„Król Tanga”
Reżyseria: Arkadiusz Buszko, scenariusz: Sylwia Trojanowska
Szczecin świętuje 80 rocznicę polskiej państwowości. Koniec wojennego koszmaru dla wielu okazał się początkiem nowego życia. Wśród nich byli bohaterowie spektaklu „Król Tanga” – Luna i Tadeusz Millerowie w Willi Lentza, którzy sponiewierani wojennymi doświadczeniami i traumą trafili na „ziemie odzyskane”, by zacząć wszystko od nowa. Do znakomitego muzyka los szybko się uśmiechnął.
Życiorys Tadeusza Millera jest… krótki. Zbyt krótki. Śpiewu nie uczył się nigdy, był samoukiem. A głos miał bardzo ciekawy – dźwięczny baryton o przyjemnej niskiej, głębokiej barwie i pewnej subtelności w górnych rejestrach. Miał także nienaganną dykcję. Młodzieńczą beztroskę i szansę na karierę przerwała wojna. Miller trafił na front, brał także udział w Powstaniu Warszawskim. W stolicy poznał swoją przyszłą żonę Feliksę Keller, którą wszyscy znali jako Lunę, a to od zdrobnienia imienia: Feliksa - Felusia - Lusia – Luna. Małżonkowie w 1945 roku przeprowadzili się do Szczecina. Miller zaczął pracę w administracji tworzonej rozgłośni radiowej. Szybko ujawnił muzyczny talent i został zauważony przez radiowych redaktorów, którzy zaproponowali mu śpiewanie w „Koncercie życzeń”. Później dostrzegł (usłyszał) go pionier powojennej fonografii – Mieczysław Wejman. Miller zaczął nagrywać dla kultowej wówczas wytwórni „Mewa”, a wszystkie jego płyty natychmiast okrzykiwano wielkim sukcesem. Porównywalny był z Mieczysławem Foggiem, a według wielu znacznie go przewyższał techniką śpiewu i… urodą. W poznańskiej „Mewie” nagrał ponad 60 piosenek, z których znakomita większość to tanga. Pędzącą drogę do sławy przerwał wypadek motocyklowy. Tadeusz Miller zostawił bezgranicznie kochającą go żonę i nienarodzonego jeszcze syna…
Sylwia Trojanowska napisała historię Millerów jako opowieść o miłości. Bez zbędnego meandrowania, sięgania do początków biografii bohaterów czy prób wiernego portretowania powojennej rzeczywistości i okrucieństw tamtego czasu. Osią dramatu uczyniła intymną relację małżonków, sprowadzając nawet jego karierę muzyczną, nie tyle co do tła, co do motoru (sic!) zdarzeń. Na podstawie jej dramatu Arkadiusz Buszko stworzył kameralny, a może nawet skromny spektakl. I dobrze. To formalnie rzecz możliwie klasyczna – niezakłócona chronologia wydarzeń, regularny rytm z przeplatanką scena/utwór. Dzięki tej realizacyjnej powściągliwości przejmująca historia wybrzmiewa pełniej i piękniej.
Reżyser role Luny i Tadeusza powierzył Marii Wójtowicz i Kacprowi Kujawie, młodym aktorom, którzy niedawno trafili do zespołu artystycznego Teatru Współczesnego w Szczecinie.
Tadeusz Miller (według wspomnień rodzeństwa) był sympatycznym mężczyzną, „którego wydatną cechą była kolosalna nieśmiałość”. Kacper Kujawa z tej cechy uczynił atut scenicznego alter ego pieśniarza. Jego Miller jest nie tylko nieśmiały, ale nieznośnie subtelny, by nie rzec rozczulający. Tak przewrotnie to w teatrze absolutny bonus dla aktora – od pierwszej sceny publiczność jest Jego. Oglądamy go trochę jak „kota ze Shreka”, choć aktor o estymę prosić nie musi. Wystarczy, że wykona pierwszą piosenkę, zatańczy, niby od niechcenia rzuci brwiami, albo uśmiechnie się zawadiacko… Jeśli ktoś chciałby zobaczyć prawdziwego amanta I-połowy XX wieku – proszę bardzo! Młody aktor zinterpretował swojego bohatera z dużą wnikliwością i czułością. Widać, że historia artysty go poruszyła, słychać to także w piosenkach. Kujawa zaskoczył wokalną sprawnością, ale też muzyczną wrażliwością i dojrzałością interpretacji. W ocenie jego umiejętności nie zaszkodziły nawet pewne nierówności w wysokich rejestrach. Brawo!
Kacprowi Kujawie świetnie partneruje Maria Wójtowicz. Jej Luna jest absolutnym kontrapunktem Tadeusza. To kobieta z charakterem, swadą i nieokiełznaną przebojowością. Wójtowicz z lekkością żongluje emocjami swojej bohaterki – beztrosko rozśmiesza w udawanej scenie zazdrości, by zaraz dogłębnie wzruszyć, gdy oznajmia mężowi, że jest w ciąży. Swoją drogą to scena wyjątkowej urody! Zakochana bezgranicznie w Tadeuszu, była także jego największą fanką. Podobno Miller specjalnie zmieniał nawet słowa piosenek, by pasowały właśnie do niej. Kujawa i Wójtowicz stworzyli na scenie przepiękną parę. To czułe spojrzenia, muśnięcia, subtelny dotyk i szczere uśmiechy. Dobrze wypadły także ich muzyczne, wokalne duety. Jest jeszcze rozrywająca serce scena pożegnania...
Aktorom towarzyszy muzyczne trio w składzie: Kamila Łuczka (wiolonczela), Rafał Kowalczyk (fortepian) oraz Roman Rydz (akordeon). Muzyka na żywo dobrze dopełnia atmosferę spektaklu. Szczególnie, że mamy do czynienia ze współczesnymi aranżacjami Piotra Klimka, który nadał nieco już przykurzonym kompozycjom współczesnego obrazu dźwiękowego i świeżego brzmienia.
Autorka kostiumów, Monika Boska-Nowakowska, zaufała stylowi epoki. I dobrze. Tadeusz nosi klasyczny garnitur i kapelusze, Luna ma na sobie sukienkę w grochy. Ot, klasyczna elegancja i szyk.
Scenografia Agnieszki Miluniec i Macieja Osmyckiego to właściwie tylko jeden obiekt. Pozornie to wieszak na ubrania, ale zgodnie z zasadą strzelby z Dostojewskiego „wypala” w finałowej scenie! Okazuje się także… motocyklem. Są jeszcze rozpostarte niczym żagle elastyczne tkaniny, na których oglądamy wizualizacje Anny Wiśniewskiej i Krzysztofa Kuźnickiego. Wzruszającym pomysłem było wplecenie w niearchiwalnych fotografii Tadeusza Millera, które wraz z oryginalnymi nagraniami audio tworzyły unikatową atmosferę spektaklu.
Dla jednych odsłuchiwanie starych nagrań z charakterystycznym szumem i zakłóceniami może być rarytasem, dla innych trudnością. Warto się przekonać, szczególnie że utwory Tadeusza Millera są dostępne na YouTubie i w Spotify. To efekt rekonstrukcji nagrań polskiej muzyki realizowany przez wytwórnie Teddy Records. W 2011 roku wydano 21 piosenek Millera nagranych dla poznańskiej „Mewy” w latach 1946-1947. Liczę także, że Willa Lentza w Szczecina zdecyduje się na nagranie nowych aranżacji Klimka w wykonaniu Kujawy i Wójtowicz. Choćby dla wyprodukowania teasera spektaklu.




