Światło, które opowiada architekturę

Zawsze nam się chciało ubogacać miejsce, w którym przebywamy. Myślicie, że skąd te paleolityczne byki i jelenie w jaskiniach Lascaux? Potem już lawina ekspresji ruszyła z impetem – rysunek, malarstwo, murale i wreszcie komputery jak ten rycerz na białym koniu zawróciły nam w głowie. Za ich sprawą powstaje mapping – dziś jedno z najciekawszych narzędzi uatrakcyjniania przestrzeni miejskiej. Łączy technologię, sztukę i architekturę w rodzaj efemerycznego performance’u wizualnego, który wydarza się „tu i teraz”, a jednocześnie zmienia sposób, w jaki patrzymy na dobrze znane obiekty. 17 stycznia Szczecin dołożył do tej historii własny, bardzo lokalny rozdział – świetlna wizualizacja na promie Jantar przypomniała, że miasto nad wodą potrafi opowiadać o sobie także światłem.

Korzenie mappingu sięgają znacznie dalej niż epoka cyfrowych projektorów o mocy liczonej w tysiącach lumenów. Już w latach 60. XX wieku artyści związani z nurtem expanded cinema i sztuką kinetyczną eksperymentowali z rzutowaniem obrazu na niestandardowe powierzchnie. Przełom przyniósł rozwój technologii cyfrowych na przełomie wieków – precyzyjne modelowanie 3D, synchronizacja obrazu z dźwiękiem i możliwość „szycia” projekcji pod konkretną bryłę architektoniczną. Od tego momentu mapping przestał być tylko ciekawostką technologiczną, a stał się pełnoprawnym językiem sztuki miejskiej.

Dziś mapping funkcjonuje na styku kilku porządków. Z jednej strony bywa narzędziem promocji miast i wydarzeń, z drugiej – formą krytycznego komentarza do przestrzeni, jej historii i społecznych znaczeń. Jego siła tkwi w tymczasowości: świadomość uczestnictwa w zjawisku ulotnym, istniejącym tylko przez moment, sprawia, że odbiór staje się bardziej intensywny, a samo doświadczenie – wyjątkowe i trudne do powtórzenia.

Wizualizacja na promie Jantar idealnie wpisała się w tę logikę. Rytm świateł i zmieniające się obrazy stworzyły spektakl, który był jednocześnie hołdem dla miasta i dowodem na to, że mapping nie musi ograniczać się do fasad kamienic czy gmachów użyteczności publicznej.

 

Ta szczecińska realizacja wpisuje się więc w szerszy kontekst praktyk, które od lat rozwijają się także lokalnie, często poza głównym nurtem medialnej widoczności. Za mappingiem pochodzenia szczecińskiego stoją konkretni twórcy i zespoły, którzy traktują projekcję jako język artystyczny, a nie tylko efekt technologiczny.

Jednym z najważniejszych zespołów działających w tym obszarze jest Pushka Studio, którzy konsekwentnie rozwija praktykę mappingu architektonicznego jako formy interpretacji miejsca. Jedną z realizacji, która wyjątkowo zapadła mi w pamięci była „1888 – iluzja czasu” – projekcja animacji na fasadzie Willi Lentza nawiązująca do daty początku budowy rezydencji. W sekwencjach animacji pojawiały się odniesienia do postaci i idei z przełomu XIX i XX wieku, takich jak pisarze, malarze i uczeni, a także sylwetka samego gospodarza willi, Augusta Lentza, która wyłaniała się z migoczących form. W finale budynek jakby rozpadał się na świetliste cząstki i znów składał w symboliczną liczbę 1888.

Odmienną, bardziej poetycką i eksperymentalną strategię reprezentuje PANI PAWLOSKY, dla której mapping jest formą rozszerzonego kolażu wizualnego. Jej prace, w tym realizacja Telekinetic Rumours zaprezentowana podczas festiwalu Light Night Leeds, lokują projekcję pomiędzy abstrakcją a narracją, akcentując relację obrazu z fizyczną strukturą budynku. Architektura nie jest tu tłem, lecz aktywnym elementem kompozycji.

Dopełnieniem tego obrazu jest perspektywa dokumentalna. Szczeciński fotograf Michał Zaleski, rejestrując mapping na promie Jantar, uchwycił efemeryczne zjawisko w formie trwałego obrazu. Jego fotografia pokazuje, że mapping funkcjonuje nie tylko jako wydarzenie wizualne, lecz także jako impuls do dalszej interpretacji i zapisu miejskiego doświadczenia. Michał to postać nietuzinkowa – na co dzień pracuje jako elektronik i automatyk, zajmując się naprawą maszyn, a kilka razy w miesiącu pełni również rolę lekarza w Szpitalu w Zdunowie. Fotografia towarzyszy mu jednak od dekad – od pierwszego aparatu Zenit należącego do ojca po współczesne cyfrowe narzędzia. Obecnie najczęściej fotografuje przyrodę, a także Szczecin, traktując obraz jako pretekst do uważnego obserwowania otoczenia.