„Opowieści babć szeptanych córkom przez matki”

Scenariusz i reżyseria: Gianina Cărbunariu

Teatr Współczesny w Szczecinie

„Opowieści babć szeptanych córkom przez matki” to przedstawienie arcyważne i potrzebne. Wpisuje się w społeczną wrażliwość oraz edukacyjną misję teatru kierowanego przez Jakuba Skrzywanka. Jego teatr chce sięgać (i sięga!) tam gdzie nie docierają obiektywne argumenty. Forma teatru Gianiny Cărbunariu zaskoczyła. Udało jej się w trudną opowieść wpleść humor oraz dystans. A za pokłady tego ostatniego, należą się słowa uznania dla całego zespołu aktorskiego. I prośba: szeptajmy tę opowieść dalej. Do momentu, gdy… tę granicę pozostawiam sumieniu każdego z osobna.

Kiedy czytałem porażający reportaż Małgorzaty Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew” musiałem co kilkadziesiąt stron odkładać książkę, by ochłonąć. Wątek, w którym autorka przedstawiła wydany w 1966 roku przez Nicolae Ceausescu dekret nr 770 na długo pozostał w głowie. Pół wieku później w sporym kraju w środku Europy, podobne piekło próbują zgotować swoim współobywatelkom populistyczni politycy z partii (z nazwy) sprawiedliwej i prawej. Spodziewałem się, że inspiracją realizacji w szczecińskim teatrze Współczesnym będą właśnie te wydarzenia, nie spodziewałem się jednak, że Gianina Cărbunariu zestawi je niemal na równi z rumuńskim dekretem 770. Dopiero oglądając spektakl, zrozumiałem, że różnic między nim a polityką byłego polskiego rządu niemal nie ma. Szokujące!

Tekstem, sceną, bohaterami, ale też publicznością rządzi strach! To bojaźliwość totalna, wyzierająca z każdego zakamarka – organicznego, mentalnego, obyczajowego, religijnego, politycznego czy prewencyjnego. Rozmowa o tak trudnych i ciężkich sprawach, w oparach paraliżującego strachu, wymaga wentyla. Cărbunariu odnalazła go w zaskakującej formie ze sporą dozą improwizacji, dystansu, a przede wszystkim błyskotliwym humorem. Reżyserka zrezygnowała z powołania tradycyjnych bohaterów z imionami, charakterami, osobowościami. Aktorzy grają tu „siebie”, pozwalając sobie jedynie na opowiadanie postaci, a właściwie sytuacji, w jakich ich bohaterowie znajdują się lub mogliby się znajdować.

Trudno pisać te słowa z męskiej pozycji, ale nie sposób nie zgodzić się z diagnozą (wciąż) patriarchalnego porządku świata, jaką Cărbunariu przedstawiła w pierwszych scenach swojej produkcji. Zrobiła to niezwykle zręcznie, sięgając po sarkazm i ironię. „Bunt” męskiej części obsady, jest tyleż zabawny, co żałosny (bynajmniej nie wykonawczo). Punkt wyjścia (wejścia?) zamyka jednocześnie dyskusję o tym, czy przypadkiem owa realizacja nie jest spóźniona, bo przecież fala największych protestów i legislacyjnych zagrożeń już za nami. Gówno prawda! Proszę zerknąć na deklaracje polityków (mężczyzn) poszczególnych ugrupowań składających się na „Koalicję 15 października”.

Karol Nepelski muzyką i dźwiękami potrafi zmienić atmosferę poszczególnych scen w ułamku sekundy. Na „pstryk” tworzy klimat niepokoju i napięcia. Te dźwięki bolą, uwierają, świdrują (ała)… Scenografia Anny Marii Karczmarskiej oraz Mikołaja Małka jest pełna symboliki. Podłoga jest zasypana liśćmi, które sukcesywnie zmiatane przez aktorów podczas przedstawienia, odkrywają ludowy wzór domowej ceraty, powtórzonej na obrusie czy fartuchach gospodyń. Czy to przysłowiowe zamiatanie problemu pod dywan? Scenę wypełniają wymontowane samochodowe fotele, to zaś metafora podróży. Czasami do auta „wrócą”, innym razem zostaną ustawione w rzędzie, niczym w tramwaju, albo staną zupełnie poza motoryzacyjnym porządkiem. A owe podróże, to te, do jakich zmuszone były odbywać rumuńskie kobiety, by potajemnie dokonać aborcji, albo bardziej symbolicznie – to droga kobiet do uzyskania podstawowych praw i szacunku.

Na wyjątkowe uznanie zasługuje cały zespół aktorski spektaklu. Stworzyli brawurowe role – rzetelne, a przy tym wymagające odwagi i dystansu. Każdy otrzymał po kilka „postaci”, co wymagało nieustannej czujności i kreatywności. Spektakl należy jednak do Beaty Zygarlickiej. Jako babcia (sic!) – narratorka stworzyła jedną z najdojrzalszych i najciekawszych kreacji w swojej bogatej karierze. Choć charakter oraz interakcyjna rola pozostawiają dużo przestrzeni dla improwizacji, aktorka była niezwykle skupiona, opanowana, a przede wszystkim zdecydowana i przygotowana na każdą ripostę. To Ona rządzi spektaklem, to Ona decyduje o jego rytmie i natężeniu napięć. Kiedy trzeba jest silna, ostra, głośna, by zaraz oddać pola nieskończonej empatii. Brawo! Wielka rola, choć przewrotna, bo przecież, podobnie jak pozostali, Beata Zygarlicka wciela się tu w… siebie.

Zakończenie spektaklu Gianiny Cărbunariu ma charakter praktyczny – aktorzy prezentują prawne możliwości dokonania dziś legalnej aborcji oraz szereg bardzo praktycznych wskazówek. Bez cienia wątpliwości uważam, że to bardzo potrzebny ruch. Jednak numery telefonu czy pozbawione literackiej finezji „informacje praktyczne” nie powinny wybrzmieć ze sceny w finale spektaklu, zabierającego widzów w tak poruszająca podróż. Znacznie obniżają emocje i osłabiają siłę owego poruszenia. Być może te dane mogłyby mogły by znaleźć się w programie albo specjalnych broszurach. Wówczas też, prościej je spamiętać.

 

Prestiż  
Styczeń 2024