Szymon Brodziak to mistrz czarno-białej fotografii, jeden z najwybitniejszych współczesnych fotografów specjalizujących się w fotografii kreacyjnej. To także pierwszy Polak, którego prace zostały wystawione w Muzeum Fotografii – Fundacji Helmuta Newtona w Berlinie, a teraz możemy je ponownie podziwiać w Galerii Poziom 4 w szczecińskiej Filharmonii.
Jego talent był wielokrotnie nagradzany. Podczas Festiwalu Filmowego w Cannes, został uznany przez jury Fashion TV Photographers Awards (2013) za najlepszego na świecie fotografa czarno-białych kampanii reklamowych. W 2019 roku ugruntował swoją pozycję w światowej czołówce zdobywając 1. miejsce w konkursie Worlďs Top 10 Black &White Photographers, w którym międzynarodowa platforma One Eyeland wyłoniła 10 najlepszych na świecie twórców fotografii czarno-białej. Za swoje projekty autorskie i kampanie reklamowe, artysta otrzymał ponad 120 nagród i wyróżnień w międzynarodowych konkursach fotograficznych m.in. w Nowym Jorku, Paryżu, Tokyo i Londynie.
Zawitał Pan po raz drugi do szczecińskiej Filharmonii. Wystawa, którą aktualnie oglądamy jest podróżą po 25 latach Pana twórczości.
Jest to podróż po moim monochromatycznym świecie. Przekrojowa wystawa fotografii tzw. „klasyków”, ale jest też sporo nowości, które powstały od 2018 roku, kiedy to miałem zaszczyt po raz pierwszy prezentować swoje prace właśnie w Filharmonii. Tytuł wystawy brzmi „Pomiędzy światłem a cieniem” ale tak naprawdę chodzi od przechodzenie z ciemności do światła, co wiąże się w pewien sposób z moją osobistą drogą i to jakim jestem człowiekiem i w jakim kierunku się rozwijam. Mam nadzieję, że każdy, kto będzie oglądał tę wystawę będzie mógł się w niej przejrzeć.
„Jesteś tym co widzisz” – to Pana słowa.
Tak, to moje motto. To również zaproszenie do interpretowania mojej twórczości w jedyny – moim zdaniem – właściwy sposób, czyli subiektywnie, osobiście, w zgodzie z wrażliwością odbiorcy. Nie trzeba się znać na sztuce, aby ją odczuwać. Według mnie tylko to się liczy. Lubię tworzyć zdjęcia, które przypominają kadry z filmów, które nigdy nie powstały. Natomiast o treści tego filmu decyduje odbiorca i jego wyobraźnia.
My – kobiety jesteśmy głównymi bohaterkami Pana fotografii. Banalne pytanie, które słyszał Pan pewnie setki razy: dlaczego akurat my?
Kobiety są dla mnie tajemnicą, niewyczerpanym źródłem inspiracji. Inspirują mnie również miejsca, architektura, natura. Kiedy znajduję się w jakiejś przestrzeni, od razu widzę sceny rozgrywające w mojej głowie, przed moim obiektywem. Widzę też kobiety w tych miejscach i od razu nadaję im konkretne role. Nie jestem zwolennikiem robienia zdjęcia dla samego faktu ich robienia, dlatego nie noszę przy sobie aparatu. Zależy mi na tym, by obok moich fotografii nie można było przejść obojętnie, by wywoływały emocje, pobudzały wyobraźnię i chwytały za serce.
I chwytają. Pana bohaterki są bardzo sensualne, jest tu sporo erotyki, bardzo wysmakowanej ale też jest dużo siły.
Bo mnie to intryguje w kobietach. Ta moc z jaką oddziaływujecie na nas mężczyzn. Powierzchowne piękno jest zaledwie początkiem, punktem wyjścia do opowiedzenia historii. Każdy ma w sobie piękno, każdy jest fotogeniczny. Często pada pytanie, wręcz zarzut, że fotografuję tylko piękne kobiety. Nie jest to prawdą, gdyż fotografuję różnych ludzi, wykonuję sporo sesji prywatnych. Zgłaszają się do mnie osoby w każdym wieku, ciekawe osobowości, które nie przypominają „wybiegowych” modelek i często po raz pierwszy w życiu stają przed obiektywem. Wierzę, że w każdej osobie drzemie piękno. Pozostaje tylko kwestia jak to uchwycić. To jest zadanie fotografa. Dlatego twierdzę, że nie ma osób niefotogenicznych.
Mógł Pan zostać biznesmenem, handlować dobrymi winami. Kiedy pojawiła się myśl, że sztuka jest ważniejsza nić ekonomia, pasja od regularnej pracy?
