Jeansy – najsłynniejsze spodnie świata, noszone na wszystkich kontynentach. Choć narodziły się w USA zdobyły cały świat. Najmodniejsze oczywiście były te oryginalne. Ale trawestując słowa poety okazało się, że” „niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, swoje jeansy mają”. Przez lata produkowały je szczecińskie Zakłady Przemysłu Odzieżowego Odra. I sławne były nie tylko w kraju, ale także w całym bloku państw socjalistycznych. Ale historia sukcesu ZPO Odra ma również pewien gorzki i dramatyczny element – linczu na prezesie firmy, który nie wypłacał szwaczkom pensji.
Jeansy lub po prostu spolszczone „dżinsy”. Uniwersalne, praktyczne, pasujące na wszystkie okazje. Z budów i fabryk w drugiej połowie XX wieku trafiły także na salony. Ubrania z dżinsu – przede wszystkim spodnie, kurtki, koszule, kamizelki szczególnym wzięciem cieszyły się wśród młodzieży. Moda na nie szybko rozlała się po całym świecie. Głównie dzięki filmowym idolom, którzy chętnie występowali w dżinsowych strojach. Dotarła także do Polski, przede wszystkim za sprawą marynarzy, którzy przywozili je z morskich podróży. Ówczesne władze kontrolowały praktycznie każdy element życia Polaków, również modę. Postanowiły więc na początku lat 60. ubiegłego wieku stworzyć fabrykę polskiego dżinsu. W 1962 roku zapadła decyzja o wybudowaniu zakładów odzieżowych w Szczecinie. W miejscu, w którym od 1912 roku działała fabryka odzieży męskiej braci Benno i Gustaw Feldberg. Po ich śmierci, od 1926 roku firmę prowadzili ich synowie Walter i Sigbert. W czasie wojny fabryka została zbombardowana. Zostały tylko ruiny, straszące gości i klientów położonej tuz obok sławnej „Kaskady”. Ale wszystko zmieniło się 24 lipca 1964 roku, kiedy z pompą otwarto Zakłady Przemysłu Odzieżowego Odra, które zaczęły produkować ubrania z polskiego jeansu. Wzory, fasony, wyobraźnia projektantów – wszystko było na najwyższym poziomie i odzwierciedlało to czym żyła ówczesna moda.
To był czas, kiedy nie mieliśmy dostępu do zachodnich tkanin i pod tym kątem te jeansy były jakie były. Za to wzornictwo było świetne. Spodnie były zawsze fajnie obszyte, miały fantazyjne kieszenie, fasony zgodnie z najświeższymi światowymi trendami – mówi Mirosława Poślednik, jedna z projektantek Odry.
Dobre czasy
Odra szyła spodnie oraz inne części jeansowej garderoby z polskiej tkaniny zwanej potocznie „arizoną”, dostarczanej przez zakłady Rena-Kord w Łodzi. Była to mieszanka bawełny i sztucznego włókna. Najmodniejsze były czarne z kontrastowymi dodatkami i z suwakiem a także tzw. marmurki. Szyte z powycieranej, wybielonej tkaniny były modowym hitem PRL-u i namiastką amerykańskich „blue jeans”.
Trzeba przyznać, że były bardzo wytrzymałe i bardzo pożądane. Do tego stopnia, że na fali popularności serialu „Czterej pancerni i pies”, jeden z modeli Odry nazwano „Szarik” – śmieje się Mirosława Poślednik.
Odry robiły furorę w kraju, ale i w tzw. demoludach, zwłaszcza w ZSRR, skąd przychodziły zamówienia na setki tysięcy sztuk. W latach 80-tych dodatkowo trafiały do sklepów m.in. we Włoszech, Szwajcarii, Holandii, Belgii, Danii i Norwegii. Po spodnie, a także koszule i kurtki ustawiały się pod sklepami kolejki. Prowadzono zapisy na tzw. zeszyt. Firma zbierała nagrody, medale, podziękowania.
Gdyby Polska w tym czasie była krajem demokratycznym, gdyby nasza sytuacja polityczna byłaby zupełnie inna to jeansy z Odry zrobiły furorę na całym świecie. Odra zawsze zatrudniała utalentowanych projektantów, miała świetne krawcowe. To było prawdziwe rzemieślnicze krawiectwo. Co ciekawe wielu projektantów nie kończyło szkoły w Łodzi, która wtedy była głównym ośrodkiem modowym w Polsce. Na początku 1968 r. w przedsiębiorstwie powstała komórka wzornicza, zatrudniająca własnych projektantów-plastyków mody młodzieżowej, opracowujących rocznie ok. 120 modeli. Nierzadko wywodzili się ze świata sztuki, jak Erazm Kalwaryjski, znany szczeciński malarz, który również projektował dla Odry. Mogę śmiało stwierdzić, że Odra, jeśli nie wyprzedzała swoich czasów, to dorównywała temu co tworzono w świecie zachodnim. Pamiętam w latach 90-tych, które, niestety nie były fajnym czasem dla państwowych zakładów przemysłowych, Odra, żeby jakoś sobie radzić brała zlecenia z zewnątrz. I muszę powiedzieć, że były to rzeczy na bardzo wysokim poziomie. Wzory, fasony, wszystko co było aktualnie modne na świecie, co dopiero wchodziło na rynek. Dla przykładu, bardzo modne do dzisiaj jeansy z opuszczonym krokiem, tzw. baggy jeans, produkowane były również w Odrze – podkreśla pani Mirosława
Nie tyko ubrania z Odry były oryginalne i wyjątkowe, ale również budynek zakładów, który znajdował się przy alei Niepodległości 38 (dziś w tym miejscu funkcjonuje Galeria Handlowa Kaskada). Wyróżniała go elewacja przypominająca jeans oraz logo Odry – postać człowieka w spodniach wraz ze znajdującą się na środku nazwą zakładu. Symbol ten umieszczano na opakowaniach, jak również na dokumentach związanych z wprowadzeniem towaru do obrotu oraz na zdobieniach.
