Opowieść o wiecznej młodości nie ma już nic wspólnego z lękiem przed upływem czasu, natomiast wiele z dojrzałą sztuką życia – jakością życia, relacjami, ze zdrowiem psychicznym, poczuciem sensu i codzienności, która nie polega wyłącznie na „dożyciu późnej starości”, ale na tym, aby naprawdę dobrze przeżyć swoje życie.
Zainteresowanie tą filozofią od lat skupia się wokół Blue Zones, niebieskich strefach, czyli miejsc na świecie, w których ludzie żyją wyjątkowo długo, a przy tym przez wiele lat zachowują sprawność fizyczną i psychiczną. Okinawa w Japonii, Sardynia we Włoszech, grecka Ikaria, półwysep Nicoya w Kostaryce czy Loma Linda w Kalifornii od dawna fascynują naukowców badających długowieczność. Łączy je coś więcej niż statystyki. Mieszkańcy tych regionów żyją wolniej, bliżej ludzi i natury. Więcej się ruszają. Odpoczywają bez poczucia winy. Budują wspólnoty, pielęgnują relacje i mają swoje… ikigai, powód, dla którego chce się rano wstać z łóżka.
Współczesna nauka coraz wyraźniej pokazuje, że samo wydłużanie życia nie wystarcza. Coraz częściej mówi się więc nie tylko o lifespan, czyli długości życia, ale przede wszystkim o healthspan – liczbie lat przeżytych w zdrowiu, sprawności i dobrostanie psychicznym, bowiem można żyć długo, a jednocześnie przez lata zmagać się z samotnością, przewlekłym stresem czy chorobami cywilizacyjnymi. I właśnie tutaj psychika okazuje się jednym z najważniejszych elementów całej układanki. O filozofii longevity, odporności psychicznej i tym, czego naprawdę możemy nauczyć się od mieszkańców Blue Zones, rozmawiamy z psycholożką Magdą Olech.
Magdo, Blue Zones pokazują, że ludzie żyją dłużej nie tylko dlatego, że jedzą owoce i warzywa i dużo chodzą. Mają też silne relacje, poczucie sensu, codzienne rytuały. Czy właśnie tam zaczyna się longevity?
Zdecydowanie! Badania nad długowiecznością i szczęściem – między innymi najdłuższe badanie podłużne prowadzone w USA pod kierownictwem Roberta Waldingera (bardzo polecam jego książkę „Dobre życie. Lekcje z najdłuższego na świecie badania nad szczęściem”) – pokazują, że to właśnie zdrowe relacje mają ogromny wpływ na naszą długowieczność, sprawność fizyczną i dobrze funkcjonujący mózg. Jeśli dodamy do tego codzienne rytuały, odpowiednią dietę opartą głównie na warzywach i ziarnach, naturalny ruch wpisany w codzienność (i nie mam tu na myśli niczego ekstremalnego, wystarczą spacery, wchodzenie po schodach, ogrodnictwo czy nordic walking) a także regularny sen, otrzymujemy naprawdę solidny fundament długiego i zdrowego życia.
W Okinawie mówi się o ikigai, czyli powodzie, dla którego chce się rano wstać z łóżka. Czy każdy z nas powinien mieć swoje ikigai?
Ikigai to piękna filozofia życia, która pomaga odnaleźć sens i poczucie kierunku. Opiera się na odpowiedzi na cztery podstawowe pytania: co kochasz, czego potrzebuje świat, za co możesz być wynagradzany oraz w czym jesteś naprawdę dobry. Na przecięciu tych obszarów rodzi się poczucie spełnienia i wewnętrznej równowagi. Bardzo często pracuję z pacjentami nad odnalezieniem odpowiedzi na te pytania. Uważam, że każdy z nas powinien praktykować takie podejście, bo pomaga ono chronić przed wypaleniem zawodowym, poczuciem beznadziei, przewlekłym smutkiem czy depresją – również tą wysokofunkcjonującą.

Jak szukać celu na dany dzień, kiedy życie składa się głównie z pracy, obowiązków, dzieci, korków i odpisywania na maile?