Doszedłem do momentu, w którym stwierdziłem, że nie mam wyjścia: albo sprzedam swoją duszę i marzenia albo postawię wszystko na jedną kartę i zaryzykuję. Nie mając dorobku, kontaktów ani pieniędzy na koncie. Jednynie pasję w sercu. To by się nie wydarzyło, gdybym nie miał u boku swojej Muzy, przyjaciółki i partnerki – Ani, z którą jestem tak długo jak robię zdjęcia. We wrześniu obchodziliśmy 28 rocznicę chodzenia (śmiech). To Ania mnie zainspirowała do tego, żeby zacząć robić zdjęcia, podjąć próbę uchwycenia jej piękna i osobowości. To ona zawsze stoi przy mnie i wspiera w trudnych momentach. Motywuje do tego, bym wychodził poza strefę komfortu. Bo poza nią zawsze dzieją się cuda.
Wśród Pana fotografii jest kilka, które szczególnie lubię. Jednym z nich jest zdjęcie kobiety w ciąży na tle ogromnych kaktusów. Jest piękne pod kątem estetycznym, ale jest też w nim moc, taka pierwotna, dzika.
Zdjęcie z kaktusami jest dobrym przykładem tego jak działa moja wyobraźnia i proces twórczy. To zdjęcie wymyśliłem będąc w palmiarni poznańskiej, którą akurat odwiedziłem z dziećmi w niedzielne popołudnie. To jest kolejna rzecz, którą kocham w fotografii, że stosując czasami bardzo proste zabiegi można wykreować własne światy. Trzymając aparat w reku czasem czuję, że trzymam w ręku magiczną różdżkę.
To mnie Pan zaskoczył. Byłam pewna, że zdjęcie zostało zrobione w jakimś ciepłym południowym kraju.
Są takie piękne słowa piosenki Faithless: Nie potrzebujesz oczu, żeby widzieć. Potrzebna jest wizja. I faktycznie, jeżeli masz wizję, ta fotografia powstaje w twojej głowie zanim naciśniesz spust migawki, a rzeczą wtórną staje się jakim sprzętem uchwycisz tę sytuację. Czasami jak jestem w wyjątkowym miejscu a nie mam akurat przy sobie aparatu, to zdjęcia robię telefonem komórkowym. Zdarzyło mi się na moje 40 urodziny wykonać taką jedną fotografię, która „chodziła za mną” od wielu lat, czyli skok do wody na twarz. To zdjęcie („Mirror”) zdobyło wiele nagród w międzynarodowych konkursach. Oczywiście nie chodzi o to by się przechwalać, że z każdym sprzętem potrafię zrobić zdjęcie, tylko że dobre zdjęcie można zrobić praktycznie czymkolwiek. Wystarczy trochę pomysłowości, klarownej wizji i determinacji w realizacji tej wizji. Tego też uczę moich studentów w Brodziak Academy, żeby nie ulegali wyścigowi zbrojeń. Sam raz temu uległem, będąc młodym fotografem, żyjąc w przekonaniu, że mając super aparat, najlepszy obiektyw, drogie lampy, dopiero wtedy osiągnę apogeum swoich możliwości. A im więcej tego sprzętu wokół siebie miałem, im był droższy, tym gorsze robiłem zdjęcia. Byłem tak zaaferowany technikaliami, że ta magia momentu znikała. Szybko się wycofałem z tej ślepej uliczki.
Kolejne zdjęcie, które przykuło moją uwagę to „Loop” z dziewczyną zwisającą na szarfie w dół. Na drugim tle jest intrygująca architektura.
To zdjęcie powstało w szczecińskiej Filharmonii (śmiech).
I znowu mnie Pan zaskoczył (śmiech).
Przed moją pierwszą wystawą w Galerii Poziom 4 przyjechałem na wizję lokalną, żeby zaplanować ekspozycję. Kiedy wszedłem do holu Filharmonii, z miejsca zakochałem po uszy tej przestrzeni a jak zobaczyłam te spiralne schody, które prowadzą do galerii postanowiłem, że wykonam zdjęcie, które będzie miało swoją premierę właśnie w Filharmonii. To było bardzo szybkie działanie. Tydzień później przyjechałem z modelką Julią Maciuszek, która jest akrobatką, specjalizującą się w ewolucjach na szarfie. Odbyło się to w ten sposób, że nie mogliśmy naruszyć ścian i elewacji. Na miejscu kombinowaliśmy jak to zrobić, by Julia mogła swobodnie i bezpiecznie zwisać z tej trzeciej kondygnacji. Na szczęście z Julią przyjechał jej ojciec – Arkadiusz Maciuszek, który zapiął się w uprząż, schował się za balustradą i dzielnie zabezpieczał swoją córkę, która swobodnie lewitowała w spirali na wysokości trzeciego piętra a ja leżąc na betonowej posadzce z fascynacja realizowałem swoja wizję. Właśnie w ten sposób powstało to zdjęcie.
