Fotografuje największe gwiazdy polskiej sceny, realizuje sesje modowe i edytoriale, pracuje na planach filmowych, a jednocześnie z pasją tworzy autorskie projekty oraz fotografuje naturę podczas podróży po świecie. Dziś Marta Machej należy do grona najbardziej cenionych fotografek portretowych w Polsce, jednak swoją zawodową drogę budowała w Szczecinie. To tutaj powstały jej pierwsze publikacje, tu zdobyła zaufanie pierwszych klientów i rozpoczęła współpracę również z naszym magazynem W rozmowie wraca do tamtych lat, wspomina nasze wspólne sesje zdjęciowe i opowiada o relacjach z artystami, zaufaniu oraz fotografii, która zawsze zaczyna się od człowieka.
Przed rozmową z Tobą, dotarło do mnie, że przez te wszystkie lata byłam przekonana, że pochodzisz ze Szczecina. Tymczasem zawsze byłaś Warszawianką…
To zabawne, bo ludzie, którzy poznali mnie w Szczecinie, po moim powrocie do Warszawy nagle zaczęli uważać, że jestem Szczecinianką. Kiedy mieszkałam w Szczecinie, nikt nie miał z tym żadnego problemu – wszyscy wiedzieli, że pochodzę z Warszawy. A gdy wróciłam, nagle okazało się, że jestem „stamtąd”. (śmiech)
To znaczy, że bardzo dobrze się zasymilowałaś i przejęłaś klimat Zachodniego Wybrzeża?
Szczecin absolutnie kocham i zostawiłam tam kawałek serca. Kiedy pierwszy raz ktoś nazwał mnie Szczecinianką, pomyślałam: „Ej, fajnie. Mogę nią być”.
Ale do Warszawy wróciłaś prawie osiem lat temu?
Tak. Wróciłam w grudniu 2018 roku, będąc w ciąży. To był bardzo dziwny moment. Wcześniej byliśmy w trakcie przygotowań do podróży dookoła świata. Ostatecznie z różnych powodów do niej nie doszło. Sprzedaliśmy praktycznie wszystko, spakowaliśmy się i zakładaliśmy, że przez kolejne trzy i pół roku nie będzie nas w Polsce. Nie mieliśmy więc ani domu, ani stałej pracy, ani większych oszczędności. Nagle wróciłam do Warszawy w ciąży. To był skok na naprawdę głęboką wodę. Wiedzieliśmy, że musimy się szybko odnaleźć, bo dziecko było już w drodze. Nasze życie miało wyglądać zupełnie inaczej, ale dziś myślę, że to po prostu musiało się wydarzyć właśnie w taki sposób.
Oczywiście na początku był stres i mnóstwo niewiadomych – zastanawiałam się, czy znajdę pracę. Z drugiej strony cieszyłam się, że wracam do siebie. A ponieważ jeszcze mieszkając w Szczecinie cały czas współpracowałam z Warszawą, miałam już tutaj kontakty – modelki, wizażystki i ludzi z branży. Nie zaczynałam więc od zera.
Pamiętasz swoją pierwszą pracę po powrocie?
Tak. Pomyślałam, że skoro wracam na warszawski rynek, to muszę się przypomnieć. Zorganizowałam więc sesję TFP (od red. bezpłatna współpraca fotografa i modela) z jedną z modelek. Po sesji napisałam do wizażystki Kasi Duszyńskiej, żeby podziękować jej za świetną pracę i obiecałam przesłać zdjęcia. Tydzień później Kasia zadzwoniła do mnie z informacją, że w miejscu, w którym pracuje, szukają fotografa do pracy typowo komercyjnej. Co ciekawe, dokładnie tym zajmowałam się jeszcze przed wyjazdem ze Szczecina. Okazało się, że to stała praca, co w fotografii jest rzadkością. Oczywiście się zgodziłam. Bardzo szybko złapaliśmy dobry kontakt z właścicielką i ostatecznie pracowałam tam przez kolejne półtora roku. To wydarzyło się błyskawicznie – chyba nie minął nawet miesiąc od mojego powrotu do Polski. Nie dość, że znalazłam pracę w zawodzie, to jeszcze była to stała posada. Takie rzeczy naprawdę zdarzają się niezwykle rzadko.
A kiedy wróciłaś do fotografii portretowej i fashion, z której jesteś najbardziej znana?
