Więcej światła

Ten temat zrodził się w rozmowie podczas kolegium redakcyjnego. Zaczęło się od newsa o wyremontowaniu neonu dawnego sklepu odzieżowego „Tomasz”, a zeszło na kondycję nocnej iluminacji Szczecina. Na fali zachwytów nad ponownym rozżarzeniem „Tomasza” uznaliśmy, że przyjrzymy się neonom w mieście. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak jesteśmy naiwni i jak bardzo się pomyliliśmy.

Okazało się, że neonów na ulicach Szczecina praktycznie… nie ma. Po zmroku główne ulice handlowe toną w mroku. Ciemność funduje nie tylko brak neonów, ale przede wszystkim skąpo świecące LED-owe lampy, którymi zastąpiono już większość ulicznych sodówek. Nowa technologa jest rzekomo bardziej ekologiczna i wydajna, ma także zapewniać lepszą jakość widoczności. Tyle teoria, bo w praktyce sprowadza się to do punktowych strumieni czy smug światła i pozostawienia pozostałych przestrzeni w półmroku. Neonowy blask jest zupełnie inny, tak jakby organiczny, drgający, naturalny. Żadne inne źródło światła nie potrafi powtórzyć tego spektaklu iluminacji.

 

Wieczorny Szczecin zawiódł. Jest smutny i ciemny. Większość szyldów to szyldy kasetonowe, banery albo naklejki na witrynach. Te ostatnie przy pozostawionym wewnątrz oświetleniu udają kasetony. Jeśli pojawiają się mieniące się światłem napisy, to są to ledony, czyli imitacje tych prawdziwych. Producenci nazywają je neonami LED, ale z ich światło nie ma nic w wspólnego z oryginałem. Wie to każdy, kto nabył drogą kupna w sklepach wnętrzarskich albo multimedialnych popularne lampy kojarzące się z neonami. Można przebierać w kształtach i formach – od napisów „Love”, „Fuck” albo „Home” po serduszka, tęczę, kotki i pieski. Nieważne… Po takim spacerze i smutnych refleksjach z sentymentem spogląda się na zdjęcia Szczecina z lat 70. XX wieku. Kto pamięta wielką neonową instalację na ścianie kamienicy przy Kinie Kosmos? Przez lata zdobiła ją zachwycająca świetlista mapa całej galaktyki! Neonowy napis wisiał też na froncie samego kina, niejako konkurując z kosmiczną mozaiką. Neonami rozbłyskała legendarna „Kaskada”, Dom Towarowy „Posejdon”, stara siedziba Teatru Lalek „Pleciuga”, Restauracja „Bajka” (replika znajduje się w CDP), jasno było także w okolicach „Jubilatki” i popularnych sklepów RTV w alei Wojska Polskiego. Jeszcze do niedawana w wielu miejscach miasta można było zobaczyć metalowe stelaże neonów, dziś niestety nie ma już po nich śladu. I po stelażach i po neonach.

Nawet knajpa o nazwie „Neon” nie reklamuje się neonem. Ich szyld to ledowe węże naplątane w kasetonie. Wewnątrz sporo świetlistych punktów, ale też z rodzaju nowych technologii. Na szczęście kilka chlubnych przypadków znaleźliśmy, choćby Restauracja „mała” na deptaku czy sklep muzyczny na ulicy Wyszyńskiego (intrygujący neon w kształcie gitary). Prawdziwy neon jest jeszcze w „Paszteciku”, tym jedynym prawdziwym, przy alei Wojska Polskiego. Niestety zdobi ścianę wewnątrz lokalu, a nie elewację kamienicy, w którym działa. Nowym królem szczecińskich neonów jest przypadkowo odnaleziony świetlny szyld sklepu z odzieżą męską „Tomasz” działającego przed dekadami przy ulicy Rayskiego (wówczas generała Karola Świerczewskiego). Dzisiejsi właściciele lokali postanowili napis wyremontować i ponownie zawiesić nad swoimi witrynami. Efekt jest znakomity. Neonowe światło „Tomasza” nadaje modnej śródmiejskiej ulicy wyjątkowego sznytu.

Neonowy honor Szczecina nieco ratują instytucje kultury, choć nie oświetlają popularnych traktów pieszych. To słynny neon Huberta Czerepoka zamykający wystawę stałą w Muzeum Narodowym w Szczecinie – Centrum Dialogu Przełomy, a głoszący, że „Przyszłość nie jest tym czym kiedyś była”. Kolejny, to świetlna praca Kamila Kuskowskiego w Ogrodach Śródmieście. Czytamy na nim sentencję „Szczęście czyni rzeczy inne”, ale kolorem podkreślono litery tworzące napis „Szczecin”. Na fasadzie TRAFO Trafostacji Sztuki w 2020 roku rozbłysła instalacja Andrzeja Wasilewskiego „Wolne miasto Szczecin” stanowiąca swoistą uwerturę do wystawy „Co sobie kto na swój temat wymyśli”. Wystawa miała charakter czasowy, neon pozostał do dziś stając się ikoną galerii. Najnowszy z neonów Szczecina rozbłysnął jesienią ubiegłego roku nad barem w dużym foyer Teatr Współczesnego. To napis „In light I trust”, Anny Królikiewicz. Ta świecąca deklaracja została wpisana w inaugurację sezonu artystycznego teatru, którego hasłem uczyniono przedśmiertne westchnienie Johanna Wolfganga von Goethe - „Więcej światła”.

