Ryszard Horowitz
Fotograf wyobraźni
Ryszard Horowitz
Fotograf wyobraźni
Ryszard Horowitz jest prekursorem stosowania efektów specjalnych w fotografii w czasach przed obrazowaniem cyfrowym. Wraz z rozwojem technologii tworzył kolejne dzieła, wykorzystując nowatorskie techniki i programy komputerowe. To na nim wzorowali się graficy i fotografowie specjalizujący się w reklamie, a jego prace wyznaczały światowe trendy i inspirowały kolejne pokolenia twórców. Ten fascynujący dorobek możemy oglądać w Galerii Poziom 4 w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, gdzie artysta obchodził także swoje 85 urodziny. Mieliśmy okazję porozmawiać z Ryszardem Horowitzem przed jego jubileuszową ekspozycją.
Atelier'06
Panie Ryszardzie, skąd pomysł, by retrospekcyjną wystawę i urodziny zorganizować w szczecińskiej Filharmonii?
To nie było zaplanowane, tylko raczej dobra wola osób, która zajmują się Filharmonią, ale także pokłosie moich zainteresowania muzyką. Zwrócono się do mnie z propozycją. Po obejrzeniu fotografii tej wspaniałej budowli od razu się zgodziłem. To nie była moja pierwsza wizyta w Szczecinie. Ponad 20 lat temu byłem z wystawą, która miała miejsce w Zamku Książąt Pomorskich i pamiętam to jako bardzo pozytywne doświadczenie.
Wspomniał Pan o muzyce. Zajmuje ona, a szczególnie jazz, ważne miejsce w Pana życiu. Spotkał Pan na swej drodze najwybitniejsze postacie światowego jazzu, które uwiecznił na fotografiach.
Jeśli chodzi o polski jazz to tak się szczęśliwie złożyło, że ci muzycy, to byli moi koledzy i przyjaciele z uczelni. Jako że studiowałam malarstwo łączyły nas wspólne dziedziny sztuki. Spotykaliśmy się również w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, gdzie to muzyczne życie tętniło. Ponad 50 procent muzyków, których fotografowałem, to byli moi koledzy i koleżanki. Ci, którzy żyją są nadal ze mną bardzo blisko i utrzymujemy ze sobą kontakt.
Dla nas muzyka, a w szczególności jazz to była taka ucieczka od politycznej sytuacji, w której się znajdowaliśmy. To było nielegalne. Słuchaliśmy radia, Głosu Ameryki, audycji Willisa Conovera, którego z czasem poznałem po przyjeździe do Ameryki. Facet o genialnej dykcji, zawsze chętny by porozmawiać z obcokrajowcami. Służył nam do nauki języka angielskiego, ale też grał w swoich audycjach genialną muzykę, której słuchaliśmy w grupach po cichutku, a później zbieraliśmy się w prywatnych mieszkaniach i klubach młodzieżowych na jam session.
Po przyjeździe do Nowego Jorku stale chodziłem na koncerty do klubów. To było bardzo łatwe, gdyż koszta takiego wyjścia były niewielkie. Za dolara można było kupić butelkę wina i tak słuchać koncertów przez całą noc, na przykład Theloniousa Monka. Byłem taką chodzącą encyklopedią jazzu, znałem nazwiska wszystkich muzyków, wszystkie zespoły co imponowało moim kolegom Amerykanom, którzy do tego mieli raczej luźny stosunek. Wszystkie pieniądze jakie udawało mi się uzbierać szły na płyty jazzowe i sprzęt do odtwarzania muzyki. Mój kuzyn był inżynierem specjalizującym się w instalacji urządzeń muzycznych więc miałem dostęp do dobrego sprzętu grającego.
Mówi Pan o sobie, że nie jest fotografem, a fotokompozytorem. Czy muzyka na to także miała wpływ?
Tutaj chodzi o kompozycję fotograficzną. O podobieństwo pomiędzy kompozytorem muzycznym i taką osobą jak ja, która składa niezależne fotografie, podobnie jak muzyk dźwięki, w harmonijną całość. To podobieństwo jest duże, połączenie w podświadomości jest bardzo zbliżone. Nie mam nic przeciwko temu, jeśli ludzie kojarzą moje fotokompozycje z kompozycją muzyka.
A skąd zamiłowanie do fotografii. W tamtym okresie wielu Pana rówieśników, o podobnych zainteresowaniach, wybrało szkołę filmową?
Faktycznie wielu moich przyjaciół wylądowało w szkole filmowej. Z fotografią zetknąłem się wcześnie. Tak się złożyło, że mieliśmy dostęp do wielu żurnali zachodnich, w których znajdowały się zdjęcia znakomitych twórców, którzy zresztą po moim przyjeździe do Stanów stali się moimi przyjaciółmi. To było znakomite przygotowanie do tego co mnie czekało później. Wyjeżdżając do USA absolutnie nie zakładałem, że zostanę fotografem. Bardziej interesowała mnie plastyka, ale biorąc pod uwagę to, że na początku, szukałem zajęcia, z którego będę mógł się utrzymać, zdjęcia były łatwiejsze do sprzedania niż malarstwo. Wychowany byłem na klasycznym malarstwie, a w tym czasie w Ameryce było zapotrzebowanie na abstrakcyjną sztukę, którą dopiero z czasem zacząłem odczytywać. Byłem zatem nakierowany na zarobkowanie, pracując najpierw jako grafik, a potem jako szef artystyczny agencji reklamowej. I w tej pracy miałem cały czas do czynienia z fotografami. Podobało mi się to co robiłem Intrygowało mnie to. Przywiozłem ze sobą z Polski dwa aparaty. Jeden był wschodnioniemiecki, drugi – zachodnioniemiecki i jeszcze czeski powiększalnik (śmiech). W łazience zbudowałem ciemnię fotograficzną i zacząłem działać.
