Szczecinianka na Teneryfie

Blask słońca w cieniu wulkanu

 

Mieszkanka Teneryfy już od 18 lat, Anna Samselska urodziła się i wychowała w Szczecinie. Pochodzi z Gumieniec, ale już jako nastolatka chciała podróżować. Nie chodziło przy tym tylko o zwiedzanie, ale o dłuższy pobyt w nowych miejscach.

W wieku siedemnastu lat wyjechała do Stanów Zjednoczonych, aby zamieszkać w Teksasie razem z miejscową rodziną, a jednocześnie uczęszczać do amerykańskiej High School. W USA zdała także maturę. Studia podjęła jednak już z powrotem w Szczecinie, na Wydziale Ekonomii, Finansów i Zarządzania Uniwersytetu Szczecińskiego. Jednak wkrótce i tutaj silniejszy okazał się zew odległego świata – po roku nauki wyjechała do USA po raz kolejny. Tym razem celem była Arizona, gdzie Anna odbyła praktyki w miejscowej firmie transportowej. Jakby tego było mało – każde wolne wakacje spędzała łącząc pracę z wypoczynkiem w ciekawych zakątkach Europy, jak choćby na Malcie czy Majorce. Co więcej, pasję do podróży i miłość do ciepłego klimatu podzielają także rodzice szczecinianki – którzy pierwsi zdecydowali się najpierw na kilkumiesięczne cykliczne wyjazdy raz do roku na Teneryfę, a ostatecznie na osiedlenie się tam na stałe. Wkrótce, po ukończeniu studiów na szczecińskim wydziale, na podobny krok zdecydowała się także i ona – i nie żałuje tej decyzji. Tam podjęła pierwszą prawdziwą pracę, rozpoczęła swoją pierwszą działalność, założyła dom i rodzinę.

Wszechobecny karnawał

Jak sama wspomina, początki po przyjeździe nie były jednak łatwe. Po pierwsze dlatego, że panował wtedy ogólnoświatowy kryzys, co wpływało bardzo mocno na rynek pracy i chęć zatrudniania osób przyjezdnych. W końcu udało się jednak znaleźć to pierwsze zajęcie – w firmie zajmującej się badaniami rynkowymi. Praca na etacie trwała finalnie kilka lat, w tym czasie jednak w głowie Anny kiełkowały już inne pomysły. Chciała otworzyć coś swojego, a jak sama mówi, od zawsze drzemie w niej natura bardzo przedsiębiorcza.

– Byłam zafascynowana tym, jak na Teneryfie wygląda karnawał i całe szaleństwo z nim związane – mówi Anna Samselska. – Porównałabym to nawet do Rio de Janeiro. Przez całe dwa tygodnie, dzień w dzień i noc w noc trwa wielka zabawa, podczas której króluje muzyka, tańce, a dodatkowo – wszyscy ludzie, niezależnie od wieku, chodzą przebrani! Dlatego też właśnie postanowiłam otworzyć… sklep ze strojami karnawałowymi!

Choć okazał się strzałem w dziesiątkę, to był to jednak biznes sezonowy – sklep otwierał się przed karnawałem i zamykał tuż po jego zakończeniu. W międzyczasie jednak Anna, regularnie odwiedzająca Szczecin, w tutejszych galeriach handlowych zwróciła uwagę na coraz liczniejsze punkty kosmetyczne zajmujące się paznokciami. Postanowiła przenieść ten pomysł także na Teneryfę, gdzie wówczas – jak sama mówi – nie było to zbyt popularne.

– Szybko tę popularność jednak zdobyło – mówi Anna. – Na przestrzeni już kilku lat, moja firma znacznie się rozwinęła. Dziś mamy cztery takie punkty usługowe – z czego trzy na Teneryfie, jeden w Gran Canarii, a także zatrudniamy trzydziestu pracowników.

Bez języka ani rusz

W Polsce studentka, na Teneryfie szybko przeobraziła się w prawdziwą businesswoman. Dlaczego tam? Jak mówi – zawsze chciała mieszkać w miejscu, gdzie panuje ciepły klimat.

– Nie miałam żadnych wątpliwości związanych z wyjazdem – przyznaje Anna. – Uwielbiam słońce i przyrodę w nim skąpaną i tylko w takich warunkach czuję, że naprawdę żyję. Nie wiem, czy zostanę na Teneryfie na zawsze. Jak będę starsza, to chciałabym poznać jeszcze inne, równie atrakcyjne miejsca. Oczywiście musi być tam równie ciepło.