Apetyt na neonowe światło przez przypadek zaspokoił Piotr Pałkowski, znany jako LUMP. Znakomity szczeciński artysta, graficiarz, rozpoczął właśnie nowy projekt, w którym w roli głównej obsadził… neony. Czym będzie „Abecadło” i dlaczego pokochał rurki wypełnione gazem szlachetnym dowiecie się z lektury rozmowy z Piotrem, na kolejnych stronach „Prestiżu”.

Czym będzie Twój nowy projekt „Abecadło”?

Zabytkowe neony, a właściwe to, co z nich zostało, bo to czasami szczątki tylko są (śmiech), rozbłysną na nowo. To stworzenie innowacyjnej instalacji w przestrzeni miejskiej. Uprzedzę pytanie „gdzie?” – wciąż trwają ustalenia oraz „kiedy” – choć to projekt mocno rozłożony w czasie, to powiem tak: wkrótce. Nie chcę zapeszyć… Więc to będzie taki przestrzenny mural – od A do Z – zbudowany z liter z dawnych szyldów, reklam i tablic świetlnych, które udało mi się pozyskać. Każda z nich ma jakąś historię, jakąś opowieść.

Co znaczy pozyskać?

Pierwsze swoje neonowe litery przypadkowo pozyskałem, a właściwie uratowałem z dawnego „Wiskordu”. Kolejne później zdobyłem, odkupiłem czy załatwiłem. Dzięki Weberowi udało mi się ocalić przed zniszczeniem lub zezłomowaniem szyld szczecińskiego „Zakładu Usług Żeglugowych”, z których później układałem sentencje typu „Głód Życia” czy „Sól Życia” i prezentowałem na wystawach. Niedawno zresztą spora ekspozycja odbyła się w OFFMarinie. Po tych wystawach ludzie dowiedzieli się, że mnie to interesuje i wiele osób mi wskazywało zniszczone neony albo porzucone litery. Renowacja tych napisów, uzupełnianie szklanych rurek i ratowanie tych, które cudem ocalały, stała się dla mnie poważnym wyzwaniem, wymagającym wiedzy i kontaktów.

Istnieje jakiś tajemny krąg neonowców?

Tak! To jest śmieszne, że wchodzisz w coś, co ci się podoba i okazuje się, że są ludzie, którzy już w tym siedzą latami. W ubiegłym roku w Kołobrzegu odbył się nawet pierwszy „Zlot Neoniarzy”. Spotkałem tam ludzi z Wrocławia, Katowic, Bytomia, Warszawy. To nie tylko miłośnicy neonów, ale także fachowcy, którzy wiedzą jak je wyprodukować. Ślązacy wydali nawet książkę o neonach, gruba kniga – „Światła miasta. Historia katowickich neonów”.

O czym rozmawiają neoniarze?

O tym jak to pięknie wszystko świeci. I o tych wszystkich ochach i achach ludzi, którzy odwiedzają ich pracownie, podwórka, galerie czy tam te muzea neonów. O tym, ile trzeba było się narobić, jak ciężkie sprzęty trzeba było wyciągnąć i ilu trzeba było znajomych, żeby na przykład w nocy wyciąć jakieś litery.

No dobra, to musi paść: rozumiem, że to pozyskiwanie często bywa nielegalne?

Czasami tak, ale wszystko jest w dobrej wierze (śmiech). To jest na zasadzie chęci uratowania dobra. Tak naprawdę dla niektórych to jest kawał blachy, który najprościej jest wyrzucić na śmietnik i zrobić sobie napis ledonowy. Jednak dziś większość napisów czy osobnych litery kupujemy, wymieniamy się, handlujemy…

Rozumiem, że w „Alfabecie” nie będzie liter wyłącznie ze szczecińskich szyldów?

Udało mi się pozyskać litery także z Wrocławia, Warszawy, Białegostoku, a nawet Berlina. Dzięki temu „Alfabet” będzie miał uniwersalną i niezwykle ciekawą historię. Choć nie mam pewności czy część liter nie pochodzi wtórnie ze Szczecina, bo na przykład ostatnio w Warszawie dorwałem się do szyldu z naszego dworca. Jak tam trafił, nie wiem, ale się domyślam (śmiech). Ja się cieszę, że byłem w stanie je odzyskać, no ale z drugiej strony, wiesz, ktoś pozwolił na to, żeby one nie przetrwały, żeby stąd wyjechały, nie? Szkoda.