Odpowiem jak zawsze: w uważności i wdzięczności. To dwie praktyki, które mogą pomóc nam odnaleźć sens w życiu, codziennych obowiązkach, zwolnić, doświadczyć, jedynej doświadczalnej nam rzeczywistości tu i teraz i odpocząć. Zauważyć smak i zapach porannej kawy, strukturę naszych ubrań, dźwięki przyrody (nawet jeśli mieszkamy w centrum miasta), jak czujemy się rozmawiając z kimś, czy jesteśmy uważni na to co dzieje się wkoło nas, jeśli uprawiamy sport, jak czuje się nasze ciało przed, w trakcie i po ćwiczeniach. A wieczorem (lub rano zaraz po wstaniu) wymienić rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. Nic szczególnego, zwyczajne rzeczy, to że mamy dach nad głową, co jeść, jesteśmy (względnie) zdrowi itp. To również praca z wartościami. Zastanowienie się jakie wartości nam przyświecają, według których chcemy żyć i każdego dnia sprawdzać czy zbliżamy się do tych wartości, czy dokonując danych wyborów, co do jedzenia, spędzania czasu, kontaktów towarzyskich czy postawy, jaką prezentujemy, idziemy w kierunku wybranych przez siebie wartości, czy raczej się oddalamy. Czyli, jak widzisz, jak zawsze nie mam żadnych magicznych narzędzi i sposobów, tylko proste rutyny, osadzające nas w rzeczywistości, od której tak chętnie, niestety, uciekamy.
Druga okinawska zasada to hara hachi bu, czyli jedzenie do około 80 procent sytości. Czy można ją potraktować szerzej, jako filozofię nieprzeładowywania siebie: jedzeniem, pracą, bodźcami, oczekiwaniami?
Nie pomyślałam o tym wcześniej, ale brzmi to bardzo ciekawie! Czemu nie? Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do przesytu, wszystko ma być „na maksa”, ponad normę, ponad przeciętność. To wywołuje ogromną presję, by stale być wyjątkowym, produktywnym i najlepszym w każdej dziedzinie życia. A gdyby tak przenieść zasadę hara hachi bu… także na codzienność? Może okazałoby się, że życie nabiera wtedy więcej smaku. Schodzi z nas presja robienia wszystkiego do granic wytrzymałości. Pojawia się przestrzeń na oddech, lekki niedosyt, czekanie, marzenia. I być może właśnie wtedy życie nabierze więcej sensu.
Mieszkańcy Blue Zones dużo odpoczywają, ale nie na zasadzie „uciekam od życia”. Dlaczego nam tak trudno uznać odpoczynek za coś wartościowego? Albo inaczej: czy my potrafimy odpoczywać?
Odpoczynek w naszej kulturze, kulturze produktywności, to coś bardzo podejrzanego i niepożądanego, kojarzącego się z lenistwem, brakiem zaradności, byciem przeciętnym, nudnym. A jak wspomniałam, teraz wszystko ma być jakieś, ma być tego więcej i mocniej w każdym obszarze życia. Odpoczynek jawi się w naszej kulturze jako swojego rodzaju luksus, coś, na co trzeba zasłużyć. A i nawet odpoczynek mam być wyjątkowy, w pięknym miejscu, którym można pochwalić się w mediach społecznościowych, z dodatkowymi atrakcjami. Ma służyć czemuś i być jakiś. Co, jak słyszysz, jest sprzecznością samą w sobie. Dlatego nie potrafimy odpoczywać, jesteśmy spięci na samą myśl wypoczynku, mamy wyrzuty sumienia, po pierwsze, że odpoczywamy, a po drugie, że pewnie robimy to mało efektywnie. Błędne koło. Dajmy sobie pozwolenie na swobodę, na nicnierobienie i na nudę.
W Blue Zones ogromne znaczenie mają relacje i wspólnota. Robert Waldinger, badając szczęście i zdrowie przez dekady, mówił, że jakość relacji ma większe znaczenie niż ich liczba. Zgadzasz się z tym?
