„Kora. Dziecko słońca”

reż. Adam Opatowicz, Teatr Polski w Szczecinie

„Kora. Dziecko słońca” to kolejna propozycja maratonu premier w nowym Teatrze Polskim w Szczecinie. Mimo kameralnego charakteru okazuje się jednak jego dotychczasowym zwycięzcą. Bez monstrualnych dekoracji, bez ociekających złotem kostiumów, bez kilkunastoosobowej obsady, bez pełnego składu orkiestry. Ot siła teatru i moc aktorskiej rzetelności. Twórcy spektaklu spokojnie mogą „stanąć na raz, ze słońcem twarzą w twarz”.

Obiektywne pisanie o twórczości Kory i Maanamu jest absolutnie niemożliwe. Przynajmniej dla mnie i pewnie szeroko pojętych pokoleń 40+. Niemal każda piosenek przypisana jest do konkretnego wspomnienia, wydarzenia czy osoby z przeszłości. To indywidualne, subiektywne, a może intymne. Idę o zakład, że dziś te najbardziej kultowe z utworów Maanamu są doskonale znane obecnej młodzieży i też służą im za podkład muzyczny ważnych chwil. A to dowód na to, że Kora jest nieśmiertelna!

Adam Opatowicz, najwierniejszy admirator poetyckiego dekadentyzmu zabiera widzów w podniecająco niebezpieczną podróż do onirycznej galaktyki, w której „planety szaleją, szaleją, szaleją i śmieją, się śmieją, się śmieją”. Nikt tak jak On nie czuje osławionego „krakowskiego spleenu”, nikt tak jak On nie potrafi ponurej apatii (sic!) zamienić w melancholię. Znów udało mu się „rozgonić ciemne skłębione zasłony” i „gniew zamienić w kochanie”. Czułość z jaką Opatowicz podchodzi do wszelkich zdarzeń poetyckich jest niewytłumaczalna, niepojęta, ale z pewnością skuteczna. Estradowy blichtr towarzyszący Korze przez znakomitą część jej życia tylko zaznacza, szkicuje dwoma skrajnymi „koncertowymi” scenami. Między nimi powołuje umowną pauzę, podczas której pozwala widzowi wniknąć w serce i umysł Kory, pozwala odkryć jej najskrytsze sekrety. To nie publicystyka, ale cytaty z pamiętników, w których zawsze mówiła sercu, aby sercem było. Między piętnastoma piosenkami umieścił krótkie sekwencje, opisy najważniejszych wydarzeń z życia artystki, jej przemyślenia i refleksje. Niezwykłym jest to, że te zaledwie kilkunastozdaniowe konstrukcje układają się w pełnowymiarową opowieść. To wrażenie zapewnia powiązanie tekstów z następującymi po nich utworami, przy czym owa korespondencja nie musi wyrażać się w słowach, ale może też w nastroju utworu. To wszystko czyni teatralny wieczór do innych niepodobnym.

Adrianna Szymańska nie próbuje Kory naśladować. Nie sili się na powtórzenie gestów, ruchów, spojrzenia, grymasów, maniery mówienia, pomija nawet tak charakterystyczne reranie. Adrianna Szymańska Korę porostu rozumie i czuje. Czuć tu pełne zaufanie reżysera do aktorki i odwrotnie. Na osobne uznanie zasługuje wokalna kondycja Szymańskiej. Aktorka zmienia barwy głosu, formę czy stylistykę na przysłowiowe „pstryk”. Kiedy trzeba delikatna i czuła, kiedy trzeba drapieżna. Oniryczna, melancholijna, a za chwilę bezwiednie oddana wibracjom rockowego brzmienia. Całość ozdabia wyrazistość i… WYRAŹNOŚĆ. Zapisałem majuskułą, bo odnoszę wrażenie, że dziś wielu artystów zapomniało o językowej poprawności – odpowiedniemu akcentowaniu i starannej dykcji. Tu wybrzmiewa każde słowo i każde jest zrozumiałe (!). Brawo!

Nowe aranżacje utworów Maanamu zaproponował Krzysztof Baranowski. Jego transkrypcje sięgają do wczesnych brzmień nurtu elektro, ale są wzbogacone rasowym brzmieniem gitary basowej (Łukasz Wons). Nowe aranże „Szału niebieskich ciał”, „Lipstick on the glass” czy „Kocham cię kochanie moje” to najprawdziwsze muzyczne petardy! Bardzo cieszę się, że Teatr zdecydował się na rejestracje interpretacji Baranowskiego i Szymańskiej. Ich odczytanie muzycznych ikon Maanamu i Kory to jakość sama w sobie. Czekam na tę płytę.

 

Prestiż  
Marzec 2024