Aktor znany z wielu teatrów (m.in. Teatr Syrena w Warszawie, Teatr Muzyczny w Gdyni) również ze szczecińskiego Teatru Polskiego czy Opery na Zamku, wokalista, autor tekstów. Filip Cembala jest twórcą #lowizmu, filozofii życiowej, którą uprawia w życiu i na Instagramowym profilu, a która trafiła już pod strzechy niejednego domu. Lowizm, to samożyczliwość i szukanie w życiu ulgi, której aktualnie jak na lekarstwo, zarówno w realu ja w wirtualnym świecie. Filip w humorystyczno-nostalgiczny sposób komentuje rzeczywistość, bawiąc się słowem. Jest odtrutką na wszelkich internetowych „doradców życiowych” i „mistrzów samorozwoju”. Mówi prawie wprost byśmy się od siebie odczepili i zamiast brać się w garść, brali się w ramiona.

Skąd u Ciebie wziął się lowizm i chęć wejścia ze swoją filozofią życia w Internet, do ludzi? Bycie, jak to nazywasz, incluENSEREM?
Początki mojej działalności internetowej sięgają jeszcze czasów, kiedy mieszkałem w Szczecinie. Byłem ogromnie „głodny” nowych form rozwoju, a świat online zdawał się być idealnym, wspólnym mianownikiem performancu, kreacji i wychylania się z poza niej, na swoich zasadach. Zanim pojawił się hasztag lowizm, powołałem do życia „nieznanizm” – w ten sposób dystansowałem się trochę od świata popkultury, choć podświadomie zawsze czułem, że to właśnie ten świat „woła mnie” najgłośniej. Już wtedy (około 6 lat temu) czułem, że sam teatr to dla mnie trochę „za ciasne” ubranie, potrzebowałem „flirtu” z innymi formami wyrazu. Na tamten moment czułem się w swoim życiu jakby „niewidzialny” schowany za rolami, kompletnie pomijany przez prasę i krytykę teatralną w Szczecinie, ale zawsze serdecznie doceniany przez publiczność. Po co o tym mówię po latach? Bo to moja „prawda” i głęboko wierzę, że jeśli czyta tę rozmowę ktoś, kto w swoim życiu, czuje się na ten moment w otaczającej go przestrzeni „niewidzialny” to niech wie, że zrobienie kilku małych, niespektakularnych kroków w inną stronę niż zwykle, może się okazać początkiem pięknej zmiany.
A jak narodził się hasztag lowizm? Zacząłem czytać komentarze internetowe, w kwestiach ważnych dla mnie społecznie – co mnie totalnie pokonało, nie potrafiłem zrozumieć skąd w kimś potrzeba hejtu, zła, etc. I powołałem wtedy do życia #lowzim. Myślałem, że to słowo pożyje 24 godziny, tyle co Instastory – ale ono postanowiło nie opuścić mnie do dzisiaj. Uświadomiłem sobie, że to jest takie moje ubranie, zbroja, która ma chronić moją wrażliwość. Okazało się, że takich „bigosów” czyli ludzi z krwi i kości-wątpliwości jak ja, których boli hejt, niesprawiedliwość, którzy mają już dość bycia „wytapetowanymi od środka” poradami na każdy „centymetr” życia jest bardzo wielu. Bo przecież mamy w życiu wpływ na wiele rzeczy, ale na całą masę – nie mamy. Sam ciągle bywam (szczęśliwie coraz rzadziej) zakładnikiem swoich ambicji i marzeń, a dzisiejsze czasy jeszcze takie postawy podsycają. Te monologi, które zacząłem nagrywać (i szczęśliwie rymuje się z nimi coraz więcej wspaniałych „osobnych osób”) to jest dokładnie to co sam danego dnia potrzebuję powiedzieć do siebie.
A dlaczego nazwałeś się przewrotnie INCLUenserem?
