Razem w pracy, razem w życiu, dzielą także wspólną pasję jaką jest tenis. O ulubionych miejscach w Szczecinie, ale także o sztuce, małżeństwie i grze nie tylko na kortach – opowiadają Beata Ścibakówna i Jan Englert.
Jak dużo miejsca tenis zajmuje obecnie w Państwa życiu?
Jan Englert: Bardzo niewiele. Nie gram praktycznie wcale poza turniejami.
Beata Ścibakówna: Zawsze marzyłam o grze w tenisa, i żeby dorównać mężowi który grał od lat – korzystałam z profesjonalnego trenera. Gdy oboje jesteśmy w Warszawie – trudno nam się jest zebrać do gry. Podczas wyjazdów, będąc w trybie wakacyjnym, chętnie znajdujemy czas na wspólną grę. Bywa, że grywamy także miksta także jako para deblowa – wówczas mąż biega i zagrywa krótkie piłki, a ja obstawiam tyły (śmiech).
Czy oglądacie Państwo rozgrywane przez siebie mecze nawzajem? Jakie emocje temu towarzyszą?
Jan Englert: Wyzbyłem się już roli szewca piszącego złe wiersze. Oznacza to, że ambicje mam w tym, w czym jestem dobry. Tam, gdzie mój poziom jest amatorski – po prostu cieszę się zabawą. Zarówno swoją, jak i małżonki.
Beata Ścibakówna: Obecność męża na trybunach podczas mojej gry zupełnie mi nie przeszkadza, nie deprymuje, a wręcz motywuje. Zdecydowanie bardziej wolę nie wiedzieć, że mnie ogląda, kiedy występuję na scenie – choć potem lubię z nim o danym spektaklu rozmawiać. Do gry w tenisa mamy oboje równie luźne podejście.
Wasza gra przyniosła jednak wiele sukcesów w różnych turniejach. Szczególnie zwycięstwo w Szczecinie, w turnieju artystów w finale z Marcinem Dańcem, absolwentem AWF, to nie lada wyczyn.
Jan Englert: Akurat wtedy przenieśli mnie na emeryturę, miałem 65 lat. Marcin po tym meczu wziął moją legitymację ZUS i wykrzykiwał, że został ograny przez emeryta! (śmiech). Trzeba odnotować, że z czasem nasze rozgrywki wchodzą na coraz wyższy poziom. Dziś wielu zawodników w środowisku artystów gra wręcz półprofesjonalnie. Zresztą, nie lubię tego określenia. W normalnym świecie z tysiąca rzemieślników rodzi się jeden artysta, a w dzisiejszym – z tysiąca – w cudzysłowie: artystów, można wyróżnić jednego rzemieślnika. Tyczy się to każdej dziedziny życia. Takie czasy.
Beata Ścibakówna: Miałam taką dekadę, w której wygrywałam wiele turniejówtenisowych. Najmilej wspominam te rozgrywane w Pogorzelicy, wygrywane przeze mnie wręcz co roku. Dziś rzadziej trzymam rakietę w ręku, trenuję za to regularnie fitness.
Jak znajdujecie Państwo dzisiejszy Szczecin, z jego dynamicznymi zmianami w ostatnich latach?
Jan Englert: W Szczecinie bywam rzadko. Nie wiem dlaczego tutaj sięga się po produkcje teatralne bardziej komercyjne. Ja z kolei sięgam po dzieła o wyższej wartości, bardziej ambitne. Zjawisko to jest żywe nawet obecnie – najnowszy spektakl w którym gram z Mają Komorowską i Danielem Olbrychskim wystawiamy w każdym dużym mieście w Polsce, poza właśnie Szczecinem.
Beata Ścibakówna: Jestem zachwycona przede wszystkim metamorfozą Teatru Polskiego. Również okolice Zamku Książąt Pomorskich, w którym kilkakrotnie brałam udział w spotkaniach poetyckich – prezentują się znakomicie. Mam w Szczecinie również swoją ulubioną restaurację – Rosso Fuoco, której okolice, w stylu starego rynku, urzekają.







