Kayah Supermenka
Śpiewała, że jest kamieniem i skałą. Choć zwykła o siebie mówić „Żółw jest taki twardy, bo jest taki miękki “ jest uosobieniem siły – siły: serca, pasji, muzyki i temperamentu. Swoją pierwszą płytą „Kamień“ zdobyła serca fanów na długo, bardzo długo, aby nie powiedzieć „na stałe“. Dziś „Kamień“ ma 20 lat a Kayah na swoim koncie wiele innych płyt, którymi zaglądała w wiele zakamarków muzycznych. Jako jedną z niewielu postaci na rodzimej scenie muzycznej, której udało się nie tylko odnieść sukces artystyczny i komercyjny, ale również pomóc wielu młodym wykonawcom.
fot. Piotr Porębski
W Szczecinie pojawiła się w ramach trasy „20 lat Kamienia“. Jak przyznała w czasie koncertu szczególnie zależało jej, aby dać z siebie wszystko właśnie tutaj, gdzie miejsca na koncert wyprzedały się już w listopadzie a więc na kilka miesięcy przed wydarzeniem. To nie był zwykły koncert. Sentymentalna przejażdżka, jaką zafundowała Kayah przyjęła formę wspaniałej rozmowy prowadzonej na muzykę i słowa. Razem z Kayah publiczność śmiała się i płakała, a w powietrzu unosiła się atmosfera przyjaźni i otwartości. Nie obyło się bez dwukrotnej owacji na stojąco i oczywiście wyczekanych bisów, w czasie, których Kayah „namawiała” do tego, aby być blisko – co przyjęło formę kolektywnego przytulania się z osobami z pierwszych rzędów. To, co jednak ujęło publiczność i chyba samą Kayah to ogromna dawka szczerości jaką sobie wszyscy w tym dniu wzajemnie zafundowali, Kayah ze sceny, publiczność z widowni. O tym wszystkim opowiedziała nam „na gorąco” tuż po koncercie.
Szczecińska publiczność podbita. Jak podobało się Tobie?
Było cudownie. Zawsze czułam, że Szczecin mnie lubi. Nie mogło to wszystko potoczyć się inaczej, skoro pierwszy koncert „kamieniowy” odbył się właśnie w waszym mieście.
Pamiętasz to miejsce?
To była jakaś undergroundowa przestrzeń z typu tych „niedociągniętych”, ale nie wolno zapominać, że 20 lat temu to było modne po prostu. Im było brudniej i brzydziej, tym fajniej. Ja też chciałam należeć do tego świata grunge’owego, chociaż grunge’u nie grałam i w ogóle wydawało mi się, że tam nie pasuję.
Ale w glanach chodziłaś. Widać to nawet w klipie do „Nawet deszcz”.
Tak, miałam glany, w tamtych czasach po prostu musiałam je mieć. Nawet w Opolu śpiewając „Ja chcę Ciebie” wyszłam w glanach, byłam wtedy tak chuda, że mogłam sobie na to pozwolić. Natomiast rzeczywiście nie pasowałam trochę do tamtych 0grunge’owych czasów i mimo że starałam się dopasować okazało się z czasem, że ta moja odmienność była największą siłą. Dzisiaj moją siłą prawdopodobnie jest szczerość, wierność i wiarygodność – to także powód, dla którego miałam tak wspaniały koncert w Szczecinie, dlaczego bilety zostały wyprzedane już w listopadzie – to był największy szok dla mnie podczas tej trasy. Nigdzie nie miałam takiego odzewu, jak tutaj. Naprawdę w całej Polsce nie dostałam takiego kredytu zaufania jak w Szczecinie.
Dawno też nie było Cię w Szczecinie...
Dawno tak, no i przede wszystkim dawno nie byłam z czymś tak emocjonalnym, osobistym jak „Kamień”. A widać ludzie tego potrzebują. Ludzie potrzebują wentyla i ujścia dla własnych emocji. Czasami prowokują ich do tego piosenki pewnych artystów, czasami są to słowa albo nawet żarty innych ludzi. Mam nadzieję, że się w tej ich rzeczywistości odnajduję, bo w tym, co robię się oczywiście odnajduję, po prostu kocham wychodzić na scenę wiedząc, że ktoś na mnie czeka. Pomimo nerwów, traumy samolotowej, pomimo traumy wokalnej, bo brało mnie jakieś przeziębienie, mam nadzieję, że nikogo nie zawiodłam.
Gdy tak się patrzy na Ciebie z boku od tych 20-lat to widać jak, nawet na poziomie anturażu, wiele się zmieniało. Niegdyś koszulki moro, później cygańskość, teraz też jeszcze inna jakość. Prowokuje Cię ta trasa do patrzenia na siebie z boku?
Moim zdaniem to wszystko to była „cygańskość”. Jakoś wolę nie patrzeć na siebie z boku (śmiech). To jest tak, jak powiedziałam na początku koncertu: im jestem starsza, tym gorzej widzę, a im gorzej widzę, tym bardziej się sobie podobam (śmiech).
