Krzysztof Jarzyna ze Szczecina

Historia prawdziwa

Nie ma chyba Polaka, który nie słyszałby o Szefie Wszystkich Szefów, o tym gangsterze nad gangsterami ! Ale niewiele chyba osób wie skąd się wziął Krzysztofa Jarzyna ze Szczecina. Ujawnił to Prestiżowi Mikołaj Korzyński – autor scenariuszy do dwóch kultowych filmów - „Chłopaki nie płaczą” oraz „Poranek kojota”. W tym drugim pojawił się właśnie Szef Wszystkich Szefów i zrobił zawrotną karierę. Dziś to już prawdziwa ikona pop kultury, która nawet ma swój pomnik. Oto Krzysztof Jarzyna ze Szczecina i jego historia prawdziwa.

W jakich okolicznościach narodził się Krzysztof Jarzyna ? To postać wymyślona od początku do końca, czy może efekt pewnych obserwacji „z życia”?

Krzysztof Jarzyna narodził się z dwóch filmowych inspiracji, o czym za moment oraz prostego mechanizmu, który znał każdy, kto kiedyś grał w chodzone bijatyki na automatach. W takich grach na końcu każdego poziomu był do pokonania jakiś Boss. A na ostatnim poziomie czekał Big Boss, taki Szef Wszystkich Szefów, najsilniejszy, najstraszniejszy, który mocno rozpalał wyobraźnię gracza. Rzadko udawało się w ogóle do niego zbliżyć. Ale równie dobrze mógłbym tu dać przykład lekcji przyrody, kiedy dowiadujemy się, że istnieje coś takiego jak łańcuch pokarmowy i próbujemy ustalić, kto stoi w nim najwyżej. W oceanie to jest rekin żarłacz, ale oczywiście filmowcy muszą pójść o krok dalej i podbić stawkę, więc okazuje się, że gdzieś w głębinach żyje Megalodon, pradawny rekin-gigant albo Kraken, a najlepiej Kraken skrzyżowany Megalodonem. I mnie, to pytanie, kto stoi na końcu tego łańcucha wydawało się bardzo ekscytujące w młodości, więc to jest ten mechanizm, w sensie najbardziej ogólnym, odpowiedzialny za powstanie Krzysztofa Jarzyny, Szefa Wszystkich Szefów.

A jakie ma związki z filmem?

Przyznam się, bo chyba nie miałem jeszcze okazji o tym nigdzie powiedzieć, do dwóch inspiracji filmowych. Na pewno był to Kayser Soze, postać z filmu „Podejrzani”, mityczny gangster, którego nikt nie widział, nie wiadomo, jak wygląda, ale na sam dźwięk jego imienia drży cały przestępczy świat. Drugą inspiracją był niejaki Silent Bob z doskonałego filmu Kevina Smitha „Sprzedawcy”. W Cichego Boba, koleżkę Jaya, któremu buzia się nie zamyka, wcielił się sam reżyser. Bob przez cały film w ogóle się nie odzywa, zastanawiamy się – jakiś tępy czy co - jednak, gdy na koniec raz zabiera głos, uświadamiamy sobie, że mieliśmy tu przez cały czas milczącego mędrca. Tak ulepioną postać należało jeszcze zaadaptować na rodzimy grunt, obdarzyć swojskim pseudonimem, który łatwo zapamiętać. I Krzysztof Jarzyna był już gotowy. Na papierze, oczywiście. Bo całości tego procesu dopełniło obsadzenie wybitnego aktora, który tę postać zagrał.

 

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina. Dlaczego akurat ze stolicy Pomorza Zachodniego? Czy to w związku z tym, że miasto od dawna „cieszy się” mało pochlebną sławą mocnego ośrodka świat przestępczego w kraju, czy to po prostu dobrze brzmiało?