Ciekawe po ile chodzą takie litery (śmiech)? Zostawmy. Kiedy pojawiła się w tobie ta fascynacja neonami? Pamiętasz taki moment, że stwierdziłeś, że to jest ta forma sztuki, która Cię jara, którą chcesz się zająć? Co było tym impulsem?

Mnie to jarało od zawsze! Zawsze spoglądałem na jakieś neonowe szyldy, napisy, różnego rodzaju świetlne formy. Zawsze było to dla mnie czarujące. Z drugiej strony, wiesz, jestem graficiarzem, czyli sztuka litery, typografia sama w sobie, zawsze mnie interesowała i pociągała. Kiedyś jednak dotarło do mnie, że przecież moje murale, malunki czy malowidła są płaskie. One są tak jakby 2D. Wtedy pomyślałem o neonie, że on może nadawać przestrzenności temu, tak? Wyobraźmy sobie, że mamy szyld świetlny, litery fajnie rozegrane, do tego doświetlone światłem neonowym. To jest to! No więc zacząłem robić te 3D.

Czy w momencie tak szybkiego rozwoju technologicznego i pojawienia się źródeł światła opartego na diodach elektroluminescencyjnych, czyli po prostu LED, neony mają jeszcze jakikolwiek sens? Czy to już tylko fanaberia?

To jest trochę jak sitodruk, nie? To jest technika szlachetna. Ba! To ostatnia z technik szlachetnych! Owszem mamy dziś druk cyfrowy, możemy „na pstryk” wydrukować wielkie formaty, nawet billboardy, ale to sitodruk pozostaje nazwijmy to ostatnią ze sztuk pięknych, jeżeli chodzi o poligrafię. To zupełnie inna faktura, struktura…

Nawet zapach! Zatem myśląc w ten sposób to neon może stać się nawet nie pośrednio, ale właśnie bezpośrednio sztuką? Szlachetną sztuką?

Jest sztuką. Teraz już jest wielu artystów tworzących neony albo tworzących w neonie. Spójrz chociażby na prace Huberta Czerepoka, znanego dobrze w Szczecinie z świetlnego napisu wieńczącego wystawę stałą w Centrum Dialogu Przełomy („Przyszłość nie jest tym czym kiedyś była”). Spójrz na wiele wystaw w dziś modnych muzeach czy galeriach sztuki, na których zawsze pojawia się neon. Artyści sięgają po neon, gdy chcą pokazać czy wyrazić jakąś sekwencję, czy podkreślić konkretne słowo.

Na przykład słynny neon, jeśli dobrze pamiętam Wojciech Dada „Polska jakość”, w którym jest słowo „JAKOŚĆ”, ale „Ć” wymownie mruga i przygasa. Tu warto powiedzieć, że to prawdziwe neony, a nie tandetne, coraz popularniejsze ledony. Czy to kolejny dowód na „szlachetność” tego nośnika, co na wstępie ustaliliśmy (śmiech)?

Co w przypadku neonu oznacza szlachetność? Nie wiem, jak to nazwać, ale… Mam! Gazy szlachetne. Przecież to czym ta szklana rurka jest pompowana, czym jest wypełniona to właśnie gazy szlachetne (śmiech).

Lepiej bym tego nie ujął – szlachetne gazy szlachetne.

Klasyczny, czysty kolor neonu to jest czerwono-pomarańczowy. Masz też argon, który jest taki bardziej niebieski. Każdy z gazów ma inny kolor. Trochę ten temat zgłębiłem i poznałem wiele technik tworzenia czy produkowania neonów. Jest taka substancja chemiczna jak luminofor, czyli do rurki szklanej wsypujesz coś takiego jak brokat, mieszasz to w tej rurce i uzyskujesz różne kolory czy efekty. Takich sposobów czy technik jest oczywiście więcej. To wymaga jednak wiedzy, nakładu pracy. Faktycznie jest to szlachetne. W przeciwieństwie do nowych technik, gdzie wystarczy, że idziesz do IKEI czy marketu budowalnego, kupujesz sobie ledowy świetlny wąż na pilota i układasz pożądany kształt czy napis. Możesz sobie robić wszystko – mrugać, rozjaśniać, ściemniać. Tylko to już nie jest ta czysta forma z prawdziwych neonów.

Zatem jaka jest według Ciebie różnica między światłem neonowym, a LED-owym albo no takim zwykłym?

To LED-owe, bo z takim już mamy do czynienia w większości przypadków jest po prostu takie zimne. OK, są jakieś tam mutacje LED-ów ciepłych czy coś takiego, ale… Słuchaj, na Pogodnie wymienili mi lampy, w Parku Jordanowskim było takie fajne sodowe światło, ten park wyglądał po prostu magicznie. W momencie, kiedy zmienili to światło na LED-owe to jest tu totalnie obco, inaczej. Szkoda, że dziś światło neonowe nie jest już tak powszechne na ulicach, a przeniosło się bardziej do galerii czy do świata sztuki. Chociaż to co zostało na ulicach może być uznawane za czysty street art (śmiech).

Neony na ulice, nie na salony! Dziękuje za rozmowę.

Prestiż  
Marzec 2026