Pana koledzy krytykowali Pana, że poszedł Pan w komercje, a nie poświęcił wyłącznie dla sztuki.
Moja praca w reklamie, moim ówczesnym kolegom plastykom niespecjalnie się podobała. Słowo „commerce” wtedy było nacechowane negatywnie, gdyż nie kojarzyło się ze sztuką, tylko z zarobkowaniem. Byli ludzie, którzy źle do tego podchodzili i z tego też powodu nie najlepiej mnie traktowali, ale wiedziałem co robię i niespecjalnie na to zwracałem uwagę.
A co Pana inspirowało?
Inspiracji było wiele. Ci najciekawsi twórcy ze świata akurat byli na miejscu. Zawsze była szansa na spotkanie ich. Poznałem wielu profesorów, którzy pracowali zawodowo na uczelni i mieli fantastyczne kontakty. Jeden z nich otworzył przede mną świat, wysłuchując o moich marzeniach, o osobach na których mi zależało. I tak poznałem wspaniałych grafików, fotografów, muzyków, itd. Przez te spotkania, wymianę doświadczeń, myśli, nauczyłem się bardzo wiele, również bycia pozytywnie nastawionym do tego co robię, a także odpornym na krytykę.
W Nowym Jorku miałem dostęp do najlepszych galerii i muzeów, w których zawsze mogłem znaleźć coś dla siebie inspirującego. Zresztą nie tylko sztuki plastyczne mnie inspirowały, ale również muzyka, teatr, kino. To wszystko jest ze sobą powiązane. Szpikując się tym wszystkim, odczuwałem pozytywne wibracje.
Jest Pan pewnego rodzaju guru, pionierem w świecie reklamy. Ma Pan na koncie kampanie dla wielkich marek, współpracował Pan z najlepszymi w tej branży. Było łatwo?
Na początku różnie bywało. Znalazłem taką metodę pracowania z ludźmi, która polegała na wymianie idei. Starałem się delikatnie podsuwać pomysły i to w taki sposób, by ludziom, z którymi współpracowałem, wydawało się, że mają taki sam wkład w projekt jak ja. Nie starałem narzucać się, gdyż jest to niebezpieczne i z reguły się źle kończy. Szczęśliwie, ludzie nie przychodzili do mnie z gotowymi założeniami czy szkicami, tylko znając moje podejście do pracy, często polegali na mnie. Wszystko opierało się na współpracy, przekonywaniu się w taki sposób, żeby ludzie mogli korzystać z mojego dorobku. I kiedy wracali do mnie to już na tyle wiedzieli co reprezentuję, że najczęściej zostawiali mi wolną rękę. Oczywiście, czasem dochodziło do zgrzytów, do zmian konceptualnych, ale najczęściej współpraca była na tyle udana, że ja miałem z tego zadowolenie i klient czuł się odpowiednio połechtany. Zawsze mówię, że w tej pracy, w tym zawodzie, trzeba być dobrym dyplomatą, żeby ludzie czuli się twórczą częścią zlecenia.
Jest Pan również prekursorem stosowania efektów specjalnych w fotografii w czasach przed obrazowaniem cyfrowym, zanim wymyślono Photoshopa.
Są rzeczy, które przyszły w sposób naturalny. Zawsze mnie interesowało przygotowywanie różnego rodzaju rozwiązań, a im coś było trudniejszego, tym bardziej mnie to rajcowało. Odkrywałem różnego rodzaju skróty, a że współpracowałem z ludźmi, którzy zajmowali się projektowaniem sprzętu optycznego to mogłem kanalizować to co mi potrzeba i szukać narzędzi do realizacji celu. Ta technologia mnie interesowała. Pamiętajmy, że zdjęciami manipulowano od zawsze, były tylko inne narzędzia. Wiele z moich prac z lat 60. i 70. odbieranych jest jako „photoshop”. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że takie rzeczy można było robić bez komputera.
Skoro mowa o „manipulacji” to, co myśli Pan o sztucznej inteligencji (AI). To zagrożenie da twórców czy kolejne przydatne narzędzie?
To zależy kto się tym zajmuje, kto z tego korzysta. Przeciętni ludzie są bardzo rozproszeni, nie mają żadnego przygotowania technicznego, nie mają wyobraźni i opierają się na tym co giganci technologiczni mają do zaoferowania. Warto się tym pobawić, ale w sposób ostrożny. Technologia ta ułatwia składanie fotografii, nakładanie warstw na siebie, wymianie tła, wymianie kolorystycznej, ale może także służyć do zniekształcania rzeczywistości czy oszustw.
A co by Pan powiedział młodym, początkującym fotografom?
Żeby jak najwięcej się kształcić, uczyć się od wielkich mistrzów, nie tylko fotografów. Sam najwięcej wyciągnąłem od malarzy. Nauczyłem się od nich wyczucia koloru, podstaw samych konceptów. Żeby do czegoś takiego dojść trzeba wiedzieć czego się szuka i interesować wszystkim co nas otacza.
Dziękuję za rozmowę.