Anna na miejscu zastała zupełną mieszankę narodowości. Oczywiście przez cały rok wszędzie pełno jest turystów, głównie z Europy. Wśród rezydujących na stałe jako najbardziej liczne podaje grupy Wenezuelczyków, Kolumbijczyków, Kubańczyków, Marokańczyków.

– Im bardziej wyruszymy w głąb wysp, tym bardziej jest ona, rzekłabym, „latino”. – mówi Anna. – Jednak obecnie także Polacy stanowią pokaźną grupę narodowościową. Najwięcej jest nas na południu, gdzie usłyszenie naszego języka nie jest rzadkością. Odkąd jest ze mną mój polski partner, powiększyło się nasze grono przyjaciół z rodzimego kraju. Wcześniej wokół siebie miałam głównie Hiszpanów. To miało swoje plusy, pozwoliło mi bardziej poznać miejscową kulturę, ludzi i zwyczaje – jak również język. Byłam przecież zmuszona porozumiewać się na co dzień z tubylcami i bardzo sobie to ceniłam – dlatego wcale nie szukałam na siłę kontaktu z innymi Polakami. Tym bardziej, że przecież na miejscu miałam swoich rodziców.

Język w codziennym życiu na Teneryfie stanowi istotną kwestię. Tubylcy – i to również ci w sile wieku – nie mówią po angielsku, a wymagają znajomości hiszpańskiego. Aby móc poruszać się po mieście w różnych sprawach, już nie jako turysta, trzeba posługiwać się nim co najmniej na poziomie komunikatywnym. Angielski jest tutaj używany tylko w obrębie obiektów turystycznych i to w wąskim, niezbędnym dla danej branży zakresie. Nie da się po angielsku załatwić sprawy urzędowej czy na przykład nadać paczki na poczcie. W budynkach widnieją nawet specjalne tablice o tym informujące. Podobnie sprawa wygląda z wizytami u lekarza.

 

Wieczne wakacje i szkoła

Anna podkreśla, że przyjeżdżający na Teneryfę Europejczycy za cel głównie stawiają sobie prowadzenie spokojnego, powolnego życia w hiszpańskim stylu, a nie rozwój kariery zawodowej. Nie ma tam wielkich firm, biurowców czy korporacji.

– Nikt tutaj za pieniędzmi nie goni i to jest właśnie to, czego szukają ludzie, którzy tu przyjeżdżają – tak samo jak ja – twierdzi. – Cieszymy się klimatem, naturą, wszechobecnym spokojem.

Szczecinianka, która w połowie czuje się już Teneryfką, chwali sobie także tamtejszy klimat pod kątem wychowywania dzieci. Wraz z partnerem wychowują dwójkę urodzoną już na wyspie – prawie pięcioletnią Sofię i dwuletnią Victorię.

– Zupełnie nie wyobrażam sobie, aby dzieci czas spędzały w domu – mówi młoda mama. – Na Teneryfie niemalże cały dzień jesteśmy na świeżym powietrzu – ogród, park, plac zabaw, promenada czy plaża to nasze ulubione miejsca. Dużo chodzimy także po mieście i jak tylko to możliwe – nie używamy samochodu. Przez cały rok! Pamiętam, jak któregoś dnia padał deszcz, to moją reakcją było szukanie możliwości spędzenia gdzieś wspólnie tego czasu – w ogóle nie pomyślałam, że można po prostu siedzieć w domu.

Dziewczynki chodzą do miejscowego żłobka, uczą się języka hiszpańskiego tak samo, jak lokalne dzieci. Oprócz tego rodzice zapewnili im naukę angielskiego, a w ich domu mówi się po polsku. Obowiązek edukacyjny w Hiszpanii obliguje dzieci do rozpoczęcia nauki w wieku sześciu lat.

– Mam jednak wrażenie, że do szkoły czy żłobka chodzą już wszystkie trzylatki i dzięki temu uczą się przebywania w grupie rówieśników, bez rodziców – mówi Anna. – Sądzę, że jest to dla nich dobre. Być może dlatego są potem w dorosłym życiu tacy „friendly”.