Lincz i spółka pracownicza
Dobre czasy dla ZPO Odra skończyły się wraz z transformacją ustrojową i gospodarczą Polski pod koniec lat 80. Ograniczono produkcję, bo zmniejszył się popyt na wyroby firmy. Na polski rynek masowo zaczęły napływać sławne i markowe zachodnie produkty z dżinsu. Szczeciński stracił na atrakcyjności. W 1999 roku ZPO Odra, które były przedsiębiorstwem państwowym, zostały postawione w stan likwidacji. Kilka miesięcy później utworzono Zakłady Przemysłu Odzieżowego Odra Spółka Akcyjna. Ale wiele to firmie nie pomogło. Trafiła w prywatne ręce. Była w coraz gorszej sytuacji finansowej. Załoga, choć produkowała, otrzymywała pensje w częściach albo wcale. Czara goryczy przelała się latem 2002 roku. To był bardzo gorący czas w Szczecinie. Trwały manifestacje stoczniowców, którzy protestowali przeciwko upadkowi Stoczni Szczecińskiej. W lipcu szwaczki rozpoczęły czwarty w 2002 roku strajk, domagając się zaległych pensji. Protest polegał na wstrzymywaniu produkcji przez sześć godzin dziennie. 7 sierpnia rano na wiecu stoczniowców pojawiły się pracownice Odry, które opowiedziały o sytuacji zakładu m.in. braku wynagrodzeń i zastraszaniu przez prezesa firmy. –Takich prezesów jak w Odrze trzeba wyrzucić – stwierdził przewodniczący Komitetu Protestacyjnego Pracowników Stoczni.
Stoczniowcy wyszli ze swojego zakładu i ruszyli pod Odrę. W pochodzie wzięło udział prawie tysiąc osób.
Już idziemy po złodzieja! – skandowali zbliżając się do odzieżowej firmy.
Przed Odrą szwaczki przywitały ich oklaskami. Kilku stoczniowców weszło do gabinetu prezesa. Zagrozili mu, że jeżeli nie będzie rozmawiać z załogą, to go wywiozą „na taczce”. Prezes próbował tłumaczyć sytuację firmy i brak wypłat. Ale stoczniowców nie przekonał. Pojawiła się za to taczka, na którą protestujący chcieli go siłą wsadzić. Prezes stawiał opór, zaczęła się szamotanina, które przeniosła się na korytarz firmy. Porwano na nim ubranie, obrzucono jajkami, wleczono, bito i kopano. Kiedy udało mu się wyrwać z rąk stoczniowców ukrył się na jednym z pięter budynku zakładów. Wszystkiemu przyglądali się policjanci zabezpieczający przemarsz. Dopiero po zajściu wezwali karetkę pogotowia. Pobity prezes trafił na kilka dni do szpitala.
W grudniu 2002 roku, z inicjatywy załogi powstała nowa firma – ZPO Odra spółka z o.o. Dzień po tym, jak skarb państwa przejął od poprzedniej spółki nieruchomości przy alei Niepodległości. Budynek i maszyny zostały wydzierżawione spółce pracowniczej. Pojawiły się zamówienia oraz wypłaty dla pracowników
W 2004 roku w szczecińskim Sądzie Okręgowym rozpoczął się proces siedmiu stoczniowców i jednej szwaczki z zakładów odzieżowych Odra, oskarżonych m.in. o stosowanie przemocy oraz znieważenie byłego prezesa przedsiębiorstwa Henryka W. Większość mężczyzn nie przyznała się do zarzucanych im czynów. Twierdzili, że żaden z nich nie miał zamiaru pobicia prezesa, a „sytuacja wymknęła się spod kontroli”. Pracownica Odry przyznała się do znieważenia Henryka W. i wyraziła gotowość przeproszenia go. Stoczniowcom groziła kara do 3 lat więzienia a kobiecie kara ograniczenia wolności i grzywna. W marcu 2005 roku stoczniowcy zostali skazani na kary od ośmiu do jedenastu miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz grzywny od 800 do 1000 zł. Postępowanie przeciwko szwaczce umorzono ze względu na „marginalny jej udział w zajściach”. Skazani odwołali się od wyroku. Ich prawnik zapewniał, że został on podjęty bez oceny motywów, jakimi kierowały się szwaczki wzywające stoczniowców na ratunek i sami stoczniowcy, którzy siłą chcieli wyciągnąć Henryka W. przed zakład. Nie wzięto też pod uwagę „cynicznej postawy” byłego prezesa. Sąd drugiej instancji w roku 2005 warunkowo umorzył postępowanie przeciwko stoczniowcom.
W 2008 roku siedzibę ZPO Odra przeniesiono. Zakłady do dziś zajmują się produkcją odzieży. A co się stało z byłym prezesem zakładów Henrykiem W.? Prokuratura Rejonowa Szczecin-Śródmieście oskarżyła go o wyłudzanie kredytów, działanie na niekorzyść spółki i naruszanie praw pracowniczych. Ale to już zupełnie inna historia.










