Istnieje jakiś tajemny krąg neonowców?
Tak! To jest śmieszne, że wchodzisz w coś, co ci się podoba i okazuje się, że są ludzie, którzy już w tym siedzą latami. W ubiegłym roku w Kołobrzegu odbył się nawet pierwszy „Zlot Neoniarzy”. Spotkałem tam ludzi z Wrocławia, Katowic, Bytomia, Warszawy. To nie tylko miłośnicy neonów, ale także fachowcy, którzy wiedzą jak je wyprodukować. Ślązacy wydali nawet książkę o neonach, gruba kniga – „Światła miasta. Historia katowickich neonów”.
O czym rozmawiają neoniarze?
O tym jak to pięknie wszystko świeci. I o tych wszystkich ochach i achach ludzi, którzy odwiedzają ich pracownie, podwórka, galerie czy tam te muzea neonów. O tym, ile trzeba było się narobić, jak ciężkie sprzęty trzeba było wyciągnąć i ilu trzeba było znajomych, żeby na przykład w nocy wyciąć jakieś litery.
No dobra, to musi paść: rozumiem, że to pozyskiwanie często bywa nielegalne?
Czasami tak, ale wszystko jest w dobrej wierze (śmiech). To jest na zasadzie chęci uratowania dobra. Tak naprawdę dla niektórych to jest kawał blachy, który najprościej jest wyrzucić na śmietnik i zrobić sobie napis ledonowy. Jednak dziś większość napisów czy osobnych litery kupujemy, wymieniamy się, handlujemy…
Rozumiem, że w „Alfabecie” nie będzie liter wyłącznie ze szczecińskich szyldów?
Udało mi się pozyskać litery także z Wrocławia, Warszawy, Białegostoku, a nawet Berlina. Dzięki temu „Alfabet” będzie miał uniwersalną i niezwykle ciekawą historię. Choć nie mam pewności czy część liter nie pochodzi wtórnie ze Szczecina, bo na przykład ostatnio w Warszawie dorwałem się do szyldu z naszego dworca. Jak tam trafił, nie wiem, ale się domyślam (śmiech). Ja się cieszę, że byłem w stanie je odzyskać, no ale z drugiej strony, wiesz, ktoś pozwolił na to, żeby one nie przetrwały, żeby stąd wyjechały, nie? Szkoda.