Fascynująca historia ginu
O zdrowotnych właściwościach jałowca wspominał już Hipokrates w starożytnej Grecji, a średniowieczni lekarze zalecali spożywanie go na dolegliwości żołądkowe oraz sercowe. Nic więc dziwnego, że również Sylvius postanowił z niego skorzystać. Z pewnością jednak nie zdawał sobie sprawy, że oto przyczynia się do narodzin jednego z najważniejszych trunków, którym cały świat będzie się raczył jeszcze wiele wieków później. Przygotowana na zbożowym spirytusie nalewka z jagód jałowca szybko zyskała popularność, znana zaś była pod nazwą Genever. Poza domniemanymi właściwościami zdrowotnymi miała inną wielką zaletę – smak jałowca doskonale maskował dużo mniej przyjemny aromat alkoholu, którego w tamtych czasach nie potrafiono jeszcze destylować i filtrować tak dokładnie, jak dziś. Mocno w Geneverze zasmakowali zwłaszcza niderlandzcy żołnierze. Często raczyli się nim przed bitwami, dzięki czemu tym ochoczej rzucali się w bój. To z kolei podpatrzyli żołnierze brytyjscy, którzy ów magiczny napój określali mianem „Dutch Courage” – holenderska odwaga – a wkrótce sami w nim zasmakowali i jako pierwsi sprowadzili na swoje rodzinne wyspy. Od tego czasu historia ginu – bo taka nazwa przyjęła się dla jałowcowego trunku – związana jest przez długi czas przede wszystkim z Wielką Brytanią. Wkrótce ginu konsumowano tam tak dużo, że naród był na skraju upadku. Doprowadziło to do powstania w 1736 roku tak zwanych „Gin Act” – przepisów prawnych regulujących produkcję ginu, wymuszających poprawę jakości, a także znacznie podnoszącą jego cenę. Mimo tak burzliwych i niechlubnych początków gin przetrwał próbę czasu i do dziś jest jednym z najpopularniejszych alkoholi na całym świecie. Mamy giny z ogórkiem, z szafranem, z kwiatami winogron, z bazylią, rozmarynem i oliwkami, z magnolią… Ponadto, od jakiegoś czasu obserwujemy rosnący trend – także w Polsce, a nawet w naszym Szczecinie – na powstawanie tak zwanych ginów kraftowych, czyli tworzonych przez małych niezależnych producentów, w niewielkich nakładach, z naciskiem na jakość składników i często ich lokalność. Takie giny nie tylko nie odbiegają, ale często też przewyższają jakością znane marki dużych producentów. No dobrze, trochę historią was zanudziłem, ale z czym to się je? Gin jest alkoholem, którego większość ludzi niechętnie pija na czysto, za to jest chyba najlepszy i najbardziej uniwersalny, jeżeli chodzi o mieszanie go w drinkach. Podstawą jest tutaj rzecz jasna Gin&Tonic, prawdopodobnie najpopularniejsze połączenie alkoholu z napojem na świecie. Tu warto zapoznać się z szeroką ofertą wysokiej jakości toników dostępnych na rynku, o najróżniejszych smakach, które można bardzo ciekawie komponować z poszczególnymi ginami. Innym popularnym połączeniem idealnym na orzeźwienie jest Tom Collins – porcja soku z cytryny, porcja syropu cukrowego i dwie porcje ginu wytrzęsione z lodem w shakerze, przelane do wysokiej szklanki i uzupełnione lodem i wodą gazowaną, przyozdobione plasterkiem cytrusa. A na zbliżający się dzień kobiet warto spróbować Perfect Lady – gin, likier brzoskwiniowy i sok z cytryny wytrzęsione z lodem i białkiem z jajka dają pyszną, puszystą, słodko kwaskowatą mieszankę, która zasmakuje każdemu. Zwolennicy czegoś wytrawniejszego mogą zaś skusić się na Gin Martini, najbardziej chyba ikoniczny koktajl świata, gin z odrobiną wytrawnego wermutu, mocno schłodzony i serwowany w charakterystycznym kieliszku w kształcie litery V, z obowiązkową oliwką na szpadce. Możliwości są nieograniczone, a szeroki wybór najróżniejszych ginów sprawia, że ciężko się nimi naprawdę znudzić. Nieważne więc, czy chcemy poczuć się jak niderlandzki żołnierz przed bitwą, amerykański gangster prowadzący ciemne interesy czy tajny agent na sekretnej misji – z ginem wszystko jest możliwe!