Po prostu dobrze brzmiało. Wpadało w ucho, łatwo to zapamiętać. Ponieważ przyjechał do Warszawy z daleka, więc teoretycznie mógłby to być Przemyśl, Rzeszów, ale lepiej mi pasowało na swe położenie – bliskość morza. To uruchamia od razu ciąg pewnych skojarzeń – morze, plaża, słońce, mewy, bursztyny, co prawda „nie ma bunkrów, ale też jest zajebiście”. Kiedy powstawał film, wszyscy mieli jeszcze w pamięci dekadę lat 90-tych, czasy dzikiego kapitalizmu i wszechobecnej tzw. gangsterki, z którą nie radziło sobie państwo, prawo i policja. W zasadzie każde większe miasto było wtedy mocnym ośrodkiem przestępczym. W Warszawie mieliśmy Pruszków, Wołomin, Pershinga i Dziada. Jednak, mimo że taki był ogólny klimat, to muszę to mocno podkreślić, Krzysztof Jarzyna jest postacią całkowicie fikcyjną, jego rodowód jest z popkultury, a nie z rodzimego półświatka. Powstał w mojej głowie, ulepiłem go z moich fantazji i inspiracji filmowych. Swoją drogą kino nazywane gangsterskim ma bardzo długą tradycję.

Tworząc tę postać pisał ją Pan „pod kogoś” – miał Pan na myśli konkretnego aktora, który miał ją odtwarzać?

Nie. Kwestie obsadowe to sprawa Olafa (Lubaszenki – reż. „Chłopaki nie płaczą” i „Poranka kojota” – przyp. aut.). Już przy „Chłopakach” zrobił to znakomicie.

Czy wie Pan jak niedawno zmarły znakomity aktor Edward Linde-Lubaszenko zareagował na propozycję zagrania Krzysztofa Jarzyny?

Nie było mnie przy tym, ale przypuszczam, że chętnie grał w filmach syna i dobrze się przy tym bawił. W filmie „Chłopaki nie płaczą” również zagrał człowieka na eksponowanym stanowisku chociaż z innej branży. Niestety nie poznałem Pana Edwarda Linde-Lubaszenko osobiście, czego żałuję.

Czy sposób zagrania tej roli – prawie całkowite milczenie Jarzyny był zaplanowany w scenariuszu od samego początku ? To chyba rzadki przypadek w polskiej kinematografii, kiedy jedna z głównych postaci jest tak oszczędna w słowach?

Jak już wspominałem zainspirował mnie przy pisaniu Cichy Bob ze „Sprzedawców”, choć poszliśmy krok dalej, filmowcy już tak mają i Krzysztof Jarzyna nie wypowiada na ekranie na głos żadnej kwestii oprócz „Makao. I po makale” podczas gry w karty. Szepcze jedynie coś na ucho bossowi niższego szczebla Dzikiemu, nie słyszymy co, zdajemy sobie za to sprawę, że jego słowa mają dla wszystkich moc wiążącą, to on tutaj decyduje, jest Panem życia i śmierci.

Spodziewał się Pan, że postać Szefa Wszystkich Szefów stanie się tak sławna i popularna a nawet będzie ikoną pop kultury?

Miałem nadzieję, pewnie jak każdy twórca, że to co wspólnie zrobiliśmy, w co włożyliśmy tyle serca i pracy, spodoba się ludziom, a może nawet przetrwa w zbiorowej pamięci dłużej niż dwa lata, ale nigdy bym nie pomyślał, że robimy rzeczy, mówię tu o „Poranku”, ale również „Chłopaki nie płaczą”, bo to są trochę bliźniacze filmy… No więc nigdy nie przypuszczałem, że te filmy tak mocno wsiąkną w polską popkulturę, że staną się kultowe w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Mówię tak, ponieważ określenia „kultowe” zaczęto mocno nadużywać. Widziałem filmy, które miały to napisane na plakacie, jeszcze przed premierą. To są rzeczy, na które nie ma się wpływu. Czas jest najbardziej surowym recenzentem jakiejkolwiek twórczości.

 

Kilka lat temu w Szczecinie powstał pomnik Krzysztofa Jarzyny. Sam pomysł wzbudził spore kontrowersje, podobnie jak jego projekt. Czy ktoś ze strony organizatorów i wykonawców konsultował z Panem ten pomysł? Podoba się Panu ten pomnik?