Właściwie od razu. Nowa praca była związana z fotografowaniem ubrań i stylizacji, ale proponowałam dziewczynom, żebyśmy wychodziły w plener i robiły bardziej edytorialowe sesje. Od początku miałam poczucie, że ta praca daje mi stabilizację, ale nie jest szczytem moich możliwości. Dlatego równolegle cały czas realizowałam własne projekty i sesje. Tak jest zresztą do dziś. Mam projekty komercyjne, które są interesujące i pozwalają mi zarabiać, ale nie wyobrażam sobie zrezygnować z własnych pomysłów. To przestrzeń, w której mogę w stu procentach pokazać swoją wizję.
Przed twoim obiektywem stają zarówno osoby prywatne, jak i znani artyści czy celebryci. Z kim najlepiej Ci się współpracuje?
Mam szczęście do ludzi. Naprawdę trudno mi wskazać osobę, z którą współpracowało mi się źle. Niezależnie od tego, czy są to osoby prywatne, czy bardzo znane, trafiam na ludzi otwartych, życzliwych i pozytywnych. Jeśli chodzi o osoby, z którymi pracuję najczęściej, to jest to Natasza Urbańska. Nasza współpraca trwa już siedem lat i widujemy się regularnie – czasem nawet kilka razy w miesiącu. Drugim takim duetem są Edyta i Cezary Pazurowie. Współpracujemy od około dwóch lat i również mamy świetną relację. Ostatnio do tego grona dołączyła także Klaudia Halejcio, dla której fotografowałam ślub i wesele. Zdjęcia odbiły się szerokim echem, choć wcześniej również pracowałyśmy przy mniejszych projektach.

Jak myślisz, co sprawia, że artyści chcą wracać właśnie do Ciebie?
Myślę, że w przypadku zarówno Nataszy, jak i Edyty z Czarkiem chodzi przede wszystkim o to, że oprócz tego, bardzo dobrze nam się współpracuje to zwyczajnie się lubimy. Wszystko opiera się na energii. Jestem przekonana, że na rynku są tysiące fotografów bardziej utalentowanych ode mnie, z lepszym okiem czy bardziej kreatywnymi pomysłami. Miałam jednak szczęście spotkać ludzi, z którymi po prostu „zaklikało”. Zarówno Edyta, jak i Natasza często mówią mi, że w moim obiektywie wyglądają inaczej niż u kogokolwiek innego. Śmieję się wtedy, żeby tego nie sprawdzały. Myślę, że po prostu czują się przede mną piękne. Może dlatego, że właśnie tak je widzę, a może dlatego, że podczas sesji jest bardzo swobodnie, jest dużo śmiechu i dobrej atmosfery.
Z Nataszą zrobiłyśmy już chyba ponad sto sesji. Dla mnie jako fotografki, ogromnym wyzwaniem jest pokazanie jej za każdym razem w nowy sposób. Po kilkudziesięciu, a później po setnej sesji wymyślenie czegoś świeżego wcale nie jest łatwe. Pomaga nam w tym jej menedżerka Monika Kordowicz, która często podsuwa ciekawe inspiracje. My same również cały czas eksperymentujemy – z nowym światłem, nowymi rozwiązaniami czy pomysłami. Natasza ma do mnie ogromne zaufanie, wie, że jej nie skrzywdzę, a ja mogę korzystać z całej jej energii, doświadczenia i aktorskich możliwości. Ona potrafi wejść właściwie w każdą rolę.
Co jest dla Ciebie najważniejsze podczas sesji? Co Ciebie inspiruje?
Najbardziej inspirują mnie ludzie. Nigdy nie przychodzę na sesję z gotowym scenariuszem. Najpierw staram się zo-baczyć, z kim mam do czynienia – jaka jest ta osoba, jakie ma emocje, energię, nastrój i co chciałaby o sobie opowiedzieć. Dopiero wtedy próbuję to pokazać na zdjęciach. Oczywiście dbam o to, żeby w trakcie pracy było swobodnie i miło, ale nie chcę nikomu narzucać swojej wizji. Bardziej podążam za emocjami, światłem i tym, co dzieje się tu i teraz.
Masz swoje ulubione projekty? Albo takie, które są Ci szczególnie bliskie?
Trudno mi wskazać jedną ulubioną sesję, bo w każdej jest coś wyjątkowego. Najbliższe mojemu sercu są chyba wszystkie projekty realizowane poza granicami Polski. Od zawsze marzyłam o tym, żeby połączyć podróże z fotografią. Dziś mogę powiedzieć, że to marzenie się spełniło. Takich projektów realizuję w ciągu roku kilka, czasem nawet kilkanaście, i to daje mi ogromną satysfakcję.
