Szczecińskie DNA

Najlepsze mydło w mieście

Historia Ministerstwa Dobrego Mydła zaczęła się od domowych eksperymentów, ciekawości i bardzo osobistej potrzeby. Dziś niewielka manufaktura stworzona przez siostry Ulę Ośmiałowską i Anię Bieluń należy do najbardziej rozpoznawalnych polskich marek kosmetyków naturalnych. Od ponad dekady rozwijają ją konsekwentnie, opierając się na rzemiośle, jakości i autentyczności.

Początki tej historii sięgają Kamienia Pomorskiego, dziś produkcja kosmetyków odbywa się w Szczecinie. To tutaj powstają kolejne partie mydeł, kremów i serum, które trafiają do klientów w całej Polsce. Własne sklepiki Ministerstwa działają przy ul. Niemierzyńskiej 29A w Szczecinie oraz w Warszawie przy ul. Dzielnej 15, przyciągając klientów, którzy szukają prostych, dobrze skomponowanych receptur. Marka zaczynająca od jednej kostki mydła z czasem stała się pełnoprawnym kosmetycznym „ministerstwem”. O początkach, pierwszych mydlanych kostkach, drodze od domowych eksperymentów do własnej manufaktury oraz planach na przyszłość opowiadają w rozmowie z nami Ula Ośmiałowska i Ania Bieluń.

Zacznijmy od początku. Jak zaczęła się przygoda z Ministerstwem Dobrego Mydła?

Ula: Z potrzeby. Ania jako starsza siostra – między nami jest osiem lat różnicy – naturalnie jako pierwsza zaczęła interesować się pielęgnacją. Znalazła w internecie przepis na mydło w kostce i bardzo ją to wciągnęło. Równolegle ja, jako młodsza siostra, zmagałam się z problemami skórnymi i pomyślałyśmy, że może warto spróbować naturalnej, domowej pielęgnacji.

Ania: Od zawsze interesował mnie temat naturalnych kosmetyków. Pamiętam pierwszą małą drogerię w Szczecinie, która oferowała takie produkty. Jako licealistka, z kieszonkowym od rodziców, odwiedzałam ją regularnie.

Ula: Trzeba też dodać, że Ania była i nadal jest bardzo ciekawą świata osobą. Gdy wyjechała na studia do Warszawy, przeżyliśmy prawdziwy boom jej pomysłów na hobby czy biznes. Jako rodzina poznaliśmy, czym jest filcowanie, scrapbooking, decoupage i wiele innych rzeczy. Kiedy więc Ania przyszła do nas z pomysłem na domowe mydło – mogą się Państwo domyślać, jaka była nasza reakcja (śmiech). Na szczęście zgodziła się na te eksperymenty nasza mama, która zawsze miała do nas dużo cierpliwości i otwartości na nowe pomysły. Gdyby ten pomysł został wtedy odgórnie storpedowany, Ministerstwa by nie było.

Dlaczego właśnie mydło?

Ania: Jedenaście lat temu w internecie było bardzo niewiele treści o naturalnej kosmetyce. Kiedy natknęłam się na bloga o domowym wytwarzaniu mydła, przepadłam. Kupowałam książki po angielsku na ten temat, bo po polsku właściwie ich nie było. Mydło pojawiło się jako pierwsze po prostu dlatego, że ta wiedza była najbardziej dostępna.

Ula: Pamiętam pierwsze próby. Mydło to tłuszcze połączone z zasadą – zazwyczaj z wodorotlenkiem sodu lub potasu. Podczas łączenia składników masa bardzo się nagrzewa, a przygotowanie roztworu wodorotlenku wymaga odpowiednich zabezpieczeń. Nigdy nie zapomnę, jak spaliłyśmy mamie blat w kuchni (śmiech).

Ania: Tak, było dużo wyzwań. Pierwsze formy na mydło wycinałyśmy z kartonów po mleku, popełniłyśmy mnóstwo błędów. Mniejsze partie robiłam w swoim mieszkaniu w Warszawie, a potem przywoziłam je do rodzinnego Kamienia Pomorskiego i próbowałyśmy skalować produkcję. Pierwsze kostki rozdawałyśmy znajomym i rodzinie. Produkty tak się spodobały, że zaczęto nas namawiać do otwarcia firmy.

Ula: Warto też dodać, że Ania miała wtedy 27 lat, a ja 19. Szłam właśnie na wymarzone studia z architektury, Ania była zaangażowana w fotografię ślubną i pisała do gazet – do dziś jest autorką naszych wpisów w mediach społecznościowych. To był też moment pierwszych dotacji z UE na rozpoczęcie działalności. W Szczecinie ruszał nabór. Ania zadzwoniła i zapytała: „Rzucisz studia i weźmiesz dotację?” (śmiech). Wzięłam dziekankę i już nigdy nie wróciłam na uczelnię. W wieku 19 lat dostałam NIP i REGON.

Który produkt był pierwszy? Czy nadal jest w ofercie?

Ania: Kostka rozmaryn. Do dziś jest w ofercie i należy do najchętniej wybieranych produktów. Długo pracowałyśmy nad recepturą, żeby uzyskać piękny turkusowy kolor.

Ula: To wyjątkowa kostka – nasza pierwsza, ale też wymagająca w produkcji. Z bloku mydła kroimy kwadraty, a nie klasyczne prostokątne kostki, i dodajemy sznurek, żeby można było ją powiesić pod prysznicem. Pachnie olejkiem eterycznym z rozmarynu, a wierzch obsypany jest suszonym rozmarynem. To produkt pracochłonny, ale bardzo efektowny. Unisexowy, rzemieślniczy i przez nas bardzo ukochany.

