Niech szlag trafi te noworoczne postanowienia

Nowy rok, nowy/a ja. Co rok te same bajki. Na zegarku wybija północ, a w głowie pojawia się plan: zmienię swoje życie! Będę uprawiać jogę, ograniczę światło niebieskie, schudnę, przytyję, pobiegnę w maratonie, napiszę książkę… Dlaczego?

To nawet logiczne: wybieramy to, co znane i natychmiastowe, zamiast tego, co długofalowe i niepewne. Nawet jeśli to drugie ma większą wartość. Odpalamy serial zamiast wyjść na spacer. Scrollujemy motywujące posty o rozwoju osobistym zamiast przeczytać jedną porządną książkę – notabene właśnie tę o samorozwoju, która leży na stosiku wstydu w kącie pokoju.

– Z jednej strony lubimy schematy i jasne ramy, z drugiej – ulegamy symbolice. Przełomowe daty działają na naszą wyobraźnię, bo pomagają nam nadać sens temu, co nieuchwytne – mówi psycholożka Magda Olech. – Nasz mózg nie znosi niewiadomych. Dlatego „okiełznaliśmy” czas: podzieliliśmy go na lata, miesiące, dni i godziny. Lubimy zaczynać od poniedziałku, pierwszego dnia miesiąca, od „jutra”. To nam daje poczucie kontroli, a nie ma bardziej symbolicznej daty niż 1 stycznia – zamykamy stary rozdział i karmimy się nadzieją, że nowy będzie inny.

Jak dodaje, ludzie potrzebują magicznych punktów zaczepienia: liczb, horoskopów, znaków zodiaku – wszystkiego, co choćby iluzorycznie daje wrażenie porządku i znaczenia. Nowy rok to mentalny impuls, zakodowany niemal genetycznie. Dlatego właśnie wtedy planujemy zmiany. – Najważniejsze to działać w zgodzie ze sobą, ze swoimi wartościami, tempem, potrzebami – mówi.

Mamy obsesję na punkcie efektów natychmiastowych

Wielu z nas rozpoczyna zmianę z entuzjazmem, aby równie szybko ją porzucić. Źródło tego schematu nie leży jednak w braku charakteru czy konsekwencji, ale w realiach, w których funkcjonujemy. – Żyjemy w kulturze szybkiej gratyfikacji – podkreśla psycholożka Magda Olech. – Wszystko jest dostępne od ręki. Informacje sprawdzamy w telefonie w kilka sekund, zakupy robimy bez wychodzenia z domu, a rozwój technologii – w tym sztucznej inteligencji – jeszcze bardziej skrócił czas oczekiwania. Dziś naprawdę na nic się nie czeka.

Ten model przeniósł się również na obszary, które z natury wymagają czasu. – Zniekształca to nasze postrzeganie rzeczywistości i samych siebie – mówi Olech. – Chcemy zmiany natychmiastowej: szybkie odchudzanie, farmakologiczne „rozwiązania” nawet dla osób zdrowych, estetyczne skróty w budowaniu sylwetki. Każda branża obiecuje szybkie efekty. Widzę to także w gabinecie: nawet terapia i proces zdrowienia mają przebiegać ekspresowo. Ludzie narzucają sobie nierealne tempo i karzą się, gdy zmiana nie następuje wystarczająco szybko.

Presja prędkości działa destrukcyjnie na procesy, które powinny być długofalowe. – Brak natychmiastowych rezultatów bywa demotywujący, bo nie zostawia przestrzeni na refleksję, uważność i osadzanie zmiany w codzienności – zauważa psycholożka. – A właśnie tego potrzebują zmiany, które mają zostać z nami na dłużej.

Na tej samej potrzebie szybkiej ulgi opiera się styczniowy przemysł diet cud, detoksów i obietnic, wszyscy chyba znamy te reklamy z „efektami w 14 dni”. Dietetyk Jakub Mauricz, zapytany o to przeze mnie, nie używa eufemizmów. – Tego typu reklamy to rak Internetu. Rozrastają się błyskawicznie i żerują na najbardziej wrażliwych momentach ludzi: poczuciu winy, wstydzie i zmęczeniu własnym ciałem – mówi. – Dieta przestała być rozmową o zdrowiu, a stała się produktem emocjonalnym sprzedawanym przez strach i obietnicę natychmiastowej ulgi.

Przekaz tych kampanii jest prosty i bezwzględny: „zrób to teraz, bo inaczej coś jest z tobą nie tak”. – Marketingowo działa to znakomicie, ale pod względem zdrowotnym to katastrofa – podkreśla Mauricz. – Organizm nie funkcjonuje w cyklach reklamowych. Nie resetuje się w 14 dni, nie potrzebuje proszkowych detoksów, bo posiada własne mechanizmy oczyszczania: wątrobę, nerki i jelita. Tymczasem ludziom wmawia się, że ich ciało jest wadliwe, „brudne” po świętach i wymaga pilnej naprawy.