Ale fajnie dzisiaj było prawda? Pytanie sugerujące odpowiedź (śmiech)
Fajnie było, tak. Przede wszystkim tuż po przyjeździe do Szczecina, stojąc pod samą Filharmonią kopara mi opadła. Słyszałam tylko o tym miejscu nie widząc go, a tymczasem to jest naprawdę światowa sytuacja. Na pierwszy rzut oka zimne, ale z jakim ciepłem w środku. Taki „Mad Max” powiedziałabym na skróty, ale ile kultury i człowieczeństwa w środku.
A czujesz, że to nasze miasto to jest okno na Zachód, okno na Świat? Bo my chcielibyśmy tak o sobie myśleć.
To zawsze było fajne miasto, ale Szczecin oddalony od centrum był rzadziej odwiedzany. Ponieważ mam przyjaciółkę ze Szczecina, poznałam ten Szczecin także z takiej rodzinnej strony. Mogłam uczestniczyć w życiu codziennym. Szczecin kocham za te wasze ronda gwieździste, za moją przyjaciółkę Magdę, za żurawie, gdy się przejeżdża przez most...
I wtedy też pachnie czekoladą!
Tak? O to muszę następnym razem uchylić okienko (śmiech)
Wracając tymczasem do trasy “20 lat Kamienia” Trochę trudno mi uwierzyć w to, że „Kamień” ma 20 lat.
Ja raczej lat nie liczę, ale doświadczenia. A tego jest trochę. Dzięki nim Kamień brzmi dzisiaj bardziej świadomie i dojrzalej.
Z drugiej strony, czas jako miara daje niekompletny obraz, sugeruje więcej lub mniej. A tymczasem może miarą powinna być ilość różnych emocji, spotkań, wrażeń, ludzi, energii. Z tej perspektywy patrząc mam wrażenie, że to kilka wcieleń – żyć Twoich było a nie tylko 20 lat. Jak to odczuwasz?
Najbardziej zaskoczyło mnie, że treści są wciąż aktualne, albo na tyle uniwersalne, że wciąż pozwalają i mnie i innym się z nimi utożsamiać. Wszyscy przeżywaliśmy podobne radości i podobne straty. To, że ktoś obcy umie nasze emocje ubrać we właściwe słowa jest niesamowite, że dzięki nim możemy zagłębić się w siebie i nasze wspomnienia. To sprawia, że wszyscy na sali czujemy się połączeni niewidzialną nicią, a jednocześnie bardzo intymnie osobni.
Kamień” to Twoja płyta „najpierwsza”, nie licząc innych historii muzycznych, w których uczestniczyłaś, intensywnie. Czy to też płyta, do której Twoi fani wracają najczęściej? Pamiętam, gdy pojawiła się „JakaJaKayah” jednym z najczęściej powtarzanych komplementów było rzeczone podobieństwo do „Kamienia” – to chyba nie bez znaczenia.
Część moich fanów, dla których stałam się obecna dzięki Bregovicowi nawet nie zna Kamienia. Całe szczęście, że mam tych wiernych, którzy podążają ze mną od samego początku. W moim artystycznym życiu eksperymentuję, ale wspólnym mianownikiem jest zawsze moja wrażliwość i pewien sposób ekspresji. To sprawia, że mimo różnorodności moich muzycznych podróży wciąż kroczymy razem. I tak już 20 lat.
Patrząc na Ciebie dziś – trochę jak na to drzewo z jednej z piosenek, które niepostrzeżenie wzrosło za oknem – jesteś artystką, która muzycznie spełniła się na wielu polach.
Jeśli miałabym oceniać siebie jaką artystkę, powiedziałabym, że jestem wiarygodna. Wierna sobie. A prawda w sztuce autorskiej jest bardzo ważna. Nigdy nikogo nie udawałam, a już na pewno nie po to, by się komukolwiek przypodobać. Być może to właśnie przekonuje innych do mnie. Nie wiem. Lubię ludzi, może też to czują… jestem artystką rzetelną, ale i sympatyczną (śmiech)
Jesteś pełną pasji osobą, którą porywają trendy, brzmienia i energie z rożnych stron świata. W czasach „Kamienia” mówiłaś o fascynacjach brzmieniem gitar Carlosa Santany, które słychać było jeszcze długo w Twoich kompozycjach zarówno na „Kamieniu” jaki i „Zebrze”. Wtedy Santana, dziś natomiast nieco inne szerokości geograficzne, inne wpływy, inne energie. Jakie?
Otwarta jestem na wszystko i wciąż poszukuję nowych form ekspresji.Inspirują mnie filmy, obrazy, muzyka całego świata, ale chyba najbardziej podróże. To one zawsze dostarczają mi zastrzyku energii i pomysłów na nowe kolory. Ostatnio wydałam płytę z pieśniami żydowskimi z całego świata w wielu językach z przestrzeni wieków, by pokazać różnorodność tej kultury w zależności od regionu skąd pochodzili ci nomadowie. Tak powstała płyta Transoriental Orchestra, z którą teraz koncertujemy na całym świecie. Ostatnio znów uległam rytmom brazylijskim. Być może będzie to miało swój dalszy ciąg. Dzięki temu ludziom, których nie stać na podróże w realu mogę zafundować podróż uchem po mapie.