Szkoły i żłobki kończą zajęcia o różnych porach – od około trzynastej do szesnastej, siedemnastej. Dzień pracy natomiast jest podobny jak Polsce – trwa z reguły osiem godzin, od poniedziałku do piątku. Inaczej jest w branżach związanych z turystyką, gdzie tydzień nie ma początku ani końca.

– Dość osobliwie pracują za to banki czy urzędy – mówi Anna. – Zaczynają około dziewiątej rano, a już o trzynastej wszystkie są zamknięte. Sprawy załatwia się zatem rano – im wcześniej, tym większe szanse na pozytywny efekt.

Teneryfa choć nie słynie, jak choćby Ibiza, z imprez i dyskotek, to nietrudno je odnaleźć na mapie wyspy. Największe ich zagęszczenie jest oczywiście w strefach turystycznych, jak również w stolicy – Santa Cruz de Tenerife.

– Zazwyczaj są to wręcz strefy, gdzie takich lokali jest mnóstwo, jeden obok drugiego – mówi Anna. – Im bardziej w głąb wyspy, tym jest tego mniej, W każdej jednak miejscowości można znaleźć bar, w którym Hiszpanie chętnie spędzają popołudnia przy winie, ale nie tylko. Otwarte są one bowiem już od samego rana, od około ósmej – a przed południem serwują głównie kawę. Herbaty się na Teneryfie nie pije. Wieczorami z reguły wszystkie bary, restauracje i tego typu lokale są pełne ludzi. Na kolację można się wybrać nawet około dziesiątej wieczorem – wszystko jest otwarte z reguły do północy. Za to dyskoteki zaczynają się zapełniać dopiero później, jak już wszyscy dobrze zjedzą. Pierwsza, druga w nocy – to dopiero start dużych imprez.

NIE i EKUZ to podstawa

Co ciekawe, na Teneryfie można posługiwać się polskim prawem jazdy i jest ono respektowane. Jednak w przypadku zamieszkania na stałe, w przeciągu pół roku należy wyrobić w odpowiednim urzędzie hiszpański odpowiednik. Wówczas trzeba także przejść serię badań medycznych i w przypadku braku przeciwwskazań – można jeździć nadal swobodnie po całej Hiszpanii. A taka forma transportu bardzo się opłaca, bo cena benzyny oscyluje w okolicach jednego euro za litr. Sieć dróg jest dość rozbudowana – choć poza autostradami, szczególnie w terenach górzystych, dominują mocno kręte serpentyny. Na Teneryfie nie ma za to wiz rezydenckich, ale trzeba mieć wyrobiony tzn. numer NIE (Numero de Identidad de Extranjero), który jest unikalny dla każdego przybysza.

– To coś na kształt naszego PESELU – mówi Anna. – W tych samych zresztą sprawach oboma się posługuję – jednym w Polsce, drugim w Hiszpanii. Jeśli ktoś chce, może dodatkowo wyrobić sobie kartę rezydenta, ale nie jest to obowiązkowe. Korzyści z tego płynące to głównie różne zniżki. Najbardziej odczuwalne to nawet siedemdziesięciopięcioprocentowe bonifikaty na bilety lotnicze w przypadku lotów na i z kontynentalnej Hiszpanii czy inne wyspy. Podobnie jest w przypadku transportu morskiego – nawet między najbliższymi wyspami. Honorowana jest także – co ważne – karta EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego) wydawana przez polski NFZ, dzięki której swobodnie mogę korzystać z usług lekarskich.

Anna nie narzeka na ceny artykułów życia codziennego, porównując je do tych jakie są w Polsce. Szacuje, że są trochę niższe. Bardzo drogie są za to nieruchomości – wszak popyt przewyższa tu podaż, wiele osób z kontynentu chciałoby mieć bowiem choćby drugi dom na Teneryfie. Cierpią na tym miejscowi, których często nie stać na własne cztery kąty.

– Mówi się, że są tutaj dodatkowo jedne z najniższych zarobków w całej Hiszpanii. – mówi Anna. – Pamiętajmy, że miasto żyje głównie z turystyki – a co ma robić reszta? Rynek pracy jest dość szczelny, a więcej jest chętnych niż miejsc do pracy. Ja również musiałam się z tym zmierzyć.

Na wakacje do Polski

Najwięcej plusów z życia w odległej krainie, Anna odnajduje w otaczającej ją przyrodzie i słońcu.

