Krzysztof Jarzyna ze Szczecina. Dlaczego akurat ze stolicy Pomorza Zachodniego? Czy to w związku z tym, że miasto od dawna „cieszy się” mało pochlebną sławą mocnego ośrodka świat przestępczego w kraju, czy to po prostu dobrze brzmiało?
Po prostu dobrze brzmiało. Wpadało w ucho, łatwo to zapamiętać. Ponieważ przyjechał do Warszawy z daleka, więc teoretycznie mógłby to być Przemyśl, Rzeszów, ale lepiej mi pasowało na swe położenie – bliskość morza. To uruchamia od razu ciąg pewnych skojarzeń – morze, plaża, słońce, mewy, bursztyny, co prawda „nie ma bunkrów, ale też jest zajebiście”. Kiedy powstawał film, wszyscy mieli jeszcze w pamięci dekadę lat 90-tych, czasy dzikiego kapitalizmu i wszechobecnej tzw. gangsterki, z którą nie radziło sobie państwo, prawo i policja. W zasadzie każde większe miasto było wtedy mocnym ośrodkiem przestępczym. W Warszawie mieliśmy Pruszków, Wołomin, Pershinga i Dziada. Jednak, mimo że taki był ogólny klimat, to muszę to mocno podkreślić, Krzysztof Jarzyna jest postacią całkowicie fikcyjną, jego rodowód jest z popkultury, a nie z rodzimego półświatka. Powstał w mojej głowie, ulepiłem go z moich fantazji i inspiracji filmowych. Swoją drogą kino nazywane gangsterskim ma bardzo długą tradycję.
Tworząc tę postać pisał ją Pan „pod kogoś” – miał Pan na myśli konkretnego aktora, który miał ją odtwarzać?
Nie. Kwestie obsadowe to sprawa Olafa (Lubaszenki – reż. „Chłopaki nie płaczą” i „Poranka kojota” – przyp. aut.). Już przy „Chłopakach” zrobił to znakomicie.
Czy wie Pan jak niedawno zmarły znakomity aktor Edward Linde-Lubaszenko zareagował na propozycję zagrania Krzysztofa Jarzyny?
Nie było mnie przy tym, ale przypuszczam, że chętnie grał w filmach syna i dobrze się przy tym bawił. W filmie „Chłopaki nie płaczą” również zagrał człowieka na eksponowanym stanowisku chociaż z innej branży. Niestety nie poznałem Pana Edwarda Linde-Lubaszenko osobiście, czego żałuję.
Czy sposób zagrania tej roli – prawie całkowite milczenie Jarzyny był zaplanowany w scenariuszu od samego początku ? To chyba rzadki przypadek w polskiej kinematografii, kiedy jedna z głównych postaci jest tak oszczędna w słowach?
Jak już wspominałem zainspirował mnie przy pisaniu Cichy Bob ze „Sprzedawców”, choć poszliśmy krok dalej, filmowcy już tak mają i Krzysztof Jarzyna nie wypowiada na ekranie na głos żadnej kwestii oprócz „Makao. I po makale” podczas gry w karty. Szepcze jedynie coś na ucho bossowi niższego szczebla Dzikiemu, nie słyszymy co, zdajemy sobie za to sprawę, że jego słowa mają dla wszystkich moc wiążącą, to on tutaj decyduje, jest Panem życia i śmierci.
Spodziewał się Pan, że postać Szefa Wszystkich Szefów stanie się tak sławna i popularna a nawet będzie ikoną pop kultury?
Miałem nadzieję, pewnie jak każdy twórca, że to co wspólnie zrobiliśmy, w co włożyliśmy tyle serca i pracy, spodoba się ludziom, a może nawet przetrwa w zbiorowej pamięci dłużej niż dwa lata, ale nigdy bym nie pomyślał, że robimy rzeczy, mówię tu o „Poranku”, ale również „Chłopaki nie płaczą”, bo to są trochę bliźniacze filmy… No więc nigdy nie przypuszczałem, że te filmy tak mocno wsiąkną w polską popkulturę, że staną się kultowe w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Mówię tak, ponieważ określenia „kultowe” zaczęto mocno nadużywać. Widziałem filmy, które miały to napisane na plakacie, jeszcze przed premierą. To są rzeczy, na które nie ma się wpływu. Czas jest najbardziej surowym recenzentem jakiejkolwiek twórczości.