W okolicach marca zaczynam wietrzyć szafy. Również metaforycznie. Otrząsam się z zimowego snu i postanawiam wszystko poukładać. Robię to po to, żeby było lepiej.
Pierwszy kryzys mam zaraz po wywaleniu zawartości na światło dzienne: za dużo tego. Kiedy ja zdążyłam wszystko zgromadzić?! Przecież to jakieś zbieractwo jest: o proszę, ta marynarka z wełnianego tweedu pamięta czasy studiów. Co ona robi w mojej szafie, przecież w nią nie wchodzę? Jak to: co robi. Czeka na czasy, kiedy w magiczny sposób odpadnie połowa mnie i wskoczę w pepity jak w masło. Ale czy to jest możliwe? Przy sporym samozaparciu, dużej dawce ruchu i odpowiedniej dawce zielonej sałaty – owszem. „Możliwe”, to magiczne słowo, niesie ładunek optymizmu. Bądźmy jednak szczerzy, lepiej od razu zadać pytanie inaczej: czy to jest prawdopodobne? I tu już wiadomo, że słabo.
W związku z kryzysem pierwszym, nadchodzi drugi – logicznie wynikający z pierwszego. Dlaczego ja się w te pepity sprzed niemal trzydziestu lat nie mieszczę? Dlaczego po drodze spotkałam tyle pączków, frytek i prosecco, dlaczego takie złe wybory życiowe za mną?
Mogę sobie dzisiaj kupić sześć pepit, ale to nie o to chodzi. Chodzi o wjeżdżające z fanfarami nadciśnienie i podwyższony poziom cholesterolu, o cukier dobijający do górnej normy i pojękiwania wątroby, że koniec tego dobrego. Rozmiar ma znaczenie, nie ma co chrzanić, że samoakceptacja wszystko załatwi. Jak się jest od urodzenia dużą dziewczynką, to się powinno bez oporów akceptować. Jak się ma po urodzeniu dziecka rozmiar większy niż się miało – również. Człowiek to nie manekin z matrycy, może mieć rozmiar jaki chce. Tylko, żeby był zgodny z potrzebami wątroby. Mój nie jest. Zbyt często do mojego królestwa zajeżdża książę Ranigast z odsieczą i złachany jest już bardzo.
Kryzys trzeci zatem: źle się odżywiam. W moim wieku trzeba rozważniej dobierać kalorie, bo zostają na dłużej. Tymczasem ja nadal wolę frytki od ziemniaczka z wody oraz budyń zamiast kisielu. Tymczasem już dawno powinnam zrewidować zachcianki i skłonność do spożywczej nonszalancji. Powinnam rozrysować grafik i ustawić okno żywieniowe. W tej chwili moje okno ma na zmianę: wielkość piwnicznego otworu z kratą i rozmiar szyby wystawowej galerii Kaskada. Przecież moja insulina dziczeje przy tym trybie.
Źle się odżywiam i nie mam się w co ubrać – to kolejny kryzys, łączony. A sumując trzydzieści lat, widzę, że wywaliłam tyle pieniędzy na masę rzeczy, kotłujących mi się w szafie – to daje wielowątkowy kryzys z podtekstem ekonomiczno-moralnym.
Dostałam jakiś czas temu książkę Marie Kondo. Pośmiałam się z oczywistości jej rad i rzuciłam gdzieś do kąta. Postanowiłam jednak dać jej drugą szansę. W filozofii porządkowej Kondo mówi się o magii sprzątania. O mantrze sprzątania. U mnie to żadna magia, za to fakt – nieustająca mantra, powtarzana codziennie i wciąż. Jak mam się nią cieszyć? Drobniutka i schludna Marie, ma bardzo prostą receptę: zanim się zaczniesz cieszyć, musisz powywalać. Wziąć najpierw do ręki i rozważyć: czy ten przedmiot przynosi mi radość? Przynosi? Zostaw. Nie? Oddaj.
Zbyt ciasna pepita nie przynosi mi radości, tylko irytację, no to bingo! Pepita do pudła PCK. Ale STOP, czy na pewno chcę ją oddać obcym ludziom? Może moja nastolatka dorośnie do ponadczasowej angielskiej klasyki i ponosi mój ulubiony tweed?
Zgodnie z Kondo kupy są trzy, a u mnie cztery: na pierwszej stercie lądują rzeczy do wywalenia bez pardonu. Na drugiej niechciane, ale zbyt fajne na śmietnik. Te oddam rodzinie, albo jak rodzina nie będzie miała gustu i powie, że w tym chodzić nie zamierza, oddam na PCK. Trochę wredne, przepraszam potrzebujących. Te zbyt fajne, żeby oddać (też wredne) wystawie na Vinted. Czwarta kupka to rzeczy do noszenia z radością, czyli nie za ciasne, nie za brzydkie i w ogóle boskie. Coś mała ta kupka…
W rozważaniach nad czwartą kupką, kątem oka dostrzegłam jeszcze jedną stertę odzienia: misz masz rzeczy odkładanych na „po domu”, „do sprzątania” i „do prac w ogrodzie”. Marie mówi, że nie tak się to robi, że po domu to się chodzi w miłym dla oka ubranku, a nie jak dziadówa i żul. Dobrze, Marysiu, Marysia ma rację. Zostawię tekstylną dziadowiznę do ciężkich prac ogrodowych, resztę wyrzucę.
Napisałam, że ta ostatnia kupa została dostrzeżona kątem oka, ale to nieprawda.
To wielkie zwałowisko niewyjściowych szmat, segregowanych wg. nieodgadnionego tajemnego klucza. I jeśli je zostawię, to przez 365 dni w roku mogę odziewać się codziennie w inny outfit.




