Club Zero, reż. Jessica Hausner

Pani Novak, na prośbę zblazowanych rodziców zostaje zatrudniona w elitarnej szkole, by uczyć świadomego odżywiania. Pierwsze lekcje fascynują młodych, kolejne jeszcze bardziej, jeszcze bardziej… aż przekroczą edukacyjne normy i obyczaje. Pozornie niewinne praktyki przeistoczą się w zagrażające życiu dzieciaków procedery, rodem ze ściskających gardło thrillerów. Mimo wszystko (sic!) całość spowijają gęste opary absurdalnego humoru wydobywające się z gotowanego na dużym płomieniu intensywnego sarkazmu (mowa o jedzeniu przecież). Jest w tym też jakiś bajkowy pierwiastek i oczywiście wyrazisty morał.

„Clubie Zero” to kolejny obraz Jessici Hausner poruszający ważne i aktualne społeczne problemy. Przekornie tym głównym nie są aspekty żywieniowe, ale odpowiedzialność, między innymi ta ciążąca na rodzicach czy szkole. To też przestroga przed groźnymi dla młodych ludzi pułapkami – manipulacją czy działalnością sekt, co jest szczególnie ważne w dobie mediów społecznościowych.

Mocny temat, ale także perfekcyjna forma. Każdy kadr (zdjęcia Martin Gschlacht) to pełnoprawne dzieła sztuki. Nie bez powodu twórczości Hausner mówi się, że jest wyrafinowana – to wypadkowa symetrii i geometrii, swoista pochwała modernizmu. Gdyby każdy z kadrów potraktować jako fotografie, śmiało można by je pokazać w muzeach Bauhasu w Dessau-Roßlau czy Weimarze. Kolorystyka, nie taśmy, ale przedstawianego świata przywodzi z kolei na myśl barwy znane z filmów Wesa Andersona. Muzyka Markusa Bindera to także absolutne arcydzieło. Magnetyczne dźwięki z pogranicza rytuału imisterium. Perkusyjne albo chóralne motywy wyznaczają rytm opowieści, nie tylko ilustrują, ale dopełniają każdą z sekwencji.

W tak skonstruowanym świecie znakomicie odnaleźli się młodzi aktorzy, powtarzający swoimi rolami szablonowy porządek. Ich role to misternie zbudowane ironiczne figury, naznaczone sztucznością i wyniosłością. Wśród młodych aktorów wyróżnia się Luke Barker (Fred), który stworzył wielowymiarową i niejednoznaczną postać. Obok młodych w filmie oglądamy także zblazowanych i obłudnych rodziców z tak zwanych wyższych sfer. Niektórzy dopatrywali się w tym klimatów, które w genialnym „W trójkącie” celnie wyszydzał Ruben Östlund (szczerze? To zbyt daleko idące porównanie). Są wreszcie, uboższa w finanse, ale bogatsza w emocje, świetna Amanda Lawrence jako matka Bena oraz jedna z najbardziej znanych duńskich aktorek – Sidse Babett Knudset wybornie interpretująca Panią Dorset, dyrektorkę szkoły.

W roli Pani Novak oglądamy Mię Wasikowski, notabene związaną w młodości ze Szczecinem, o czym pisaliśmy na łamach „Prestiżu” (nr 12 (133), Grudzień 2019). Aktorka nie miała szczęścia do ról, ani filmów w których była angażowana. Owszem były to obrazy rzetelne, ale nie odniosły oczekiwanych sukcesu, rozgłosu czy zysków. Po ekstatycznie przyjętej tytułowej roli w „Alicji w Krainie Czarów” (2010) Tima Burtona Wasikowski nie zagrała już w produkcji, która narobiłaby tyle szumu, choć kilka dobrych ról zagwarantowało jej statut stabilnej hollywoodzkiej gwiazdy. W „Clubie Zero” jest tajemnicza, powściągliwa, subtelna, a przy tym piekielnie wyrafinowana. Przemiła, delikatna kobieta okazuje się podłą manipulatorką, owładniętą sekciarskimi rządzami. Wszystko z nieschodzącym z twarzy uśmiechem i spojrzeniem niczym kot ze Shreka. To rola bardzo przemyślana, niezwykle precyzyjna i dojrzała.

Szkoda, że film nie znalazł się w szerokiej dystrybucji, bo pokazywany był głównie w kinach studyjnych. Obecnie film jest dostępny w serwisach streamingowych, m.in. Nowe Horyzonty VOD.

 

Prestiż  
Wrzesień 2024