siniaki, złamania, skręcenia. Jeden z naszych rycerzy został lekko trafiony w oko w gęstym starciu, czubek miecza skaleczył mu powiekę. Na szczęście odchylił głowę i oka nie stracił.
Mitem jest opinia, jakoby rycerze w XV wieku poruszali się w nieznośnie ciężkich, czterdziestokilogramowych zbrojach. – Żaden koń by takiego ciężaru nie wytrzymał – przekonuje Adam Białke. – Dlatego my, odtwarzając historię, często eksperymentujemy, sprawdzając logicznie, czy na przykład dane metody walki były możliwe do realizacji. Zgadujemy, jak coś mogło funkcjonować. Po sześciuset latach ciężko znaleźć podręcznik treningowy do walki rycerskiej czy poradnik: jak zbudować namiot z lnu, żeby się nie rozleciał.
Dla niektórych może to być zaskoczenie, że Polacy odgrywają postacie Krzyżaków. – Ale ktoś musi być po tej drugiej stronie – stwierdza Marcin z Chorągwi Nadreńskiej. Basia wspomina: - Mieliśmy z przyjaciółmi z chorągwi groteskową sytuację. Jadąc pod Grunwald, wsiedliśmy w taksówkę. Gdy taksówkarz zorientował się, że walczymy po stronie Krzyżaków, chciał nas wysadzić w środku pola. Udało się tego uniknąć (śmiech).
Kontuzje, rany, wysokie koszty nie zniechęcają szczecińskich pasjonatów średniowiecza do zabawy w rycerstwo. – Poznałam ludzi odtwarzających różne epoki historyczne – zapewnia Basia Klusek. – I wszyscy mają ze sobą coś wspólnego: ten „błysk w oku”, radość z realizowania swoich pasji. To bardzo otwarci ludzie, którzy mnie inspirują.
Jak zapewnia Basia, odtwórcy traktują swoją zabawę bardzo poważnie. Wymieniają się doświadczeniami, wzajemnie motywują do wytężonej pracy, której efekt ma być jeden – odtwórstwo jak najbardziej zbliżone do realiów odtwarzanej epoki. A dobra zabawa przy okazji. – Nie zarabiamy na tym – zapewnia Adam Białke. – Co najwyżej na festiwalach rycerskich, których jest w Polsce cała masa co weekend od maja do października, otrzymujemy symboliczne wynagrodzenie w postaci piwa.
Wbrew pozorom, przygoda w rycerskim obozie i na polu średniowiecznej bitwy nie musi być wyczerpującym przeżyciem. - Kiedy wróciłam do domu po pierwszym moim Grunwaldzie miałam wrażenie że po raz pierwszy od dawna naprawdę wypoczęłam – zapewnia Basia Klusek.
Maciej Pieczyński