Od słowa inkluzywność – czyli zaproszenie do łączenia, a nie wykluczenia, zaproszenia do wspólnoty pomimo tego, że pięknie się w swoich konstruktach różnimy, chciałbym, żeby każdy czuł się bezpiecznie na moich „przestrzeniach sołszialmedyjskich”.
Nie obawiałeś się, że to nie chwyci? W końcu Instagram jest pełen „porad” i „specjalistów do wszystkiego”.
Pamiętam taką rozmowę z kolegą, który mi mówi tak: Słuchaj, ty nie ruszysz z tym Instagramem, bo jesteś trochę śmieszny, trochę refleksyjny, trochę śpiewasz, trochę piszesz wiersze. Algorytm bardzo lubi określone postacie. Pomyślałem sobie wtedy: Walić algorytm, będę bigosem na swoich zasadach. I odkąd postanowiłem się nie ścigać z algorytmem to wszystko fajnie ruszyło. Więc się z tego ogromnie cieszę.
Wrócę jeszcze do tych „specjalistów od wszystkiego”, którzy wręcz zalali swoimi wywodami Internet. Zdarzają się w tym szumie przekazy wartościowe, tak jak te, których jesteś autorem, ale jak widzę kolejną różową planszę z „mądrością życiową” albo ten wręcz toksyczny optymizm, to mnie zaczyna mdlić.
Wszyscy mamy swoje tęsknoty, wszyscy pragniemy w życiu czegoś, czego nie mamy. Wszyscy mamy jakieś utracone relacje, wszyscy mamy jakieś „relacje z dupy” (toksyczne) i te piękne, uskrzydlające, wartościowe również. Każdy ma to wymieszane w trochę innych proporcjach, ale powtarzanie idiotyzmów, że można się przenieść na jakąś różową chmurkę idealnego życia i już nigdy nie dotknąć stopą ziemi jest możliwe, bo nie jest. Jakiś czas temu do swojego programu zaprosiła mnie Justyna Nagłowska-Szyc. Odbyliśmy świetną rozmowę, która później rozniosła się po Internecie. Następnie zaprosiła mnie jako jednego z gości, do swojego wydarzenia, które cyklicznie odbywa się w Teatrze 6.piętro. I pamiętam, że na tym spotkaniu powiedziałem wtedy ze sceny, że znam ludzi, którzy sprzedają bullshit w internecie np. a ‘propos związków. Pokazują, że np. mają idealny związek, do przesady romantyczny, spontaniczny seks mają co 13 minut, są świetni w komunikacji, nie kłócą się, a ja znając bardzo dobrze ich rzeczywistość, wiem, że często ma tam miejsce dramat. I potem sobie myślę: Czy wy macie świadomość tego, że przez was masa „wystarczająco dobrych związków” może się rozpaść, ponieważ ktoś, patrząc na wasze instagramowe wydanie, frustruje się, że jego relacja jest do niczego, bo nie ma w niej codziennie kwiatów, rozmów do rana, czy częstego seksu. Ludzie muszą naprawdę brać odpowiedzialność za swoje słowa.
Ty za to bierzesz odpowiedzialność. Zresztą to co mówisz nie jest takie różowe jak te plansze czy chmurki. Jest w tym co prawda sporo humoru, ale też melancholii i prawdy o nas. Zawsze taki byłeś?