Efekt bywa odwrotny od deklarowanego. – Jedzenie przestaje być czymś naturalnym, a staje się projektem naprawczym albo formą kary za to, że ktoś przez chwilę żył normalnie i jadł to, na co miał ochotę – mówi dietetyk. – Warto to jasno powiedzieć: zdrowie nie jest produktem do kupienia, nie ma daty ważności i nie mieści się w haśle reklamowym. Dopiero gdy to zrozumiemy, przestaniemy reagować na obietnice szybkich cudów i zaczniemy budować relację z jedzeniem, która rzeczywiście służy życiu, a nie kolejnemu kliknięciu w reklamę.

Jedzenie nie może być karą za to, że żyjemy

W styczniu wiele osób sięga po diety, ale nie z troski o zdrowie, lecz z potrzeby „zmazania win” – Chcemy odzyskać kontrolę, zbilansować świąteczne kalorie, ukarać się za odpuszczenie – mówi dietetyk Jakub Mauricz. – Ale zdrowie nie działa jak konto w banku. Nie da się go wyzerować dwutygodniowym detoksem. Jak wspominałem, ciało nie potrzebuje magicznych kuracji.

Prawdziwa zmiana nie zaczyna się przecież od poczucia winy, tylko od świadomego wyboru. – W pracy z pacjentami widzę, że najlepsze efekty przynoszą te zmiany, które nie są motywowane wyglądem, a zdrowiem – mówi Mauricz. – Ludzie przychodzą nie dlatego, że chcą szybko zmieścić się w mniejsze spodnie, ale dlatego, że mają dość ciągłego bólu, zmęczenia, problemów hormonalnych czy jelitowych. Chcą znowu normalnie funkcjonować. Chcą poczuć się dobrze we własnym ciele.

Motywacja do zmiany zależy od punktu wyjścia. Kiedy stawką staje się jakość życia, a nie liczba na wadze, zmienia się także sposób myślenia o jedzeniu. – Dieta przestaje być narzędziem kontroli, a staje się elementem leczenia – tłumaczy. – W takich przypadkach utrata kilogramów jest efektem ubocznym dobrze prowadzonej dietoterapii, nie celem samym w sobie.

Paradoks polega na tym, że to właśnie wtedy zmiana ma największe szanse, aby się utrwalić. – Motywacja nie opiera się na chwilowym impulsie, sezonowej modzie ani na styczniowym zrywie. Jest głębsza i bardziej stabilna – mówi Mauricz. – Kiedy po kilku tygodniach poprawia się sen, wraca energia, ustępują objawy, ludzie nie potrzebują dodatkowej motywacji. Widzą, że ich ciało reaguje i… chcą więcej.

Deklarowanie zmiany daje złudne poczucie sprawczości

Listy postanowień noworocznych powstają łatwo i szybko. Sam akt ich tworzenia przynosi ulgę. – To pierwszy krok – mówi psycholożka Magda Olech. – Daje poczucie nadziei i sprawczości, a są to uczucia, które pozwalają nam trwać i mierzyć się z wyzwaniami codzienności. Dopóki mamy nadzieję, mamy paliwo do działania. Pojawia się myśl: „mogę coś zmienić”, która potrafi na chwilę unieść i dać poczucie kontroli nad własnym życiem.

Problem zaczyna się w momencie, gdy na deklaracji wszystko się kończy. Jeśli brakuje konkretnego planu, nie rozumiemy siebie i nie jesteśmy uważni na własne wybory, szybko okazuje się, że początkowe poczucie ulgi natychmiast znika. – Zostaje tylko obietnica i emocjonalny impuls – tłumaczy Olech. – A kiedy za nim nie idzie działanie, pojawiają się kolejne uczucia: żal, wstyd, pretensje wobec siebie, rezygnacja. Najtrudniejsze bywa jednak poczucie beznadziei, że „już nigdy nic się nie zmieni”.

Psycholożka zwraca też uwagę na cienką granicę między czułością wobec siebie a unikaniem odpowiedzialności. W ostatnich latach dużo mówi się o samowspółczuciu jako fundamencie zdrowia psychicznego, ale to pojęcie bywa mylnie interpretowane. – Bycie dla siebie dobrym nie oznacza pobłażania ani wycofania się z wyzwań – podkreśla. – Samowspółczucie nie polega na „odpuszczaniu wszystkiego”, lecz na łagodnym, ale konsekwentnym towarzyszeniu sobie w procesie zmiany. Nie uciekajmy od odpowiedzialności za własne decyzje.

Postanowiłem/am. Jak mam wytrwać?

