Teatralne ekspedycje

Szczecińskie teatry pomału rozpoczynają nowy sezon artystyczny. Dotychczas tylko Polski pokazał nową produkcję – „Paryski spleen”. W październiku teatr ze Swarożyca zaprosi jeszcze na nowy spektakl na podstawie powieści Jerzego Pilcha, a Współczesny Henrika Ibsena, pozostałe sceny dopiero pracują nad nowymi propozycjami. Wpadłem na pomysł, by fakt „opóźnienia” wykorzystać i zaprosić Czytelników „Prestiżu” do teatralnych ekspedycji. Zapraszam na nowe produkcje do Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim (105 km) oraz w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie (175 km). Do obu miast ze Szczecina dojedziemy autem w około 1,5 godziny (nowe drogi ekspresowe), niewiele dłużej jedzie się autobusem czy pociągiem.
Zaczynamy od Koszalina. Tutaj Wojciech Rogowski wyreżyserował mało znaną farsę „Chcesz się dobrze zbawić? Zadzwoń” kanadyjskiego duetu dramaturgicznego – Marcia Kash & Ian D. Clark. To dopiero druga inscenizacja tego tekstu w Polsce i jedna z pierwszych na świecie. Entuzjastyczne przyjęcie premierowego spektaklu przez koszalińską publiczność zapowiada, że będzie to repertuarowy przebój.
Henry oraz Charlotte planują romantyczny wyjazd do Paryża na zaległy (po jedynie 30. latach) miesiąc miodowy. Walizki spakowane, dom na okres wyjazdu wynajęty, nadzieje i namiętności rozbudzone, ale… Henry kilka miesięcy temu stracił pracę i nie miał odwagi powiedzieć o tym żonie. Gdy dowiaduje się o tym Tristan, mieszkający piętro wyżej aktor-kombinator, postanawia pomóc sąsiadowi odzyskać wydane już przecież oszczędności. Proponuje mu pracę w…. seks telefonie, w którym też dorabia po godzinach.
W główne postaci Charlotte i Henry’ego wcielili się Katarzyna Ulicka-Pyda oraz Wojciech Rogowski. Ich bohaterowie to charaktery skrajnie różne, ale znakomicie się uzupełniające. Aktorzy znakomicie sobie partnerowali, sprawiając, że ich wspólne sceny bawiły do łez. Pozostali poradzili sobie równie znakomicie, bawiąc publiczność zgromadzoną na widowni, ale ewidentnie także… siebie. Dobrze oglądać na scenie zgraną i zgodną ekipę. To z pewnością siła tego przedstawiania.
„Chcesz się dobrze zbawić? Zadzwoń” to klasyczna, rzetelnie zrealizowana farsa o dużym ładunku humoru. Proszę tylko o zachowanie czujności, bo… Współczesna obyczajowość jest w zupełnie innym miejscu niż choćby dekadę temu. Zabawne rubaszne sceny popularnych fars wówczas wybornie bawiły, a dziś oburzają. Prosty (prostacki?) humor i niewybredne żarty uchodzą za szczyt żenady albo skrajny infantylizm. W przypadku kilku głośnych tytułów, wciąż obecnych w repertuarach polskich teatrów, domagałbym się nawet czegoś w rodzaju „wstępów krytycznych”, które znamy z nowych wydań „Mein Kampf”. Rogowski przygotował na szczęście klasyczną inscenizację, wierną literze i atmosferze oryginału, co pozwala na nieco ulgowe potraktowanie obecnego tekście seksizmu. Zatem: chcesz się dobrze zabawić, przyjdź do teatru!
Gorzowski Teatr im. Juliusza Osterwy rozpoczął sezon od klasyki. Błażej Peszek (z tych Peszków) na nowo zinterpretował „Antygonę” Sofoklesa. Ba! Na podstawie nowego tłumaczenia Jacka Kaduczaka. Ich (!) realizacja to wbrew starożytnemu rodowodowi na wskroś współczesna i bezceremonialnie aktualna opowieść. Antyk zdaje się być jedynie kostiumem do ilustracji bardzo potrzebnej rozmowy. Peszek pyta o świeckie i święte, dobre i złe, ale też o… rolę kobiet, bezsens przemocy, potrzebę dialogu i wreszcie o zwykłą empatię. Język nowego przekładu jest mniej archaiczny, czytelniejszy, szczególnie dla młodego pokolenia. Przy czym nie ma tu żadnych uwspółcześnień, slangu, popkulturowego infantylizmu czy nowomowy. Ot klarowna, czysta i poprawna litera.
Obok bardzo dobrze poprowadzonych aktorów, kolejnym bohaterami produkcji jest scenografia oraz kostiumy Joanny Sapkowskiej. Stroje, które zaproponowała nawiązują do wielkich dystopii (literackich, ale działających na wyobraźnie jako filmy) – choćby „Mad Maxa”, „Gwiezdnych Wojen”, „Diuny” albo podobnych zniszczonych światów pełnych kurzu. Jej scenografia to bezcenny atut przedstawienia Peszka. Scenografka zaproponowała dość klasyczną paradę korynckich i doryckich kolumn oraz wszelkie towarzyszące atrybuty i przedmioty nawiązujące do epoki. Jednak, gdy wejrzeć weń intensywniej, klasyczna parada zmienia się w odważną, mocno ironiczną karykaturę. Kolumny stoją do góry nogami, a zdobione głowice okazują się podstawą. Mało tego, z udających (romantyczną) ruinę kamiennych kolumn wystają… zbrojeniowe pręty. Przepyszny żart! Jedna ze złamanych kolumn okazuje się tronem Kreona. Cudo! Cały sceniczny Akropol w kilku scenach poddaje się sile teatralnej maszynerii. To piękne, wręcz niemożliwe obrazy.
Przewrotnie i przekornie, taka inscenizacyjna wierność, jaką zaproponował Peszek, należy dziś uznać za dużą odwagę, a może nawet artystyczny eksperyment. Jednak, gdy wnikliwiej wejrzymy w pomysły reżysera dostrzeżemy ukrytą symbolikę, a często przebiegłe, ironiczne zabiegi oraz trafne riposty i komentarze.




