Choć nie podzielam bezkrytycznych zachwytów nad „Brutalistą” Brady’ego Corbeta, to uważam, że jest to jedno ważniejszych kinowych dzieł ostatnich dekad, które na długo pozostanie filmową ikoną. Reżyser miał odwagę poruszenia pewnych tematów w sposób, w jaki wielu wciąż się nie odważyło. Surowo, wprost, bez koterii i kokieterii. To dawno nie widziany tak gęsty i intensywny obraz potwornego świata. Nie! To obraz tego, co ze światem zrobili ludzie.

Reżyser podzielił film na rozdziały, które zaopatrzył w patetyczne tytuły. „Brutalistę” niczym wielką symfonię otwiera „Uwertura”, która okazuje się hybrydą teledysku i artystycznej impresji. To przede wszystkim ciekawe prowadzenie kamery Lola Crawleya, przywodzące na myśl legendarną Dogmę. A do tego swoje robi „ziarno” taśmy 70mm! Od pierwszych scen uwagę zwraca znakomita muzyka Daniela Blumberga. Udało mu się zespolić architekturę i muzykę w jedno, za spoiwo posłużyła materia filmu. Pozytywistyczne kompozycje inspirowane dźwiękami budowy hipnotyzują swoim rytmem, sporo jest też prawdziwego, chropowatego jazzu.

W kolejnych sekwencjach poznajemy głównego bohatera – to László Tóth, węgierski żyd, ceniony architekt, absolwent szkoły Bauhausu w Dessau. Postać została pomyślana jako swoisty hołd dla modernistycznych architektów i ich roli w odbudowie powojennego świata. Tóth wyemigrował z Europy do Stanów, ale na kontynencie została jego żona Erzsébet, która na skutek administracyjnych obostrzeń nie może opuścić Węgier. Małżeństwo utrzymuje korespondencje, która przez sporą część filmu stanowi jego poetycką narrację.

„The Enigma of Arrival” to monumentalny tytuł kolejnego rozdziału, w którym zobaczymy zmagania bohatera z powojenną traumą oraz nową rzeczywistością pozornego raju na ziemi i etosem American’s Dream. Szybko okaże się, że to nie jest przyjemne senne marzenie, a koszmar. Rytmem opowieści będą wzloty i upadki bohatera, będziemy go nieustannie oglądać między sukcesami a porażką. Mimo gęstości znaczeń i wagi historii pierwsza część „Brutalisty” nieco zawodzi, momentami nawet nuży. Drugi akt filmu zatytułowany „The Hard Core of Beauty” to nie tylko „intelektualnie stymulujące konwersacje” Tóth az Harrison Lee Van Buren Seniorem, ale kontynuacja laboratoryjnej obserwacji wielkiej hipokryzji. Reżyser diametralnie zmienia tempo narracji, od tego momentu będzie dynamicznie, a rytm wyznaczą odgłosy budowy ikonicznego dzieła, którego budowę Tóth’owi zleca Van Buren. Zderzą się temperamenty bohaterów, różnice charakterów, pojmowania świata i jego wartości, zniknie kokieteria, a górę weźmie ksenofobia, seksizm, antysemityzm i ekonomiczna kalkulacja. Poruszający będzie wątek relacji bohatera z żoną, którą uda się sprowadzić do Stanów. W drugiej części zarówno Corbet jak i Crawley pozwalają sobie formalnie na jeszcze więcej. Realizm przeplata się z sennymi fantazjami, narkotycznymi wizjami albo psychicznymi zaburzeniami.

László Tóth to bez cienia wątpliwości kreacja życia Adriena Brody. To co zaproponował w „Pianiście” było jedynie prologiem, przygrywką do stworzenia bohatera „Brutalisty”. Nie zamierzam się wygłupiać, by próbować znaleźć określania dla tej pracy... Wydaje mi się, że określenia „mistrzostwo” czy „brawura” byłyby niewystraczające. Brody’emu w emocjonalnej intensywności kreacji nie ustępuje Felicity Jones jako Erzsébet Tóth. Fascynuje i porusza jej metamorfoza i tak przejmująco sportretowane skrajne momenty naznaczone bólem i cierpieniem. Frapuje też niebezpiecznie milcząca i tajemnicza Zsófia, czyli Raffey Cassidy. Jest jeszcze przeznakomity Guy Pearce vel Harrison Lee Van Buren Senior. To rola tak gęsta od niespodziewanych emocji i sinusoidy nastrojów i podłości. Taaaak! Pozostałe kreacje także najwyższej próby, nie ma tu słabszej roli ani castingowego błędu.

Prestiż  
Marzec 2025