Jak zmieniało się podejście do produkcji i jak wyglądało budowanie zespołu?

Ania: Produkcja to serce Ministerstwa. Nasze podejście właściwie się nie zmieniło – od początku stawiałyśmy na jakość. Zmienia się natomiast portfolio produktów. Rzemiosło było bazą, od której zaczęłyśmy, ale naturalnym krokiem było wchodzenie w bardziej zaawansowane formulacje. Wynika to zarówno z rozwoju firmy, jak i z potrzeb zgłaszanych przez klientki. Zaczynałyśmy od mydła w kostce, kul kąpielowych i peelingów. Dziś w ofercie mamy także kremy do twarzy, sera, produkty do demakijażu czy balsamy.

Ula: Powiększające się portfolio podzieliło produkcję na dwa obszary. Pierwszy to rzemiosło – tu procesy właściwie się nie zmieniają i nadal nad nimi czuwamy. Drugi to tzw. kosmetyka biała, wymagająca bardziej zaawansowanych technologii. W tym dziale rozwijamy park maszynowy, żeby móc stabilnie i uważnie zwiększać skalę produkcji.

Ania: Staramy się budować stabilne i przewidywalne środowisko pracy. To oferujemy naszemu zespołowi – nawet jeśli na zewnątrz branża się zmienia, szczególnie pod względem legislacji. Udało nam się stworzyć stały zespół, który rozumie wymagania rynku i potrafi się do nich dostosować. Jesteśmy z tego bardzo dumne.

Uwielbiam w Ministerstwie autentyczność i właśnie… czy łatwo jest wybić się na autentyczności czy w biznesie potrzeba jednak czegoś więcej?

Ania: Autentyczność, umiejętność przyznania się do błędu, jakość produktu i dobra obsługa klienta – to wszystko jest równie ważne.

Ula: Nasza historia to przede wszystkim produkt. Od początku chciałyśmy tworzyć kosmetyki o bogatym składzie, których same używamy. Wydaje mi się, że klienci właśnie to doceniają. Ale ogromne znaczenie ma też serwis i obsługa. Nie ma jednego przepisu na dobry biznes – to wypadkowa wielu czynników i trochę szczęścia. Najważniejsze, żeby nie odpuszczać i na każdym etapie starać się robić rzeczy najlepiej, jak potrafimy.

Kilka lat temu zdecydowałyście się na rebranding. Skąd ta decyzja?

Ania: Czułyśmy potrzebę świeżości. Minęło dziesięć lat od powstania naszego pierwszego logo i miałyśmy wrażenie, że potrzebujemy nowej energii. Impuls wyszedł od nas – z wewnątrz firmy.

Ula: Na początku opinie były podzielone. Zniknęła fala z sygnetu, pojawiła się litera M. Jednak wraz z wymianą opakowań i pojawianiem się nowych grafik klienci zobaczyli całość jako spójny koncept. Po jakimś czasie zaczęły spływać bardzo pozytywne komentarze. Wtedy poczułyśmy, że to była dobra decyzja.

Skąd pomysł na wprowadzenie podkładów? Jednak do tej pory było mydło i pielęgnacja.

Ania: Od dawna patrzyłyśmy w stronę naturalnej kolorówki. To było trochę marzenie. Na co dzień z Ulą raczej się nie malujemy, jeśli już to jest to jakiś totalny basic.

Ula: Ale też wynikało to z potrzeby. Szukałyśmy produktu, który zapewni efekt „make-up no make-up”, a jednocześnie będzie pielęgnował skórę, zaopiekuje ją za dnia. Tak powstała linia CareUp. To zupełnie nowa kategoria w świecie beauty, pielęgnacja, która wyrównuje kolory i zapewnia nawilżenie przez cały dzień.

To może trochę trudniejsze pytanie (śmiech). Czy macie swój ulubiony produkt z oferty?

Ula: Ja mam! Od zawsze zmagałam się z niedoskonałościami i maska Cukier z kwasem bursztynowym sprawia, że moja skóra jest w świetnej kondycji. Uwielbiam ją – choć oczywiście za nią stoi długa lista innych produktów (śmiech).

Ania: Mój obecny faworyt to krem do rąk Szafran. Lubię Indie, przyprawy i intensywne zapachy, więc to zdecydowanie „mój” produkt.

Czy macie w planach rozwinąć katalog produktów? Jakie plany na przyszłość ma Ministerstwo?

Ania: Z dużą uważnością projektujemy nowe receptury. Kończymy właśnie prace nad kremem „do zadań specjalnych”, który roboczo nazywamy kremem tłustym – przeznaczonym dla osób starszych i dzieci. W planach jest także nowy peeling do ciała, który będzie alternatywą dla naszej bestsellerowej cukrowej śliwki.

Ula: Chcemy dalej rozwijać portfolio i docierać do nowych klientów, ale równie ważne jest dla nas zaplecze produkcyjne. Obecnie firma działa w kilku lokalizacjach. Naszym dużym marzeniem jest budowa jednej hali produkcyjnej, która połączy wszystkie oddziały. Działkę kupiliśmy w 2020 roku w Stargardzkiej Strefie Ekonomicznej, jednak pandemia i wojna w Ukrainie wstrzymały plany. W 2024 rozpoczęliśmy prace projektowe i w najbliższych miesiącach spodziewamy się pozwolenia na budowę. Potem pozostanie już tylko decyzja, kiedy rozpocząć budowę.

Trzymamy kciuki za kolejne pomysły, nowe receptury i spełnienie planów związanych z rozwojem Ministerstwa. Dziękujemy za rozmowę.

Prestiż  
Kwiecień 2026