Tajemnice szczecińskich ulic

Polski król Madagaskaru, literacki skandalista i ptak świętego

 

Wiele ze szczecińskich ulic nosi imiona lokalnych patriotów, ludzi ważnych dla miasta, bohaterów, poetów, pisarzy, malarzy, polityków, władców, wodzów, artystów. Są też nazwy przyrodnicze, geograficzne, krajobrazowe. Ale są też i takie, które budzą zdziwienie, rozbawienie, ale i ciekawość. Czy znamy bohaterów niektórych naszych ulic? Co oznaczają nazwy wielu z nich? Co miesiąc staramy się je rozszyfrować. Oto kolejne z nich.

Ulica Maurycego Beniowskiego

Ależ to niebywała postać! Wstyd, że tak zapomniana. Aż się prosi o jakąś awanturniczą, sensacyjną biografię a nawet film lub serial z gatunku płaszcza i szpady! Maurycy Beniowski urodził się we wrześniu 1746 roku. Ale to nie jest pewna data. Bo historycy odkryli, że Beniowski trochę konfabulował w tej sprawie. Zresztą nie tylko w niej. Jak go opisać w skrócie? Węgiersko-polski szlachcic, uczestnik Konfederacji Barskiej, za udział w niej został zesłany na Kamczatkę, ale uciekł z niej, podróżnik, kolonizator i „król” Madagaskaru oraz pisarz – był autorem bardzo popularnego, w swoim, czasie pamiętnika. Choć co do prawdziwości niektórych wątków w nim zawartych historycy mają mieć trochę wątpliwości. Ale zanurzmy się w jego losy. Beniowski latem 1768 roku dołączył do Konfederacji Barskiej. Jaki był jego szlak bojowy dokładnie nie wiadomo, bo w których bitwach i potyczkach brał udział wiemy tylko z jego pamiętników. Został wzięty do niewoli przez Rosjan. Najpierw skazano go na zesłanie w głąb Rosji. Ale po próbie nieudanej ucieczki wylądował w grudniu 1770 roku na Kamczatce. Niespokojny duch jednak szybko dał o sobie znać. Zawiązał spisek i przygotował plan ucieczki. Zesłańcy opanowali miasto, a następnie przejęli statek, którym prawie sto osób uciekło z Kamczatki. Jakie były losy ich podróży to oddzielna opowieść pełna sensacyjnych wątków, zwrotów akcji, niebezpieczeństw, niezwykłych, przygód i awantur. W każdym razie dotarli m.in. do Japonii, Chin oraz Makau skąd Beniowski ruszył do Europy. Kiedy dotarł do Paryża już był sławny m.in. na dworze króla Ludwika XV. Beniowski wstąpił do służby we francuskim wojsku. Rząd królewski postanowił wykorzystać jego umiejętności i doświadczenie. Wysłano go więc na Madagaskar, który miał uczynić kolonią francuską. Beniowski pojawił się tam w Walentynki 1774 roku. Okazało się jednak, że tubylcza ludność jest wroga nastawiona do planów skolonizowania ich ziem. Dopiero po dwóch latach Beniowskiemu udało się złamać opór mieszkańców (różnymi sposobami m.in. kija i marchewki). Przystąpił do budowy dróg, osiedli, osuszania bagien, zakładał plantacje bawełny, tytoniu i trzciny cukrowej. 10 października 1776 roku obwołany został przez zgromadzenie Malgaszów – rdzenną ludność „wielkim królem” i stal się faktycznym władcą wyspy. Kiedy powrócił do Francji, by przedstawić rządowi swe plany wykorzystania Madagaskaru nie zyskały one poparcia. Beniowski zdecydował się więc na przejście do służby w wojsku austriackim. Ale nie mógł się tam jakoś odnaleźć. W 1779 roku miał się pojawić w Ameryce Północnej chcąc wstąpić do tamtejszej armii i nawet powoływać się na koneksje z gen, Kazimierzem Pułaskim, który wtedy poległ w bitwie pod Sanannah. Dziś historycy twierdzą, że to nie Beniowski był wtedy w Ameryce, ale jego brat a on sam trafił tam kilka lat później i nawet przyjaźnił się Banjaminem Franklinem. W 1785 roku ponownie pojawił się na Madagaskarze chcąc stworzyć własne małe państwo. Opanował m.in. stolicę kraju. Według jednej z relacji zginął w trakcie walk od zbłąkanej kuli w potyczce z Francuzami 23 maja 1786 roku. Choć pojawiały się też pogłoski, że kula ominęła Beniowskiego i nawet widziano go Europy. Podobno jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku ambasador brytyjski na Madagaskarze donosił, że widział jego grób na wyspie. Beniowski był barwną postacią. Nic więc dziwnego, że jeden z naszych wieszczów narodowych – Juliusz Słowacki poświęcił mu swój poemat. Ale chyba czas już najwyższy na solidniejsze przypomnienie samego Beniowskiego oraz jego niezwykłych losów.

