Anita Lipnicka
Co wygrała? Co straciła? Co przed nią?
Anita Lipnicka
Co wygrała? Co straciła? Co przed nią?
„Nie jestem osobą zbyt zaangażowaną politycznie. W swoich tekstach nie jestem też komentatorką rzeczywistości, ale są momenty w życiu, gdy nieprzyzwoitością byłoby nie opowiedzieć się po jakiejś stronie” – mówi Anita Lipnicka, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów w rozmowie z Pauliną Błaszkiewicz. 3 listopada ukaże się jej najnowsza płyta „Śnienie”.

Co wygrała? Co straciła? Co przed nią?
"Nie jestem osobą zbyt zaangażowaną politycznie. W swoich tekstach nie jestem też wnikliwą komentatorką rzeczywistości, ale są momenty w życiu, gdy nieprzyzwoitością byłoby nie opowiedzieć się po jakiejś stronie" - mówi Anita Lipnicka, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów w rozmowie z Pauliną Błaszkiewicz. 27 października ukaże się jej najnowsza płyta "Śnienie".
O czym Pani śni?
Bardzo słabo śpię. Jestem z tych nieszczęśliwców, którzy mają problemy z zasypianiem. Miesza mi się spanie z rzeczywistością i momentami przebudzenia. Nie śpię i myślę, a jak już zasnę to wpadam w przedziwne światy, które nie do końca są zabawne. Ostatnio miałam bardzo niepokojący sen o pożarze, z którego starałam się uciec. Proszę mi wierzyć, to było straszne uczucie. Płonęły całe przestrzenie, miasta znikały w płomieniach.
To wymowne, zwłaszcza dziś.
Zgadzam się, za dużo jest tego ognia. W nas dookoła i w naszym życiu. Ale wracając do śnienia...
To również tytuł Pani najnowszej płyty "Śnienie", która ukaże się lada dzień.
Tytuł pojawił się, gdy rozpoczęłam pracę nad tym albumem. A było to w pandemii, w czasie bardzo ponurym, wymagającym emocjonalnie. Wszystkich nas ten czas doświadczył. Myślałam wtedy, by nagrać album, który byłaby ucieczką od tej ponurej rzeczywistości. Stąd "Śnienie". Chciałam stworzyć płytę bardzo oniryczną, nieco odrealnioną i z takim nastawieniem zaczynałam nad nią pracę. To był dla mnie czas wyciszenia i samotności.
To ciekawe, bo zaraz po tym smutnym czasie powstała taka piosenka jak "Amsterdam", w której słychać ten powrót do wolności.
Ta płyta jest niezwykle różnorodna. Nie zabraknie na niej cukru ani soli. Będzie do czego potańczyć i przy czym popłakać. Jest na niej cały wachlarz emocji. "Amsterdam" to piosenka o spontanicznym zrywie szaleństwa. O pragnieniu zapomnienia. O wolności mimo wszystko. O byciu razem i dzieleniu wspólnych wspomnień. Powstała właśnie po pandemii, gdy do życia wróciło…życie!
Śpiewa Pani: "Chcę znów gonić, gonić, gonić słony wiatr. Rozbij ze mną wspomnień bank. Przywróć gwiazdom dawny blask" Sporo w tym nostalgii, tęsknoty...
Blisko 30 lat temu wybrałam się z chłopakiem w podróż: z Łodzi do Amsterdamu. Autostopem! To były czasy! Wyobrażacie sobie coś takiego dzisiaj? Taki spontan? Taki luz? Świat zmienił się nie do poznania. Nie znajdzie się w nim już tamtej beztroski, radosnej swobody. Jednocześnie poczucia bezpieczeństwa, zaufania i bliskości w relacjach z ludźmi. A może to tylko złudzenie? Może idealizuję ten okres w życiu tylko dlatego, że byłam wtedy małoletnia? Ta piosenka powstała spontanicznie, w wyniku mojego spotkania z Olkiem Świerkotem, cudownym muzykiem i producentem: jednym z trzech, z jakimi finalnie podjęłam współpracę nad tym albumem. Mimo, że piosenki już w fazie tworzenia bardzo się od siebie różniły klimatycznie, postanowiłam, że pozostanę przy tytule płyty „Śnienie", starając się przemycić słowo sen w każdym z tekstów piosenek, jednak w zupełnie innym kontekście. To słowo ma przecież tak wiele różnych znaczeń…
I stąd ta fascynacja nim? Śnienie od niedawna jest zjawiskiem badanym przez neuropsychologów.