Pana talent i wyobraźnię wielokrotnie doceniano i to na całym świecie. Lista nagród, którą Pan posiada jest naprawdę długa. Mnie jednak interesuje jedno zdarzenie z Pana życia. Jest Pan jednym Polakiem i bodaj najmłodszym fotografem, który wystawił się w legendarnym i bardzo prestiżowym miejscu – w Fundacji Helmuta Newtona w Berlinie. Poza samym Newtonem, swoje prace eksponowali tam najlepsi z najlepszych. Jak Pan trafił do tego miejsca?
Odwiedziłem Fundację Helmuta Newtona wiele lat wcześniej jako młodziutki fotograf, totalnie zafascynowany jego twórczością. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę przestrzeń, pomyślałem: Jakie to niesamowite miejsce! I po kilku latach doznałem czegoś w rodzaju deja vu, kiedy stałem na 18. piętrze apartamentowca w Monte Carlo, jadąc windą, trzymając w ręce makietę mojego pierwszego albumu, w drodze na herbatę z June Newton, która miała ocenić moje prace. Znając jej temperament i charyzmę mogłem się liczyć albo z potężną krytyką albo z uznaniem. W momencie kiedy wyszedłem z windy, wszedłem do apartamentu i zobaczyłem układ mieszkania, którego replika znajduje się w berlińskiej fundacji, pomyślałem, że jestem we śnie. Przeszły mnie ciarki. Drugi raz takie uczucie pojawiło się kiedy parę miesięcy później w Berlinie, na uroczystej kolacji po jednym z wernisaży Helmuta Newtona, Simon de Pury znany kolekcjoner i kurator, ogłosił uroczyście, że będę miał wystawę w Fundacji. Poczułem się jak bym był na rozdaniu Oscarów i ktoś właśnie wyczytał moje nazwisko (śmiech). Niezapomniane uczucie. A to wszystko wydarzyło się za sprawą jednego człowieka. Jest nim tajemniczy kolekcjoner i miłośnik piękna, który pewnego popołudnia do mnie zadzwonił z zagranicznego numeru telefonu: Dzień dobry, mam na imię Peter, jestem przyjacielem Helmuta Newtona. Widziałem pana zdjęcia w zagranicznej edycji Playboya. Czy chciałby pan zrobić sesję zdjęciową mojej żonie? Początkowo myślałem, że to jakiś żart. Ale oczywiście nie odmówiłem. Zrobiłem sesję jego żonie, a w zmian poznał mnie z wdową po Helmucie – June Newton, gdyż – jak się później okazało – był ich sąsiadem w Monte Carlo. Tak się ta nieprawdopodobna historia zaczęła.
I nic Pana nie zmieniła. Sława, nagrody… to mogłoby przewrócić w głowie.
Jest pięć zasad Brodziaka, o których mówię moim studentom w Brodziak Academy. Jedną z nich jest pokora. Pokora pozwala z dystansem, z pewną dozą samokrytyki, spojrzeć na to, co już osiągnąłeś, gdzie się aktualnie znajdujesz i co może się jeszcze stać. Jest to kluczowe, żeby nie ulec samozachwytowi, ponieważ najsmutniejszy moment w życiu artysty nadchodzi wtedy, kiedy stwierdza, że już wszystko osiągnął.
Wśród Instagramowych filmików wpadł mi niedawno inauguracyjny wykład dla studentów autorstwa Denzela Washingtona, który powiedział: Uważaj na moment, w którym sława cię dogoni, w którym odniesiesz wielki sukces… bo to jest moment, w którym przychodzi do ciebie diabeł.
Wszystkie twoje demony się budzą i wtedy musisz być bardzo uważny i świadomy tego, co jest dla ciebie ważne. Pokora pomaga szybko wrócić na właściwe tory, spojrzeć z dystansu, też pamiętać skąd się pochodzi i dzięki komu się tu znaleźliśmy. Przy czym uważam, że pokora nie wyklucza celebracji. Zawsze warto docenić siebie i swoje dokonania, ale trzeba uważać, żeby nie spocząć na laurach.
A co jeszcze by Pan do tego dodał, co mogłoby zainspirować początkujących twórców, nie tylko fotografów?
To jakim jesteś człowiekiem, w znacznym stopniu definiuje to, jakim jesteś twórcą. To jak postrzegasz świat, jak sobie radzisz z wyzwaniami, jak budujesz relacje, jaka jest twoja konsekwencja i jaka jest twoja skuteczność. To wszystko determinuje jak tworzysz i jaką wartość wnosisz do świata. Mówię o tym aspekcie znacznie więcej w moim kursie online Mistrz Kreacji. Dlatego warto pracować nad sobą, nie tylko nad swoim warsztatem.
Dziękuję za rozmowę.











