Rok temu przyjechał do Szczecina jako 132. deblista świata i odpadł w pierwszej rundzie. Dwanaście miesięcy później ma za sobą Roland Garros, Wimbledon i US Open, w maju był już 83. rakietą świata w deblu, a podczas Invest in Szczecin Open pokazał, że warto zwrócić uwagę na niego również w singlu.
Singla starasz się grać za każdym razem, kiedy tylko możesz, prawda?
Tak, to prawda. Gra pojedyncza wciąż sprawia mi ogromną radość. Daję sobie na to jeszcze z dwa lata. Nie jestem wyłącznie deblistą, w debla specjalizują zazwyczaj nieco starsi zawodnicy, a ja, dopóki mam siły, a ostatnio czuję się naprawdę dobrze, to próbuję swoich szans w singlu, ile tylko mogę. Cieszę się, że dostałem tutaj dziką kartę, bo dzięki niej w ogóle mogłem wystąpić w turnieju. Gdzie tylko mam okazję zagrać, wychodzę na kort i daję z siebie sto procent. A co z tego wychodzi – to już weryfikuje kort.
Byłeś już na trzech szlemach: Rolandzie Garrosie, Wimbledonie i US Open. Jak je wspominasz?
Na początku byłem trochę zagubiony i nie do końca wiedziałem, co się dzieje. Kiedy przyjechałem na Roland Garros, przez pierwsze trzy dni czułem się niemal jak kibic, który po prostu kupił bilet na mecze. W pewnym momencie powiedziałem sobie jednak: „Przecież ja tu gram! Muszę się lepiej przygotować, a nie tylko oglądać spotkania i się przyglądać”.
Trenujesz z tatą. Łatwo jest zachować balans?
Nie jest. ale zdecydowanie trudniej było w czasach juniorskich, bo często się kłóciliśmy, wracaliśmy do domu w kiepskich humorach, a mama albo brat dopytywali tylko: „Co się znowu stało?”. Teraz, gdy trochę dorosłem, wyjechałem do USA i z niej wróciłem, zacząłem doceniać to, że go mam. Nie ma już między nami żadnych wielkich awantur. Nabrałem dystansu, a na korcie tworzymy naprawdę fajny duet. Wiadomo, relacja ojciec-trener bywa wymagająca, ale teraz jest w tym dużo luzu. Słucham go, bo wiem, jak ogromną ma wiedzę, ile chce mi przekazać i że życzy mi jak najlepiej. Najgorszy okres mamy już za sobą i teraz panuje między nami pełen spokój.
Byłeś już na wielu różnych imprezach. Porównując Invest in Szczecin Open z innymi turniejami tej samej rangi, faktycznie są one na podobnym poziomie, czy niekoniecznie?
Szczecin to zawsze najwyższa półka, organizacja jest tu po prostu świetna. Słynne sesje wieczorne, koncerty, seanse filmowe – jak na turniej rangi Challenger to coś niesamowitego. Podobny klimat i fajny vibe ma w tym roku chyba tylko Challenger w Brunszwiku, gdzie też organizują koncerty i mecze wieczorne. Jednak mimo wszystko żaden turniej nie ma startu do Szczecina – według mnie on po prostu deklasuje całą resztę.
Rozmawiała : Dominika Pawlik