Nad czym teraz pracujesz?
W tej chwili pracuję na planie serialu, więc jest to dla mnie zupełnie inna forma pracy niż ta, do której jestem przyzwyczajona. Przede mną także kilka mniejszych i większych wyjazdów. Myślę też by światu szerzej pokazać moją podwodną fotografię, którą uwielbiam.
Warszawa to bardzo konkurencyjny rynek. Czujesz Marta presję albo konieczność ciągłego udowadniania swojej wartości?
Kilka lat temu rzeczywiście bardzo mocno o to walczyłam. Robiłam mnóstwo sesji, zależało mi na coraz większych na zwiskach i coraz lepszych publikacjach. Bardzo chciałam wejść do tego większego świata. Dziś mam w sobie znacznie więcej spokoju. Po pierwsze dlatego, że doszłam już do miejsca, w którym chciałam być. Po drugie uznałam, że jeśli coś jest mi pisane, to po prostu przyjdzie. Nadal daję z siebie dwieście procent, ale nie mam już presji, żeby za wszelką cenę zdobywać kolejne szczyty.
Świat największych nazwisk jest bardzo hermetyczny. Doszłam do wniosku, że chcę pozostać sobą, pracować z ludźmi, których naprawdę lubię, i realizować własne projekty. Jeśli ten świat kiedyś mnie zaprosi, z przyjemnością do niego wejdę, ale nie mam już potrzeby udowadniania komukolwiek, że jestem dobra. Wolę, żeby mówiła za mnie moja praca i ludzie, którzy do mnie wracają.
Jeśli chodzi o konkurencję, to zawsze powtarzam na warsztatach, które prowadzę, że ona tak naprawdę nie istnieje. To, co nas wyróżnia, to my sami. Fotografów robiących świetne zdjęcia są miliony, ale każdy z nas jest niepowtarzalny. Poza tym żyjemy w czasach, w których zapotrzebowanie na fotografię jest ogromne. Naprawdę jest miejsce dla każdego.

A jakie wspomnienia zawodowe najbardziej łączą Cię ze Szczecinem?
Szczecin wspominam w bardzo ciepłych, wręcz różowych barwach. To właśnie tam stawiałam pierwsze kroki jako fotografka. Był to najtrudniejszy etap mojej drogi, bo początki zawsze są pełne frustracji i niepewności. Jednocześnie właśnie tam dostałam ogromne wsparcie. To w Szczecinie pierwsze osoby uwierzyły we mnie. Gdyby nie ten etap, nie wiem, jak potoczyłaby się moja droga zawodowa. Tam pojawiły się moje pierwsze publikacje, tam również się poznałyśmy. Byłaś jedną z tych osób, które powiedziały: „Dobrze, zaufam tej fotografce i dam jej szansę”.
Doskonale pamiętam naszą pierwszą sesję. Atmosfera była niesamowita – dużo śmiechu, pełen luz. To była sesja promująca profilaktykę raka piersi i pamiętam, że sama też się wtedy rozebrałaś, żeby modelki czuły się swobodniej.
To podobno do dziś się nie zmieniło. (śmiech)
Na koniec chciałam się Ciebie zapytać o życie prywatne. Masz już siedmioletnią córkę. Udaje Ci się pogodzić życie rodzinne z pracą?
Tak, chociaż nie zawsze jest łatwo. Doszłam jednak do momentu, w którym wiem, że dopóki moja córka chce spędzać ze mną czas, to właśnie ona jest moim priorytetem. Oczywiście zdarzają się tygodnie czy nawet miesiące, kiedy prawie nie ma mnie w domu. Bywało, że przez trzy tygodnie byłam na kolejnych wyjazdach. Ale kiedy wracam, staram się być już w stu procentach dla niej.
Dziś mam też komfort wynikający z tego, że wypracowałam sobie stabilną pozycję zawodową. Nie muszę już tak bardzo zabiegać o kolejne zlecenia, dzięki czemu mogę świadomie wybierać, na co poświęcam swój czas.
Fotografowie często żartują, że skoro kochają swoją pracę, to właściwie nigdy nie pracują. Rozumiem tę ideę i częściowo się z nią zgadzam, ale z drugiej strony właśnie w tym tkwi pewna pułapka. Jeśli naprawdę kochasz to, co robisz, bardzo łatwo wpaść w pracoholizm. Ja sama zrozumiałam to dopiero stosunkowo niedawno. Dziś staram się zachować równowagę.
Dziękuję za rozmowę.