W jednym z wywiadów powiedziałaś, że ta trasa to chęć spotkania się z fanami, którzy „z Tobą zaczynali” podróż w muzykę a czy przy okazji nie jest tak, że ten powrót z „Kamieniem” przynosi nowe relacje z nowymi wielbicielami?
Owszem, na widowni są też ludzie, którzy nie mogli mnie znać 20 lat temu, bo prawdopodobnie dopiero się rodzili. Ale właśnie taka jest rola muzyki, łączy, także pokolenia.
„Kamień” zatacza koło, aby mógł wydarzyć się nowy rozdział. Czy ta „pętelka” oprócz niebywałej wartości sentymentalnej niesie ze sobą jeszcze jakąś inną moc, wstęp do „nowego”?
Nowe czeka na nas na każdym rogu, to od nas zależy czy je zauważymy, czy przejdziemy obok, czy podejmiemy trud, czy zostaniemy w sferze komfortu. Nie zawsze się chce, to zrozumiałe. Dla mnie to na pewno wspaniała przygoda z wrażliwą, choć dawną własną nutą, ale i pięknymi salami w całej Polsce wypełnionymi super fajną publiką, no i okazja do wspólnego grania i przeżyć ze wspaniałymi muzykami, z jakimi mam zaszczyt grać na scenie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Monika Petryczko
foto: Piotr Porębski
materiały www.kayah.pl
Kayah, czyli Katarzyna Szczot jest nie tylko znakomitą wokalistką, autorką tekstów i kompozytorką, ale również właścicielką jednej z najmocniejszych aktualnie wytwórni płytowych w Polsce. Dla Kayaxu nagrywa Katarzyna Nosowska, Artur Rojek, Urszula Dudziak, Smolik, Maria Peszek czy Skubas. Kayah ma „ucho” do rzeczy, które będąc jednocześnie popularne nie są zwyczajną popowa papką. „Cenię sobie artystów odważnych, idących pod prąd, służę więc im swoim wieloletnim doświadczeniem i wspieram na rynku. A oni w zamian uczą mnie tej swojej odwagi, bezkompromisowości... To silne osobowości. Jestem dumna, gdy osiągają sukcesy” – powiedziała w jednym z wywiadów. Sama zresztą do takich postaci się zalicza i od 20 lat jest konsekwentna: „Nie lubię określenia gwiazda. Jest ono równie puste jak celebryta. Ja jestem artystką, wokalistką, kompozytorką, autorką tekstów, producentką, aranżerką i wydawcą. Daleko odeszłam od łatwego i lekkiego splendoru. Interesuje mnie przede wszystkim sztuka a nie popularność” – powtarza. Kayah, z urodzenia warszawianka, karierę muzyczną rozpoczęła w 1984 roku od współpracy z Kostkiem Joriadisem, rok później uzyskała dyplom w klasie fortepianu. W 1986 roku nagrała razem z zespołem Tilt utwór „Mówię ci, że…” który zdobył ogromną popularność i stał się swego rodzaju manifestem, w trudnych dla Polski czasach, zresztą jego tekst jest nadal bardzo aktualny. Już wtedy Kayah dała się poznać jako niepokorna, ale niezwykle inteligentna artystka. Ze swoim materiałem zadebiutowała na festiwalu w Opolu w 1988 roku. Jej buntownicza „Córeczka” była zapowiedzią debiutanckiego albumu, po jego wydaniu artystka zniknęła… wyjechała do Wiednia, gdzie pracowała przez jakiś czas jako modelka. Po powrocie nagrała dwie, klasyczne już płyty: jazzowy „Kamień” ze świetnymi „Flecikami” i będącą komercyjnym sukcesem „Zebrę”, na której znalazły się takie przeboje jak „Supermenka” i „Na językach”. A żeby jeszcze bardziej umocnić swoją pozycję Kayah weszła we współpracę z bałkańskim kompozytorem i muzykiem Goranem Bregovicem. Ich wspólne dzieło stało się ogromnym przebojem. O swoim życiu prywatnym niewiele mówi i chroni je. Związana była z Holendrem Rinke Rooyensem, producentem telewizyjnym. Rozwiedli się, gdy ich syn Roch miał cztery lata. Artystka twierdzi jednak, że nadal są przyjaciółmi. „Nie rozumiem celowości ani nie znajduję usprawiedliwienia dla publicznego analizowania czyjegoś życia. Sprawy intymne przestają być takimi, jeśli zaczniemy się nimi dzielić na forum. Każdy ma prawo do intymności. Jestem artystką i powinnam być oceniana i komentowana według moich artystycznych osiągnięć.” – zamyka temat.