O tak! Bardzo często cytuję te badania na wykładach dla studentów, kiedy omawiamy kwestie szczęścia i długowieczności. Dobrze rozwinięte życie społeczne, rodzinne, życie wśród ludzi, zaangażowanie w społeczne inicjatywy, życie w związku, sprawiają, że jesteśmy szczęśliwsi, zdrowsi, żyjemy dłużej. Samotność i izolacja są toksyczne i potrafią zabijać. Ale nie chodzi tu jedynie o ilość a raczej o JAKOŚĆ tychże relacji. Samotnym można być i w tłumie i w małżeństwie. Badania pokazują, że wysoko skonfliktowane relacje, są wyniszczające dla zdrowia i to o wiele mocniej i dotkliwiej niż wyniszczający dla zdrowia i psychiki potrafi być rozwód! A życie w dobrej, ciepłej relacji ma moc chroniącą. Wśród badanych 50-latków, Ci którzy cieszyli się życiem w dobrych relacjach, okazywali się najzdrowsi jako przebadani 30 lat później 80-latkowie! Dobre relacje nie tylko chronią nasze ciała i zdrowie, ale także nasz mózg! Osoby, żyjące w zrównoważonych relacjach, w takich, w których wiedzą, że mogą na siebie liczyć, mają lepszą pamięć. I żeby była jasność, mowa jest o dobrych relacjach, świadomych, chroniących, wspierających, o takich, w których wiemy, że możemy na siebie wzajemnie liczyć. A nie o relacjach cukierkowych, bez kłótni i ciemnych chmur, które od czasu do czasu trzeba przepędzać. Dlatego warto nawiązywać zdrowe relacje, nie tylko romantyczne. Relacje przyjacielskie, partnerskie, sąsiedzkie, pracownicze. Dołączać do społeczności, brać udział w inicjatywach społecznych, klubach osiedlowych. Angażować się w działania prospołeczne i stronić od samotności – samotność, podobnie jak długotrwały stres, zabija.
Z poczucia humoru i dystansu słyną… Sardyńczycy! Czy umiejętność śmiania się z siebie i z życia może być formą odporności psychicznej?
Nie inaczej! Poczucie humoru, dystans do siebie i świata, umiejętność dostrzeżenia absurdu w niektórych sytuacjach są wyznacznikami elastyczności psychicznej, a co za tym idzie – odporności psychicznej. Bo do kluczowych czynników odporności psychicznej należą: wysoka samoświadomość, silne relacje społeczne, optymistyczne nastawienie do wyzwań oraz umiejętność dbania o dobrostan fizyczny (np. sen, ruch). Dlatego wszystko to jest ze sobą bardzo mocno powiązane, jedne wynika z drugiego i to może być przyczyna, dla której niektórym nie wychodzi zmiana życiowa, bo skupiają się na jednym aspekcie dobrostanu, zapominając o innych, w tym przypadku na przykład na poczuciu humoru.
W Loma Linda ważne są duchowość, wspólnota, wolontariat i wstrzemięźliwość od alkoholu oraz papierosów. Czyli duchowość – niekoniecznie religijność – może wzmacniać poczucie sensu i spokoju. Ale skupmy się też na tym nieszczęsnym alkoholu. Jak już rozmawiałyśmy w poprzednich artykułach, dla Polaków to wciąż twardy orzech do zgryzienia.
Znasz moje zdanie: alkohol to trucizna. Nawet niewielkie ilości mają negatywny wpływ na mózg i układ nerwowy. Dziś wiemy już, że nie istnieje „bezpieczna dawka” alkoholu. A oprócz skutków zdrowotnych dochodzą jeszcze konsekwencje społeczne i emocjonalne.
W Blue Zones aktywność fizyczna oznacza chodzenie, sprzątanie, pracę w ogrodzie, codzienny ruch. Nikt nie myśli o karnetach na siłownię. Nasza psychika lepiej reaguje na taki naturalny ruch, prawda?
Naturalny ruch jest wpisany w nasze DNA. Niestety wraz z rozwojem cywilizacji zamknęliśmy się w betonowych miastach i oddaliliśmy od natury. Dlatego potrzebujemy ten ruch przywołać w sposób sztuczny: na siłowni, na bieżni, w ekstremalnych dyscyplinach sportowych. Tymczasem, nasz organizm najlepiej działa na naturalny sposób poruszania się, towarzyszący nam mimochodem: spacer, ogrodnictwo, wchodzenie po schodach, sprzątanie, majsterkowanie, prace domowe, taniec. Szukajmy łagodności w ruchu, rytmiczności i przyjemności nie tylko wyników i przekraczania limitów.
Czy filozofia longevity może być pułapką? Mam na myśli sytuację, w której zamiast żyć spokojniej, zaczynamy obsesyjnie optymalizować sen, dietę, suplementy i liczbę kroków.