– Przez dziesięć miesięcy w roku dzień jest długi, a temperatura oscyluje w okolicach dwudziestu pięciu stopni Celsjusza. – mówi. – Jedynie lipiec i sierpień stoją pod znakiem upałów, dlatego te miesiące staramy się spędzać w Polsce! A więc tak – na wakacje jeździmy właśnie do Szczecina. Jest to też duża atrakcja dla dzieci. To, co dla nas – mogę tak chyba nadal powiedzieć – szczecinian – jest normą – czyli lasy, jeziora, a także samo miasto – dla moich dzieci jest wakacyjną atrakcją, do której bardzo lubią wracać. Na wyspie wszystko jest przecież jakże inne – również przyroda.

Bywa, że na Teneryfie temperatura podczas dwóch najcieplejszych miesięcy sięga nawet czterdziestu stopni Celsjusza.

– Jest tak wtedy, kiedy wiatr wieje od strony Afryki, niesie za sobą pył i piasek z saharyjskiej pustyni. To zjawisko nazywa się kalima. – mówi Anna. – Jest to możliwe maksymalnie przez kilka dni w skali roku, ale mocno niekomfortowe. Robi się wówczas bardzo gorąco i nieprzyjemnie na zewnątrz. W drugą stronę – również zaledwie kilka razy w roku bywa, że temperatura spada poniżej osiemnastu stopni. Na ogół podczas deszczu.

Teneryfa to także bardzo różnorodna wyspa. Północ wyspy stoi pod znakiem zieleni, południe zaś słynie z bardziej surowych widoków. Nad wszystkim góruje wciąż czynny wulkan Teide, który jest stale monitorowany z uwagi na zwiększoną aktywność sejsmiczną w ostatnich latach. Ostatnia erupcja miała jednak miejsce bardzo dawno temu – w 1909 roku.

– Można tutaj znaleźć dosłownie wszystko, jeśli chodzi o naturę. – mówi Anna. – Jeśli ktoś chce mieszkać w górach, znajdzie tu dla siebie miejsce. Tak samo jak ten, kto szuka domu w gęstym lesie sosnowym. Jeśli ktoś lubi częstsze deszcze i niższą temperaturę – pojedzie na północ. Wielbiciel słońca – na południe. Dla każdego znajdzie się miejsce. Przemierzając wyspę samochodem między jej krańcami, można zastać różnicę temperatur sięgającą nawet dwudziestu stopni!

Celebracja życia

W miejscowej kulturze bardzo ważne miejsce mają różnego rodzaju festiwale i święta. Muzyka, taniec i śpiew od pokoleń łączą tutaj wszystkich mieszkańców.

Święta Bożego Narodzenia podobne są do polskich. Już od listopada dekoracje pojawiają się w sklepach i centrach handlowych, choć temperatura przypomina nasze lato. Uroczysta kolacja w każdym domu w wigilię to obowiązek, choć brak jest obowiązkowych potraw, jakie muszą znaleźć się na stole.

– Zdziwiło mnie to, że po zakończeniu wigilijnej wieczerzy w domach, Hiszpanie wychodzą potem do barów i nawet dyskotek. – mówi Anna. – Również w lokalach spędzają pierwszy dzień świąt, który jest wolny od pracy. Drugi dzień – zupełnie nie jest tutaj obchodzony, a idzie się normalnie do pracy.

Kulminacja świętowania w tym okresie następuje w święto Trzech Króli. Wówczas ulicami idą parady, całe miasto jest owładnięte klimatem festiwalu. Dopiero wówczas jest szansa na otrzymanie jakiegoś prezentu – to w noc poprzedzającą 6 stycznia miejscowe dzieci zostawiają – co ciekawe – przy oknach coś dla przybysza – jednego z króli. Najczęściej jest to szklanka mleka i ciastko – a jeden z trzech króli odwdzięcza się pozostawieniem podarunku. A jak wygląda sylwester?

– Nietypowo – przyznaje Anna. – Do północy wieczór spędza się w gronie rodzinnym, w domach. Dopiero kiedy w miejscowym kościele dwanaście razy wybije dzwon – zjada się dwanaście winogron, z których każde symbolizuje dobrostan na poszczególny miesiąc nadchodzącego roku. Potem wychodzi się w miasto – do klubów, dyskotek, barów, restauracji. W sylwestra odbywa się również specjalny bieg „San Silvestre”, taki sam jak choćby w Madrycie.

