„Cudowna terapia”
Zamek Książąt Pomorskich
„Cudowna terapia”
Zamek Książąt Pomorskich

Joana i Valentin to małżeństwo z długim stażem, ale w fazie ostrego kryzysu. Decydują się na terapię małżeńską. Ta prowadzona jest eksperymentalnymi metodami, pod którymi finalnie kryje się tzw. interwencja paradoksalna, czyli działanie wydające się sprzecznym z pożądanym celem. By nie psuć widzom zaskoczenia i zabawy, na tym surowym opisie tej sekwencji zakończę. Pierwsze terapeutyczne metody mają na celu złagodzenie konfliktu między małżonkami i wydobycie przyjemnych wspomnień. Sceniczna „terapia” szybko okazuje się być lustrem dla publiczności, która mimowolnie do niej „dołącza”. Nie tylko małżonkowie, ale też i single, wdowy czy wdowcy, bo poruszane tematy dotyczą lub dotyczyły wszystkich. To znakomity atut konstrukcji tekstu Glattauera! Ciekawe tylko czy zamierzony?
Joana Joanny Matuszak to kobieta przebojowa, wyniosła, ale wiecznie wkurwiona i pełna pretensji. Portret jej bohaterki jest narysowany niezwykle wyrazistą kreską, z uwzględnieniem najdrobniejszych niuansów mimiki, spojrzenia czy drobnych gestów. Znakomita, a może nawet fascynująca (pod względem aktorskich środków) jej jest przemiana z rozdygotanej furiatki w subtelną i opiekuńczą kobietę. Podobnie rzecz ma się z postacią, którą w spektaklu kreuje Arkadiusz Buszko. Na początku zamknięty, mrukliwy, niechętny do działania, staje się zupełnie przyjemnym facetem. Aktor znów zauroczył komiczną siłą, którą podkreśla nieograniczonymi wręcz możliwościami ruchowymi i mimiką. Jestem absolutnym fanem sceny, gdy Joana i Valentin zamieniają się rolami! Pyszne! Uwielbiam! Ciekawy charakter stworzył Adam Kuzycz-Berezowski. Jego terapeuta jest faktycznie daleki od dotychczasowego emploi aktora. Trzeba zobaczyć jego sztuczny i przebiegły uśmiech, albo wręcz rytualne zaangażowanie w przeprowadzaną terapię.
Świetną prace wykonała Anna Kolanecka, autorka scenografii. Zainspirowana opowieścią bohaterów o „podwodnej” randce, zaproponowała dekorację z głębin właśnie. Kanapa oraz fotel została obita jaskrawozieloną strukturą przywodzącą na myśl glony, albo fantazyjne okazy rodem z najbarwniejszej rafy koralowej. Pomysł Kolaneckiej przydaje dramatowi Daniela Glattauera głębi (sic!). Jak trafniej opisać trudne relacje małżeńskie bohaterów, jak nie przy pomocy morskich terminologii – od sztormu, burzy, przez kwitnące sinice, cofkę, po flautę. Ot ocean emocji…