– Wytrwanie w postanowieniu zaczyna się od zmiany sposobu myślenia – mówi Jakub Mauricz. – Paradoksalnie najłatwiej jest wtedy, gdy przestajemy traktować je jak „postanowienie noworoczne”, a zaczynamy jak proces albo nowy sposób funkcjonowania. Bardzo bliskie jest mi podejście Kaizen, czyli filozofia małych, konsekwentnych kroków. Zamiast wielkiego: „od jutra zmieniam wszystko”, warto zadać sobie jedno pytanie: co jestem w stanie zrobić nawet w słabszy dzień? Może to być drobiazg – śniadanie z dodatkiem białka i błonnika, 20 minut spaceru po obiedzie, książka zamiast telefonu przed snem. Nie wyglądają spektakularnie, nie nadają się na relację na Instagramie, ale właśnie dlatego działają, te rzeczy są najskuteczniejsze, bo wpisują się w życie realne, a życie nie jest idealne. Lubię w tym miejscu cytat Arystotelesa: „Jesteśmy tym, co wciąż powtarzamy. Doskonałość nie jest więc aktem, lecz nawykiem”. To zdanie świetnie oddaje sens trwałej zmiany.

Ważna jest także zmiana języka. Słowo „dieta” często uruchamia w nas opór, bo kojarzy się z reżimem, ograniczeniem, czasowością. – A jeśli coś ma być tymczasowe, to podświadomie czekamy, aż się skończy – zauważa dietetyk. – Zdecydowanie bliżej prawdy jest myślenie: „zmieniam tryb życia”. To zakłada, że nie ma mety. Jest codzienność, którą trzeba tak ułożyć, aby dało się w niej funkcjonować bez walki ze sobą. Zdrowe jedzenie nie może być karą. Musi być nową normą, do której chce się wracać.

Postanowienie potrzebuje być odpowiednio sformułowane, jak najbardziej szczegółowe, mierzalne, realne, osadzone w czasie, w zgodzie z nami i naszymi potrzebami i wartościami. – Jeśli postanowienie nie jest nasze, nie wypływa z naszych wartości, tylko z presji społecznej czy mody, trudno będzie w nim wytrwać – tłumaczy psycholożka. – A żeby poznać, co jest naprawdę „nasze”, trzeba się zatrzymać, zadać sobie kilka trudnych, ale ważnych pytań: Kim jestem, gdy nikt nie patrzy? Jakie mam zasoby? Co już działało w przeszłości? Jak wyglądałoby moje życie, gdyby zniknęły wszystkie przeszkody?

To, jak mówi Magda Olech, delikatny, koronkowy proces. – To nie może być zmiana „na pokaz” ani oparta na frustracji. Tylko wtedy ma szansę się zakorzenić. Małymi krokami warto organizować codzienność tak, aby sprzyjała nowym nawykom. Chcesz biegać rano? Przygotuj strój dzień wcześniej, połóż go obok łóżka. Brakuje ci czasu na chwilę oddechu? Zrób to przy porannej kawie. Chcesz jeść lepiej? Trzymaj warzywa i owoce na wierzchu, tam, gdzie sięgasz najczęściej. Codziennie przypominaj sobie, po co to wszystko. Zatrzymaj się kilka razy dziennie i zadaj sobie pytanie: czy to, co właśnie robię, zbliża mnie do życia, jakiego pragnę, czy oddala? – mówi Olech.

Prawdziwa zmiana nie zaczyna się od 1 stycznia. Nowy rok, nowy ja? No niekoniecznie. Może wystarczy: nowy dzień, ten sam ja, ale z odrobiną większej uważności? Przestańmy składać sobie przysięgi, że „od teraz wszystko już będzie idealnie”. Nie katujmy się za ostatni kawałek pizzy. Nie wypominajmy sobie odpuszczonego treningu. Cierpisz na brak weny? To nie koniec świata! Zadaj sobie pytanie: „Czego naprawdę chcę i co mogę zrobić w tej chwili?” Życie nie jest idealne. Bywamy zmęczeni, nieogarnięci, chaotyczni, ale jesteśmy prawdziwi. Nie musimy być nikim innym, a już na pewno nie musimy być „idealną wersją siebie” – bądźmy po prostu sobą.

 

Magda Olech

Psycholożka i psychoterapeutka CBT (in spe), wykładowczyni akademicka, twórczyni podcastu „Czułostki – czule, delikatnie, łagodnie o życiu”. Specjalizuje się w leczeniu zaburzeń lękowych, depresyjnych i ADHD dorosłych. Autorka kart terapeutycznych „Symbole przemiany”. Więcej na stronie: magdaolech.pl

 

Jakub Mauricz

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych dietetyków w Polsce, przedsiębiorca i edukator. Założyciel poradni dietetycznej oraz twórca jednego z największych w Polsce systemów szkoleń dla specjalistów z zakresu żywienia. Autor książek i licznych publikacji, regularnie zapraszany jako ekspert do mediów. Więcej na: mauricz.tv

Prestiż  
Styczeń 2026