Lukrecja z chilli

Giuseppe Verdi „Bal maskowy” Opera na Zamku w Szczecinie, reżyseria Waldemar Zawodziński 

Autor

Daniel Źródlewski

Opera Verdiego to klasyka gatunku, muzyczne arcydzieło z typową dla opery fabułą – przewrotnie określmy to walką słodyczy z goryczą: słodka miłość okazuje się oczywiście niespełniona i tym samym gorzka. Tak samo smakuje zawiedziona przyjaźń, zdrada, zemsta, ale też władza. Wybór arcydzieła Verdiego na pierwszą premierę w zmodernizowanej siedzibie Opery nie był przypadkowy– zaważyła nie tylko ikoniczność dzieła, ale przede wszystkim mało znany fakt, że Giuseppe Verdi wraz z librecistą Antonio Sommą z uwagi na polityczne (cenzura) obostrzenia planowali umieścić akcję w… Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Finalnie jednak zamysł porzucili i w oryginale rzecz dzieje się w Ameryce. Zafałszowano „geopolityczne” tło, zamiast króla jest gubernator Bostonu, zmieniono nazwiska pozostałych postaci, pozwalając jednak na szybkie rozszyfrowanie i skojarzenie z zabójstwem króla Szwecji Gustawa III. Twórcy szczecińskiej inscenizacji powrócili do postaci z pierwotnej wersji, mało tego z premedytacją wykorzystali przywołany powyżej fakt i umieścili akcję właśnie w stolicy Księstwa Pomeranii – w pierwszej scenie nad salą tronową symbolicznie dominuje wielki herb Gryfitów. Niestety to jedyny zabieg przypominający ową ciekawostkę, później robi się uniwersalnie, ale absolutnie nie lokalnie... Rozmach inscenizacyjny jest imponujący, szczególnie wyraźnie widać to w plastyce widowiska. I nie ma się co dziwić – reżyser, Waldemar Zawodziński jest także uznanym scenografem. Zachwyca naturalność z jaką łączy obie sfery formalnych rozwiązań, które przywołują wręcz malarskie skojarzenia. W jednej ze scen nawet dosłownie – kiedy ważą się losy króla, ten w drugim planie przybiera postać Stańczyka, w figurze żywcem wyjętej (także w wymowie) z obrazu Jana Matejki. Poszczególne części to wystudiowane obrazy, które szczególnie zachwycają w scenach grupowych – piękne kostiumy Marii Balcerek współgrające z plastyką ruchu choreograf Janiny Niesobskiej. Mimo to, w pewnych sferach Zawodziński zawodzi brakiem inscenizacyjnej odwagi. Wprowadza oryginalne rozwiązania, lecz nie wykorzystuje ich potencjału, sygnalizuje, wychyla się i… porzuca na rzecz bezpiecznej klasyki – nieruchome wielkie śmigło w scenie z Ulryką, fantastyczne foliowe stroje w II akcie czy intrygująca scena baletowa z elementami teatru tańca butoh w finałowym balu. Nie wykorzystano możliwości nowego parku technicznego, choć podczas oficjalnego otwarcia wielokrotnie podkreślano, że szczecińska Opera to najnowocześniejszy teatr muzyczny Europy. Zabrakło pokazu możliwości nowego oświetlenia czy automatyki sceny, co szczególnie raziło w przypadku sprowadzenia pierwszej w Szczecinie obrotowej sceny do roli mało efektownej „karuzeli”. To jednak niuanse, bo siłą widowiska jest zespół artystyczny. Świetnie zabrzmiała orkiestra Opery na Zamku, tym razem pod kierunkiem uznanego dyrygenta Vladimira Kiradjieva, zachwycał perfekcyjnie przygotowany chór przez Małgorzatę Bornowską i zespół baletu. Nie zawiedli soliści, w premierowym spektaklu w części tylko rodzimi. Najjaśniej zabłyszczała gwiazda, gościnnie występującej w spektaklu, operowej divy Małgorzaty Walewskiej. Ale ten spektakl należy też do Joanny Drożdż-Tylkowskiej, która potwierdziła swoje wokalne możliwości. W II akcie mieliśmy nawet intrygujący pojedynek diw – Walewskiej (Ulryka) i Tylkowskiej (Amelia). W bitwie na głosy panie szły łeb w łeb, lecz w pojedynku na aktorski kunszt Tylkowska znacznie odstawała. Udało jej się jednak stworzyć przejmującąi wyrazistą postać, widać było ogrom pracy i niezwykłego zaangażowania. Osobne brawa należą się Sylwii Krzysiek, która wcieliła się w rolę błazna Oskara – stworzyła postać frywolną, lekką, pełną humoru, stanowiącą radosny kontrapunkt dla poważnego charakteru libretta. „Bal maskowy” w szczecińskiej inscenizacji, nawiązując do przywołanych w początku tekstu smaków, przypomina mi moją ulubioną herbatę, w której niezwykłą słodycz lukrecji „zakłóca” drobina (tylko drobina!) chilli. 

fot. Dariusz Gorajski

Prestiż  
Grudzień 2015