Poza znanymi nam świętami, na Teneryfie Anna odkryła także inne – odbywające się raz do roku w każdej, nawet najmniejszej miejscowości, choć nie wszędzie w tym samym czasie.

– Trwa to od kwietnia do października, a dotyczy celebrowania dnia świętego patrona danej miejscowości, nawet jeśli w jej obrębie jest tylko kościół, sklepik i dwa domy – mówi Anna. – Trwa to dwa, trzy dni, także i noce. Obchody stoją pod znakiem muzyki na żywo w wykonaniu lokalnych kapel i tańców wszystkich mieszkańców od najstarszego do najmłodszego. Jest duża scena, różne występy, a kulminacyjnym punktem jest uliczna procesja. W kościele odbywa się także specjalna msza. Elementem obchodów jest też swoista kawalkada, podczas której z kolumny przeróżnych pojazdów, rozdawane jest jedzenie – ryby, ziemniaczki tzw, papa canaria, mięsa, wino. Wszyscy uczestnicy ubrani są wówczas w tradycyjne lokalne stroje – i ja też taki nabyłam. Gdyby prześledzić kalendarz tych festiwali, to tak naprawdę co weekend można by gdzieś się natknąć na to święto.

Dwa razy w roku odbywa się na wyspie pielgrzymka do Candelarii, gdzie miało miejsce objawienie Matki Boskiej w postaci figury Madonny z Dzieciątkiem znalezionej przez tubylców w 1392 roku na plaży. W ten sposób stała się patronką archipelagu. Dziś, pielgrzymi przybywają z każdego zakątka wyspy i nocą wędrują właśnie do bazyliki w Candelarii, gdzie ów figura została umieszczona.

Kuchnia we własnym sosie

Mieszkańcy Teneryfy lubią celebrować życie pod wieloma względami. Jakże ważnym elementem lokalnej kultury jest kuchnia, o której można by napisać książkę.

– Dla mnie na wyspie przede wszystkim liczy się tzw. guachinche – mówi Anna. – To tradycyjny lokal, coś na kształt restauracji, ale urządzony surowo, w nietypowych miejscach. Może to być wręcz garaż albo nawet jakieś drewniane zadaszenie pośród drzew, gdzie chybotliwe drewniane stoły stoją wprost na ziemi. Najczęściej guachinche prowadzony jest przez rodzinne klany, więc kuchnia jest mocno domowa, tradycyjna. Gulasz z koziego mięsa, domowe wino, potrawy z grilla podane w takim miejscu smakują naprawdę niesamowicie.

Co ciekawe, w miejscowej kuchni nie królują więc ryby, ale właśnie różnego rodzaju mięsa. Dodaje się do nich lokalny specjał – sos kanaryjski mojo. Dwa najpopularniejsze jego rodzaje to mojo rojo, czyli czerwony, oparty na papryce i mojo verde (zielony) na bazie kolendry. Bardzo popularnym daniem jest też – mające bardzo długą historię – tzw. escaldon. Jest to coś na kształt naszego puree. Pożywne danie przyrządzone z gofio, czyli prażonej mąki zbożowej, mieszanej z bulionem mięsnym lub rybnym, potrafi zaspokoić głód w błyskawicznym tempie. Ziemniaki również są bardzo popularne, także w formie frytek. Niemal każdy bar serwuje także ciepłe kanapki – tzw. bocadillos – które rano są zamawiane z reguły razem z kawą.

– Pogoda i kuchnia to główne atuty życia na Teneryfie. Gdybym miała znaleźć jakieś trudy życia tutaj, to na pewno byłyby to duże zakupy – mówi Anna. – Mam na myśli jakieś artykuły do domu, takie jakie są potrzebne na przykład w czasie remontu. Tutejsze sklepy co prawda wszystko mają, ale… na wystawach. Kupując, okazuje się, że trzeba poczekać trzy-cztery tygodnie na dostawę. Podobnie jest w usługach – do klienta podchodzi się co prawda bardzo serdecznie, ale pod warunkiem, że jest cierpliwy i poczeka – długo – na swoją kolej. Sama jakość wykonanych usług – mówiąc ogólnie – też raczej odbiega od europejskich standardów. Przysłowiowe krzywo położone kafelki przez ekipę remontową to tutaj norma. Hasło: płacę i wymagam? Na Teneryfie nie działa.

Prestiż  
Grudzień 2025