Siłą „Beetlejuice Beetlejuice" jest scenariusz Alfred’a Gough’a i Miles’a Millar’a, którzy pracowali z Burtonem przy „Wednesday”. Od „Soku z żuka” z 1988 roku różni go nie tylko stopień skomplikowania, ale także tempo akcji, wielowątkowość i wyrazista opowieść. To jednocześnie walor, ale także problem, bo mniej uważni widzowie mogą łatwo się pogubić w zawiłej narracji. Tych motywów wystarczyłoby na obdzielenie kilkuodcinkowego serialu, a udało się je „zmieścić” w 100 filmowych minutach.

W świecie żywych dominuje wątek Lydii Deetz, gwiazdy telewizyjnego show, w którym kontaktuje się z duchami. Bohaterka zmaga się sama ze sobą, żałobą po stracie męża oraz trudną relacją z nastoletnią córką Astrid. Jest jeszcze narwany kochanek-menager Rory oraz ekscentryczna macocha Delia, także opłakująca tragicznie zmarłego ukochanego (ojca Lydii). W równoległym świecie umarlaków mamy pogoń (dosłownie) Beetlejuice’a za Lydią, Delores za Beetlejuice’m, Wolfa Jacksona za Beetlejuice’m, Dolores i Lydią, Astrid za Jeremy’m i wreszcie Lydii za Astrid… W tych przedziwnych zaświatach splatają się jeszcze wątki pozostałych bohaterów, oczywiście tych nieżyjących (sic!) – pierwszego męża Lydii oraz jej ojca (skompromitowany aferą pedofilską Jeffrey Jones nie pojawia się na ekranie). Szkoda, że w filmie nie oglądamy, choćby w jakimś symbolicznym epizodzie Adama i Barbary Maitland’ów, czyli Alec’a Baldwin’a i Geeny Davis. Z uwagi na aktualny filmowy dorobek i status wielkich gwiazd byliby ozdobą filmu.

Aktorsko film należy do Catherine O'Hary vel Delii Deetz. Aktorka zaskakuje niespożytą energią, niesamowitym dystansem i poczuciem humoru, udowadnia komiczną siłę znacznie ponad jedną minę znaną z „Kevinów…”. Znakomita jest Winona Ryder, która swoim nieustannym skonfundowaniem intryguje i bawi. Kreacja Jenne Ortegi jest niebezpiecznie bliska „Wednesday”, co w zamyśle twórców miało przyciągnąć młodych widzów, idę o zakład, nie potrafiących zatracić się w archaicznej wersji pierwszej części. Rewelacyjną kreację, pełną urzekającej rezerwy do swojego aktorskiego dorobku, stworzył Willem Dafoe jako Wolf Jackson. Angaż Monici Bellucci i powołanie jej postaci należy czytać jako swoistą prywatę – otóż Bellucci jest nową partnerką Burton’a. Niestety Jej Delores jest ciekawa wyłącznie w pierwszej scenie, gdy „się zszywa”, a potem jedynie… idzie. Nieporozumienie. Jest jeszcze epizod dozorcy w brawurowym wykonaniu Danny’ego De Vito. To prawdziwa perła! A skoro De Vito to perła, O’Hara, Ryder i Ortega – mistrzostwo, to nie wiem, jak określić to, co w filmie zrobił Michael Keaton jako Beetlejuice... Oglądając jego aktorskie popisy, widz może mieć wrażenie zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jak inaczej wytłumaczyć, że Keaton gdzieś „zgubił” 36 lat, bo tyle dzieli sequel od pierwszej części filmu. Zachwyca sprawnością oraz aktorską wirtuozerią i to pomimo ingerującego w fizyczność makijażu i kostiumu.

A gdyby chcieć znaleźć w tym mrocznym koncepcie jasny morał? Burton chce powiedzieć przede wszystkim o sile rodzinnych więzi, szczególnie wystawionych na trudną próbę okresu żałoby. Zresztą cała jego twórczość jest nieustannym oswajaniem z ostatecznością, tylko w absurdalnej i ironicznej formie. Pozostałe „nauczki” należą do stałego zestawu hollywoodzkich morałów, nie warto poświęcać im uwagi. Nie należy chyba też pieklić się, bo przecież „Beetlejuice Beetlejuice” to nie horror dla dorosłych o silnych nerwach, ale film dla dzieciaków od 13 roku życia.

Przed planowaną wizytę w kinie na „Beetlejuice Beetlejuice” obejrzałem pierwszą część komedii Tima Burtona. Pamiętałem ją jak przez mgłę, kojarzyłem postaci, niektóre sceny, ale kilkadziesiąt lat od seansu zrobiło swoje. Jejku jakie to jest tandetne, infantylne, płaskie, a przy tym… absolutnie urocze. Sam uśmiałem się ze swoich reakcji podczas filmu. Tym bardziej czekałem na kinowy seans drugiej części filmu… i nie zawiodłem się! Warto kolejny przywołać tego pokrętnego upiora: Beetlejuice, Beetlejuice, Beetlejuice!

 

Prestiż  
Październik 2024