Od dziecka słyszałem, że filozofuje, coś na zasadzie: Ty już nie „filozofuj” tylko jedz (śmiech). Ja już tak mam, właściwie nic innego nie robię przez całe życie. Mieszkając w Szczecinie, przez 4 lata byłem w terapii. To był totalny „game changer” w moim życiu. Zawsze się autoanalizowałem, próbowałem szukać nowej perspektywy w życiu, żeby mi się bardziej udawało albo inaczej działo. Terapia bardzo dużo mi dała. Od zawsze czytałem magazyny psychologiczne, książki, od zawsze szukałem. Dlatego też często powtarzam na Instagramie, że ja absolutnie nie mówię ze szczytu, bo ja nawet nie jestem blisko tego szczytu. Mówię ze szlaku. I jeśli my się na tym szlaku razem spotykamy i rymujemy to wspaniale. To co danego dnia nagram, w dużej mierze zależy od tego z jakim tematem się obudzę, czasami jest to jakaś sytuacja życiowa, która mnie dojeżdża, innym razem „latam” i chcę powiedzieć coś z jaśniejszej perspektywy. Przez lata wychowuje się nas do bycia grzecznymi. I kiedy już się takimi stajemy, bardzo łatwo można nas pokonać w toksycznych, biernoagresywnych sytuacjach, nierzadko przy rodzinnych stołach. Dlatego powołałem do życia cykl „pytania z dupy”, gdzie moi wspaniali „słuchaczooglądacze” piszą mi z jakimi pytaniami muszę się mierzyć, a ja w bardziej lub mniej żartobliwy sposób, podpowiadam co bym na ich miejscu odpowiedział. W imię czego mamy pozwalać (komukolwiek) na zadawanie nam wścibskich pytań? Uważam, że jesteśmy sobie winni suwerenną obronę granic, które wyznaczyliśmy, nawet najbliższym.
To co jest z nami nie tak? Mówi się, i ja się akurat do tego przychylam, że aby żyć w zgodzie z innymi, żeby lubić czy kochać innych, najpierw trzeba polubić i pokochać siebie.
Też tak uważam, ale to dopiero początek. Nie wnikając w to czy jestem wierzący czy nie, to w temacie przykazań, od zawsze moim ulubionym było – „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Pewnego razu wstaję rano i myślę: Przecież to przykazanie może działać tylko wtedy, kiedy jest grafem. Oczywiście, kochaj bliźniego swego jak siebie samego, ale to siebie musisz przede wszystkim kochać, żeby móc w szczerości dać to komukolwiek innemu. Jeśli gdzieś w środku mam niezgodę na siebie, nie szanuję siebie i swoich granic, to jak ja mam kochać innych ludzi? Nie mam z czego ich kochać, bo jestem pusty albo są we mnie same czarne dziury. Czasami mi się wydaje, że już sobie to wszystko wypracowałem. Po czym nagle życie robi mi takie „kartkówki”, że się wywracam i zaczynam tę drogę raz jeszcze, ale już nie od początku. Czasy są tak szalone, że wymaga się od nas ciągłego surfingu, ciągłych ekwilibrystyk, sukcesu za sukcesem. I to może spowodować zadyszkę. Chciałbym, żeby lowizm w swoim podtytule miał słowo ulga. Tak jak singiel, który wydałem rok temu. Pojawił się w święto narodowe, gdzie mój lowizm objawił się jako list do Polski. Dlaczego akurat do Polski? Bardzo mnie niepokoi co się dzieje na świecie, ale też co się dzieje w Polsce od wielu lat. To podżeganie do nienawiści, wykluczenia, podziały. Niestety jest co raz gorzej. Chciałbym to zmienić i robię to w swoim tempie i zakresie.
Wspomniałeś o „Pytaniach z dupy”. Bierze w nich udział Joanna Kołaczkowska. Tworzycie przezabawny duet. Widać zresztą, że prowadząc te dialogi równie dobrze się bawicie.
Poznaliśmy się „100 lat temu” w Szczecinie, na scenie w teatrze. Dopiero w drugim roku naszych spotkań koncertowych odważyłem się do niej podejść i wyznać, że jestem jej fanem, że ją uwielbiam. Ale nasza relacja zawiązała się jakiś rok czy dwa lata później, kiedy razem z Arturem Andrusem wracaliśmy wszyscy razem samochodem do Warszawy. Od razu nam zaklikało. Któregoś dnia Joasia zaprosiła mnie do siebie na kawę, a ja właśnie wtedy nagrywałem odpowiedzi do „Pytań z dupy”. I mówię do niej: Słuchaj, mam tyle tych pytań, że może chcesz ze mną wspólnie trochę się powygłupiać: I ona na to: dawaj, robimy. Nagraliśmy kilka filmów i poszło. Jeden z filmów obejrzało z osiem milionów ludzi! Najlepsze jest to, że nie było zaplanowane, na żadną stałą formę, czy finalnie serial internetowy jaki z tego powstał i może właśnie dlatego tak fajnie to odpaliło. W tym roku zaczynamy się już razem pojawiać na scenie, więc raz na jakiś czas wyściubiamy nos z internetu. W październiku wystąpię gościnnie na koncercie Asi w warszawskiej „Stodole”.