Dokładanie. Sen może być marzeniem, tęsknotą pragnieniem, ale także marazmem, letargiem, ułudą, marą, urojeniem… Ma wiele odsłon i poziomów głębi, co czyni go wdzięcznym wątkiem lirycznym. Natomiast spoiwem muzycznym tego albumu jest sekcja dęta, która pojawia się niemalże w każdym utworze.
Rozmawiamy o tym co we śnie, ale wróćmy do rzeczywistości. Zna Pani hasło "Nie śpij, bo cię przegłosują"?
Oczywiście. Pójdę na wybory i zagłosuję.
Widziałam Panią na Marszu Miliona Serc.
Nie jestem osobą zbyt zaangażowaną politycznie. W swoich tekstach nie jestem też dociekliwą komentatorką rzeczywistości, ale są momenty w życiu, gdy nieprzyzwoitością byłoby nie opowiedzieć się po jakiejś stronie. Marsz Miliona Serc, który odbył się 1 października w Warszawie był jednym z takich momentów. Tak jak wspomniałam, nie interesuję się polityką, ale stało się tak, że to polityka się mną zainteresowała. Zaczęła mi wchodzić w paradę, za bardzo ingerować w moje życie. Więc wybrałam się na ten niedzielny spacer, by stanąć po stronie wartości, jakie są dla mnie ważne i których nie chciałabym stracić. I dostałam za to po nosie.
Chodzi o wpis dotyczący wyborów, który zniknął z Pani Facebooka?
Zamieściłam go ponownie, gdyż nie ma w nim żadnych treści, które są prowokujące albo rażące w czyjeś uczucia. Nie wiem, może to ikonka tęczy kogoś uraziła? Zaczęłam się zastanawiać nad absurdem naszej rzeczywistości. Za chwilę matki będą zakrywać oczy dzieciom na widok tego pięknego naturalnego zjawiska optycznego, z obawy, że to coś nieprzyzwoitego. No więc reasumując: nie mam wyboru, muszę iść na wybory. Poza tym, że polityka zaczęła się mną za bardzo interesować, to jestem też przecież matką osiemnastoletniej córki. Smutne jest dla mnie to, że moje dziecko nie widzi swojej przyszłości w tym kraju, chce podjąć studia zagranicą.
Ale Pani też szybko wyfrunęła z domu, podróżowała po świecie.
Fakt. Najeździłam się, napodróżowałam. Czuję się osobą wolną i nie mam deficytu możliwości poznawania świata. Już się nim nasyciłam. To, że moja córka chce studiować w Holandii, jest z jednej strony fajne i zrozumiałe, z drugiej zaś motywy, jakie kierują jej wyborem nie są już tak radosne.
Rozumiem, że chodzi o to, czym ta decyzja jest podyktowana? Sytuacją w Polsce. Jedni mówią o emigracji wewnętrznej, a drudzy naprawdę uciekają, bo mają zwyczajnie dość.
We wspomnianym poście, który zniknął z Facebooka napisałam o tym, jak kilka dni temu odwiedziłam mamę i babcię. Rozmawiałyśmy długo o wszystkim i niczym. Także o polityce, nastrojach społecznych w Polsce i zbliżających się wyborach. Zawsze z uwagą przysłuchuję się temu, co mają do powiedzenia, jak im się tu żyje, co chciałyby zmienić. Z ciekawością przyglądam się także jak z biegiem lat zmieniają się ich sympatie i antypatie polityczne. I tym razem z dużym smutkiem musiałam przyjąć do wiadomości, że tym razem obie postanowiły nie iść na wybory. Nie udało mi się znaleźć żadnych argumentów, które mogłyby zmienić ich decyzję. To mnie bardzo przygniotło. W mamie i babci nagromadziło się tyle żalu, tyle rozgoryczenia.
Co mówiły?
Jak wybierać, kiedy nie masz spośród kogo? Jak zaufać, kiedy czujesz do polityków już tylko obrzydzenie? Nie było przyjemnie tego słuchać. Nie głosować z lenistwa czy obojętności, to jedno. Ale nie iść do urn z czystej rezygnacji, kiedy masz wrażenie, że twój głos jest po prostu zbyt cenny, by zaszczycić nim któregokolwiek z kandydatów, to sprawa zupełnie innego kalibru. Tak jeszcze nie było... Zarówno moja mama, jak i babcia, czują się rozczarowane i oszukane przez tych, którym w przeszłości oddały w ręce swoje losy, pokładając w nich wszystkie swoje nadzieje.
