Jeszcze Polska nie zginęła..., póki się śmiejemy

Jürgen Hofmann

 

reż. Marek Gierszał, Teatr Polski w Szczecinie

Akcja spektaklu rozpoczyna się przed wybuchem II wojny światowej. Choć katastrofa wisi w powietrzu, aktorzy poznańskiego Teatru Polskiego szykują się do wystawienia ośmieszającej Niemców farsy „Gestapo”. Intensywne próby przerywa spodziewana eskalacja konfliktu i wejście hitlerowców. Od tego momentu na scenie teatru można już wystawiać tylko bezpiecznego politycznie (czy aby na pewno?) „Hamleta”. Zespół aktorski wikła się w szpiegowską intrygę, a swoim głównym orężem czyni… teatr!

Spektakl Marka Gierszała znakomicie oddaje ducha epoki (pokoleń?), a tekst Jürgena Hofmanna jest majstersztykiem teatralnego gagu. W czasach, gdy przez Europę przetacza się groźny zwrot w stronę prawicy, ta gorzka komedia stanowi też swoistą przestrogę. Mimo to mam wątpliwości co do aktualności tekstu, bo dzisiejszy świat jest o czymś innym… I jeśli nawet inscenizacja Gierszała jest udana, to pozostanie w pamięci jedynie jako zgrzebna komedia.

Dobrze napisanemu dramatowi i wciągającej intrydze wtórują teatralne czary i technologia. To świetne kostiumy zmarłej niedługo przed premierą Hanny Sibilski czy scenografia Katarzyny Banuchy, której dekoracje musiały być wyraziste (choćby swastyki), a z uwagi na tempo akcji przede wszystkim funkcjonalne. Krytyczne uwagi mam do opracowania muzycznego, bynajmniej nie do kwestii wykonawczych czy aranżacyjnych, ale do wyboru głównego motywu. Przywołanie tematu ze „Stawki większej niż życie” wydało się zbyt oczywiste…

Gierszał główne role powierzył Oldze Adamskiej i Sławomirowi Kołakowskiemu. Adamska znakomicie odnalazła się w swojej kreacji proponując postać o ciekawych charakterach. Tak, to liczba mnoga, bo… Maria – aktorka: nieco zblazowana i egzaltowana, Maria – żona: przebiegła i zapobiegła, Maria – kochanka: namiętna i czuła, Maria – konspiratorka: konkretna, sprytna i rozsądna. We wszystkich Adamska zatraca się bez reszty i to z wielką klasą! Sławomir Kołakowski ma w tym spektaklu arcytrudne, ale wierzę, że jednocześnie niezwykle satysfakcjonujące zadanie. Aktor wciela się w kilka postaci, o skrajnie różnych temperamentach. Każdą z nich zinterpretował bez szerokiego gestu, różnicował te wcielenia symbolicznie, ale przy tym skutecznie. A propos szerokiego gestu – nie uległ mu Michał Janicki, a jego interpretacja Erharda SS Gruppenführera to postać skomponowana w sposób wyważony. Rewelacyjnie partneruje mu Karol Olszewski vel Adiutant Schulz. Bardzo dobre role stworzyli także debiutujący na scenie Teatru Polskiego Maciej Szczepanik i Piotr Biernat – kolejno Andrzej Staśnik i Profesor Sielecki. Dał się zapamiętać Aleksander Różanek, do którego poza dobrą kreacją należy przepyszna muzyczna scena – „Był taki czas” z tekstem Wojciecha Młynarskiego i muzyką Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza. Cieszyła także epizodyczna, ale klarowna i pełna obecność Marka Żerańskiego. Ach! Jeszcze Adam Dzieciniak jako aktor Broński i Jego „epizod”, gdy wciela się w samego Führera, który hajluje sobie samemu… I tu zgrzyt – Gierszał nieznośnie zmultiplikował faszystowskie pozdrowienie. Owszem, to stanowi dość ciekawy eksperyment, a samo pozdrowienie to swoisty papierek lakmusowy owej próby. Pierwsze hajlowania niepokoją, zawstydzają, straszą, może nawet onieśmielają. Jednak, gdy aktorzy wykonują ten gest enty raz zaczyna się… śmieszność. Domyślam się, że twórcy chcieli uczynić z tego swoisty lejtmotyw, albo nawet rytm przedstawienia. Przesadzili. Każde kolejne uniesienie dłoni w charakterystycznym geście stało się w żenujące. Nawet bardziej od Muska…

 

Prestiż  
Marzec 2025