Dokładnie tak! Znane są już przypadki miliarderów, którzy zatrudniają całe sztaby ekspertów by komponowali im diety, koktajle młodości, odpowiednie ćwiczenia, regeneracje w namiotach tlenowych i inne udogodnienia lub eksperymentalne metody by żyć jak najdłużej. Najbardziej znany Bryan Johnson wydaje 2 mln dolarów rocznie na terapie odmładzające. Johnson jest obecnie najbardziej znaną postacią w dziedzinie ekstremalnego biohackingu, a jego działania wzbudzają coraz większe kontrowersje w świecie naukowym. Zawsze powtarzam, że każde ekstremalne zachowanie, nawet w dobrych intencjach przedłużania życia, rozwoju duchowego, wzmacniania psychiki, niesie za sobą zagrożenia i ostatecznie prowadzi do odwrotnych skutków od zamierzonych. Rozsądniej będzie podążać ścieżką zdrowia i długowieczności z łagodnością i ostrożnością dla siebie, bez ekstremalnych i obsesyjnych kroków.
Gdybyś miała wybrać trzy elementy Blue Zones, które najlepiej wspierają psychikę, i które mogłabyś mi zalecić do wdrożenia już teraz, co by to było? Skonstruujmy polską wersję – Szczecin jako kolejny Blue Zone!
Ale fajny pomysł! Szczecińska Blue Zone, w której praktykujemy filozofię longevity, wzmacniamy naszą odporność psychiczną i żyjemy długo i szczęśliwie. Uważam, że Szczecin jest przepięknym miastem, z dużą ilością zieleni, kwitnących drzew, parków, lasów miejskich, otaczających nas puszczy. Mamy w naszym mieście też mnóstwo inicjatyw kulturalnych i sportowych: wystawy, koncerty, festiwale, biegi, rajdy rowerowe. Wiele ulic ma ograniczony ruch samochodowy. Nasze miasto z powodzeniem mogłoby stać się kolejnym Blue Zone!
Uczyńmy zatem nasze miasto niebieską strefą!
Skupiłabym się na ruchu i kontakcie z naturą. Ruchu wbudowanym w codzienność. Mieszkańcy niebieskich stref nie „ćwiczą” w rozumieniu zachodnich standardów, ruch jest dla nich elementem życia, nie obowiązkiem. Szczecin ma do tego wyjątkowe zasoby: Puszcza Bukowa oferuje liczne szlaki przez gęste lasy i malownicze jeziora, moja ukochana Puszcza Wkrzańska i szczecińska Gubałówka, Park Leśny Arkoński, Las Arkoński, pętla wokół Jeziora Głębokiego czy Bulwary nad Odrą to trasy idealne na codzienny marsz. Kluczem może być chodzenie pieszo do pracy, wysiadanie przystanek wcześniej, wychodzenie do Puszczy raz w tygodniu z konkretną osobą. Szczecin to miasto z dostępem do lasu dosłownie z tramwaju. Brakuje nam głównie intencjonalności, czyli świadomego wyboru: idę tam z konkretnymi ludźmi, regularnie, bo to ważne, nie dlatego że mam czas.
Postawiłabym również na budowanie relacji i poszukiwanie sensu, czyli zaangażowanie w życie społeczne Szczecina i okolic. W mieście działa ponad 120 fundacji i stowarzyszeń, organizacje sportowe i rekreacyjne promujące zdrowy tryb życia wśród mieszkańców. Wystarczy znaleźć jedno: grupę biegową, ogród społeczny, klub seniora, koło rowerowe. Szczeciński Budżet Obywatelski istnieje od 2013 roku. Od tamtej pory zgłoszono ok. 2 000 pomysłów, a mieszkańcy wybrali do realizacji ponad 200 projektów. Zapisanie się jako inicjator projektu, wolontariusz, mentor może wzmocnić naszą więź ze sobą, innymi, naszym miastem i naszym ikigai – powodem, dla którego chce się nam wstać z łóżka. Szczecin jest idealnym miejscem do mieszkania długo i szczęśliwie!
Źródło: https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC12068195/

Magda Olech
– psycholożka i psychoterapeutka CBT (in spe), wykładowczyni akademicka, twórczyni podcastu „Czułostki-czule, delikatnie, łagodnie o życiu”. Specjalizuje się w leczeniu zaburzeń lękowych, depresyjnych, ADHD dorosłych i terapii par. Autorka kart terapeutycznych „Symbole przemiany”.
Więcej na stronie: magdaolech.pl