Nie wierzą, że coś się zmieni?
Nie potrafię do końca sobie wyobrazić, co odczuwa człowiek w jesieni swojego życia, kiedy w końcu powinien doczekać się jakiejś nagrody za wszystkie wysiłki włożone w pchanie tego wózka do przodu, jakim jest „wspólne dobro narodu”, a doczekuje się... No właśnie, czego? Bardzo to jest przykre, że te dwie dzielne wojowniczki, moje przodkinie, które dały z siebie w tym życiu dosłownie wszystko, dostają teraz od swojego kraju takie kwiatki w podzięce. Żadnego poczucia bezpieczeństwa, żadnej stabilności, w mediach afera za aferą, edukacja, służba zdrowia w stanie zaniedbania. Kościół splamiony polityką, fatalna sytuacja z prawami kobiet. Kiedy tracisz wiarę w państwo, co Ci pozostaje? Na czym budować, zaczynać każdy nowy dzień?
Jest taka strona w sieci "Siła kobiecego głosu". Jej hasło przewodnie brzmi tak: "Walczyła babka, by mogła mama, a teraz ja głosuję sama".
Tak właśnie jest. Idziemy na wybory, bo nie mamy innego wyboru. Ktoś głosować musi.
I pójdziemy, ale poza polityką jest też życie. Pyta Pani na czym budować, gdy jest trudno. Pani muzyka i nowa płyta są odskocznią od tej smutnej rzeczywistości.
Sama jako odbiorca, szukam w sztuce wątków magii, jakiegoś metafizycznego pierwiastka, który jest bardzo potrzebny człowiekowi w jego ziemskiej wędrówce. I coś podobnego chciałabym ludziom podarować jako twórca. Czemu piszę piosenki? Bo chcę, żeby ktoś słuchając ich coś poczuł, aby się wzruszył. Myślę o tym za każdym razem, gdy piszę... Drugi, równie istotny element, to poczucie podskórnego niepokoju. Nie ufam rzeczom podanym na prosto, w sposób oczywisty. Życie składa się z tak wielu warstw, często sprzecznych ze sobą i lubię dotykać tego drugiego dna właśnie, i jako słuchacz i twórca. Sztuka powinna jednak człowieka troszkę poszargać, sponiewierać emocjonalnie.
Za chwilę czeka Panią trasa koncertowa. Zarówno jesień jak i wiosna zapowiadają się bardzo pracowicie. Czego możemy spodziewać się po tych muzycznych spotkaniach? Wiem, że na tej długiej rozpisce znajdzie się także Szczecin.
Tak! Bardzo cieszę się, że po raz kolejny będę mogła zagrać w przepięknej Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza. To magiczne miejsce, więc mam nadzieję, że i samo spotkanie takie będzie! Zadbam o to wraz z moim zespołem, poszerzonym na tę okazję o instrumenty dęte. Dodatkowym smaczkiem będzie wyśniona scenografia, ale o tym za dużo jeszcze nie mogę powiedzieć – w końcu musi być jakiś element zaskoczenia!
Na koncertach promujących płytę "Vena Amoris" mówiła Pani, że wszystkie teksty są o koleżance. Jak jest dziś?
Wciąż o niej piszę! Dotykam bardzo osobistych sfer pisząc w piosenkach o własnych doświadczeniach, relacjach z ludźmi i trochę mi czasem wstyd. Dlatego chowam się za mityczną koleżanką. Na płycie "Śnienie" też jest taka postać, która patrzy mi przez ramię, z perspektywy minionych lat oraz na to co jeszcze przede mną. Staram się opowiedzieć, gdzie jestem dzisiaj, co wygrałam, co straciłam, co mnie wciąż czeka do odkrycia? Wątek przemijania odgrywa na tym albumie główną rolę, jest szkiełkiem, przez które przyglądam się wszystkiemu.
Jak wypada dotychczasowy bilans?
Jest bardzo pozytywny. Przeżyłam tak wiele wspaniałych chwil i poznałam tak dużo ciekawych osób, że mogłabym nimi obdarować kilka istnieć. Czasem wydaje mi się, że przeżyłam znacznie dłużej więcej 48 lat. Jednocześnie wciąż wydaje mi się, że jestem niedorosła. I tego dziecka zdziwionego światem też nigdy bym z siebie utracić.