Z tego, co wiem, był to projekt społeczny, oddolny, który wygrał swoją realizację w głosowaniu mieszkańców. Nawiązał ze mną wtedy kontakt autor pomysłu Paweł Krzych, a także ktoś z Urzędu Miasta zgłosił się po prawa do wykorzystania wymyślonej przeze mnie postaci. Widziałem konkursowe propozycje pomnika i mam wrażenie, że wybrano najlepszy. Chociaż osobiście żałuję, że nie zdecydowano się na odwzorowanie filmowego bohatera i Krzysztofa Jarzynę pozbawiono twarzy. Nie wiem, jaki stosunek do projektu miał Pan Edward Linde-Lubaszenko, w końcu zagrał tyle znakomitych ról, że może nie chciał wiązać swego wizerunku tylko z tą jedną i to dość specyficzną, zwłaszcza, że jak Pan wspomina pojawiły się kontrowersje. Uważam, że mieszkańcy miasta mają pełne prawo do dyskusji na ten temat i wyrażania swoich opinii. Wiele fikcyjnych postaci ma swoje pomniki: Batman, Harry Potter, Tin Tin, a w Polsce Kargul i Pawlak, Bolek i Lolek. Pytanie, czy wypada stawiać pomniki również filmowym i literackim złoczyńcom? Czy Lord Voldemort, Joker, kapitan Jack Sparrow, Tyler Durden i wiedźma z Blair nadają się na pomniki? Nie zamierzam na to pytanie odpowiadać. Natomiast, z ciekawości, przed naszą rozmową, zgooglowałem sprawę i okazuje się, że takie pomniki są stawiane, nawet postaciom z horrorów. Na przykład w Albuquerque w Nowym Meksyku uhonorowano pomnikiem głównych bohaterów serialu „Breaking Bad”. Nie muszę przypominać, czym się zajmowali. Były kontrowersje, ale przeważyły aspekty turystyczne, popularyzujące miasto.

Został Pan zaproszony na odsłonięcie pomnika Krzysztofa Jarzyny? A może gościł Pan w Szczecinie w ciągu tych lat i widział tę instalację? Jest popularna wśród turystów, choć u niektórych nadal budzi mieszane uczucia.

Na odsłonięciu pomnika Krzysztofa Jarzyny na Łasztowni nie byłem. I tu muszę się Panu do czegoś przyznać, a trochę się tego wstydzę. Nigdy nie byłem w Szczecinie. Nie złożyło się. Dwukrotnie się wybierałem, ale los miał inne plany. Bardzo chciałbym to nadrobić. Przepraszam, jeśli kogoś rozczarowałem.

Nie kusiło Pana, przez te lata od premiery „Poranka kojota”, aby Krzysztof Jarzyna powrócił i pojawił się jeszcze raz na ekranie? W jakiejś innej formie, w innej postaci nawiązującej do Szefa Wszystkich Szefów np. powiązanej z nim rodzinnie? Może filmowa droga Krzysztofa Jarzyny jeszcze się nie zakończyła?

Kiedyś może dałbym się namówić, ale dziś uważam, że te filmy należy zostawić w spokoju. Jeśli już, niech nawiązują do nich twórcy z kolejnych pokoleń, że świeżym, innym spojrzeniem. Na przykład spin off „Poranku” poświęcony młodemu Krzysztofowi Jarzynie na Netflix – brzmi intrygująco, nie sądzi Pan?

Owszem, nawet bardzo. W filmie „Futro z misia” Edward Linde-Lubaszenko zagrał Zdzisława Malinę ze Świnoujścia. To chyba miało być jakieś symboliczne nawiązanie do „Poranka z kojota”?

Jeśli chodzi o film „Futro z misia”, to nie miałem z nim nic wspólnego. Nie wyraziłbym też zgody na wykorzystanie postaci, więc może stąd jakieś pomysły z Malinami i Świnoujściem.

 

Prestiż  
Marzec 2026