Rosnąca popularność lowizmu zaczyna Ciebie czynić kimś w rodzaju mentora, chociaż ty wolisz określenie antymentor. Czy ludzie, którzy Cię oglądają i słuchają proszą też o konkretne rady?
Bardzo często mnie pytają o radę, ale ja zazwyczaj odpowiadam, że bardzo polecam terapię. Nie jestem terapeutą, nie mam psychologicznego wykształcenia i to co mówię jest mocno intuicyjne.To co nagrywam jest tym sprawdza się u mnie i jeżeli komukolwiek pomaga to wspaniale, ale ja nie mogę wziąć odpowiedzialności za czyjeś życie. A ‘propos pięknych momentów, które mnie spotykają w sieci: nagrała mi się kiedyś dziewczyna, na chwilę przed północą. Wzruszona, wyznała, że od kilku lat ma depresję i od 3 miesięcy nie wychodziła z domu, a nawet z łóżka. Ale przez codzienne słuchanie moich monologów, wyszła i właśnie pozdrawia mnie ze swojego pierwszego nocnego spaceru, po tej trzymiesięcznej przerwie. A jest to tym bardziej dla niej ważne, bo następnego dnia ma urodziny. Odpisałem jej, nagrałem jej urodzinowe sto lat. Oboje nas to bardzo poruszyło. Takich wiadomości jest sporo, czasem ktoś napisze w stylu: nawet nie wiesz jak mi dziś pomogłeś. I kropka. I taka osoba nawet nie wymaga ode mnie odpowiedzi. Najczęściej taki pozytywny feedback otrzymuję w momencie, kiedy nachodzą mnie wątpliwości, czy dalej to robić. To jest niebywałe. Każda taka wiadomość ogromnie mnie wzrusza i powoduje, „przypływ fali pewności”, że ten nowo obrany przeze mnie szlak – jest tym, którego w życiu szukałem.
A nie myślałeś, żeby z tych króciutkich filmików zrobić coś większego? Na przykład monodram. Przychodzi mi tu do głowy brytyjski serial „Fleabag” gdzie jego autorka również, w formie zabawno-gorzkiej porusza tematy tak bardzo nam bliskie. Ona chyba później przeniosła to do teatru…
KOCHAM TEN SERIAL. Powiem ci tak: mam dużo pomysłów, które czekają. Do końca tego roku chciałbym wydać jeszcze dwa single. Zamknąć muzyczny tryptyk. Potem, na początku przyszłego roku chcę wydać tomik ze swoją poezją. Jest pomysł na monodram, którego będę współautorem, i będzie to bardzo mocna rzecz, poruszająca tematy ważne społecznie. Najnowszym pomysłem jest wydarzenie. „LOWIZM”, które zapoczątkuje nowy cykl spotkań scenicznych ze mną, na których „rozbiorę się” z teatru i internetu. Będzie to połączenie koncertu z moją twórczością i panelu dyskusyjnego na tematy, które „nas wrażliwców” w życiu zajmują, czasami pokonują, a czasami uskrzydlają. Będę też zapraszał wspaniałych gości ze świata artystycznego i rozwojowego, ale póki co jest to pieśń przyszłości. Życzę nam Wszystkim pięknej przyszłości – pójdźmy na wybory w październiku i niech nam się dobrze żyje.
Dziękuję za rozmowę.