Ulica Emila Zegadłowicza

Ten pisarz, poeta, mecenas sztuki i tłumacz urodził się 20 lipca 1888 roku w Białej Krakowskiej (obecnie Bielsko–Białej). Do historii polskiej poezji przeszedł m.in. wierszami, balladami i poematami napisanymi w latach 20. XX wieku np. słynnymi „Powsinogami beskidzkimi”, „Kolędziołkami beskidzkimi” i „Domem jałowcowym”. Ale to nie dzięki nim stał się szeroko znany w całym kraju. W 1934 roku Zegadłowicz wydał powieść pod tytułem „Zmory. Kronika z zamierzchłej przeszłości”. Okazała się ona być prawdziwym skandalem, bo w bardzo naturalistyczny opowiadała o inicjacji seksualnej pewnego młodzieńca – Mikołaja Srebrnego. Ówczesne społeczeństwo w Polsce nie było gotowe na tak odważną prozę. Zegadłowicz został oskarżony o pornografię, zarówno przez krytyków jak i czytelników. A używając dzisiejszego języka, po prostu wylała się na niego fala hejtu, łącznie pogróżkami, które otrzymywał np. w listach. Pierwsze wydanie „Zmór” zostało ocenzurowane, a drugie skonfiskowane przez cenzurę. Jeden z lewicowych poetów napisał o książce, że to „strojenie genitalii w fiołki”. Książka została mocno potępiona przez Kościół katolicki za szerzenie pornografii. Jeden z katolickich publicystów pisał: „Autor nie jest Polakiem, lecz rasowym mieszańcem, jego nie-polską z gruntu powieść przyjęło oczywiście z entuzjazmem żydostwo, zwłaszcza, że powieść bardzo bliska jest żydowskich ulubień”. (za Agencja – Informacyjna.com). Będący na fali Zegadłowicz postanowił dalej kroczyć drogą szoku i skandalu. W 1935 roku wydał tomik erotyków „Wrzosy” ze śmiałymi jak na tamte czasy opisami miłosnych uniesień. Dwa lata później pisarz ponownie wywołał skandal dwoma tomami „Motorów”, nazywanymi nawet „pornografią słowną”. Pisarz zmarł 24 lutego 1941 roku w szpitalu w Sosnowcu. W 1978 roku znany polski reżyser Wojciech Marczewski nakręcił film na podstawie „Zmór”. Ale ekranizacja nie wzbudziła już takich emocji jak książka przed laty. Choć i do niej sporo zastrzeżeń miała PRL-owska cenzura.

Ulica Turkawki

Według internetowych mądrości turkawka zwyczajna jest gatunkiem średniej wielkości ptaka wędrownego z rodziny gołębiowatych (Columbidae). Uznawana jest za narażoną na wyginięcie. Stąd też znajduje się pod całkowitą ochroną. Zamieszkuje Europę, Wyspy Kanaryjskie, północną Afrykę i środkowo-zachodnią Azję. W Europie najwięcej osobników jest w Rosji, Turcji, Hiszpanii i Francji. W Polsce występuje na terenie całego kraju. U nas oraz w Europie Środkowej turkawkę uznaje się za zwiastuna prawdziwej wiosny, bo przylatuje na przełomie kwietnia i maja.(Wikipedia). Ptak ten znany jest znany z pięknych, melodyjnych śpiewów. W literaturze (szczególnie w poezji elżbietańskiej) przedstawiany jest jako symbol wierności i miłości. Wierzono, że po śmierci turkawki jej partner pozostaje w żałobie do końca życia. Ptak pojawia się w alegorycznym poemacie o upadku miłości idealnej Williama Shakespeare’a pt. „Feniks i gołąb” (ang. The Phoenix and the Turtle). Tytuł jest często źle tłumaczony jako „Feniks i żółw”. Ale chodzi jednak o turkawkę. Ptak ten jest także głównym bohaterem jednego z opowiadań zbioru pt. „Kwiatki św. Franciszka”, czyli przypowieści o życiu tego świętego i jego towarzyszy. Ta o turkawce jest krótka, więc przytaczamy ją w całości (za „opracowania.pl”): „Pewnego dnia święty Franciszek spotkał młodzieńca niosącego na targ schwytane turkawki. Świętemu żal się zrobiło ptaków, które być może skrzywdzą ich przyszli właściciele. Poprosił chłopca, aby oddał mu ptaki. Potem wygłosił do nich kazanie, w którym napomniał je, aby nie pozwalały się tak łatwo schwytać. Obiecał też zbudować im gniazda, by mogły zgodnie z wolą Bożą żyć i rozmnażać się. Święty Franciszek wypełnił swoją obietnicę, a ptaki oswoiły się i przywiązały bardzo do swego opiekuna i innych braci. Młodzieńcowi, który podarował świętemu turkawki, Franciszek przepowiedział, że kiedyś i on zostanie zakonnikiem-franciszkaninem”.