Aktorzyca wśród pudru

Dramaturg Piotr Rowicki, według przedpremierowych zapowiedzi, utworem „Matki” przebojem wdarł się na polski teatralny rynek. Mnie jego tekst nie zachwycił, a co za tym idzie spektakl Rafała Matusza, mimo inscenizacyjnego rozmachu, także nie porwał. 

Tekst jest banalny, operuje stereotypami. Podobnie inscenizacja: podobno groteska, w rzeczywistości jednak mało wyszukana, sztucznie wykreowana teatralna maniera. Reżyser przyjął konwencje telewizyjnego programu, moderowanego przez showmana „Matkoznawcę” (zupełnie nieodnajdujący się w tej konwencji Jacek Piotrowski). Owszem, temat, który proponuje autor, jest ważny i przede wszystkim poruszający niemal każdego. Uniwersalne emocje zostały jednak ubrane w formalny kostium ozdobiony groteską i celową tandetą, co często przeszkadzało w odbiorze czy zrozumieniu ważnych treści. Fabuła jest dynamiczna i przystępna – trójka głównych bohaterów staje nad łóżkiem, w którym leży nieświadoma (?) matka po wylewie czy innym strasznym choróbsku. Pada ważne pytanie: co z nią zrobić? Próby odnalezienia odpowiedzi mnożą jednak kolejne pytania i „oskarżenia”. Rozpoczyna się „sąd” nad matką. Bohaterowie wytykają jej nadopiekuńczość, gryzące wełniane szalki czy brutalne skasowanie kasety video z filmem karate. Pomysły co z matką zrobić z założenia śmieszne, nie bawiły, no może po za… wstawieniem Matki do muzeum. Ciekawie zapowiadała się prezentacja różnych „formatów” matek — Matka Teresa Od Kotów, Matka Boska oraz Matka Wyrodna Suka, ale pomysł, zarówno dramaturgiczny jak inscenizacyjny, sprowadził tę sekwencję do… fajerwerku wystrzelonego podczas ulewy. Gdyby chcieć za coś chwalić ten spektakl, to była by to brawurowa rola Elżbiety Donimirskiej. Mam nadzieję, że Pani Elżbieta wybaczy mi to określenie, (zwracam się bezpośrednio): jest Pani najprawdziwszą „aktorzycą”. Dawno nie widziałem tak brawurowo i jednocześnie przejmująco skrojonej postaci. Bez makijażu, bez kostiumu, zupełnie sauté.

W przeciwieństwie do całej upudrowanej (nie tylko kosmetykami, ale także przekombinowaną manierą) reszty zespołu. Nie powiem też złego słowa o rolach trójki głównych bohaterów. Młodzi aktorzy (Adrianna Góralska, Dariusz Majchrzak, Marek Żerański) wywiązali się rzetelnie z zadania jakie powierzył im reżyser, ale ten przesadził chyba z chaotyczną ekspresją, każąc aktorom biegać od skraju sceny po horyzont. Sceniczna katastrofa wydarzała się za to w scenach zbiorowych z prostymi, ale zupełnie nieudanymi choreografiami i stylizowanymi na musical piosenkami. Uwielbiam wokalne popisy śpiewających aktorów Teatru Polskiego, tym bardziej nie wiem co się tutaj stało… Świetna okazała się za to funkcjonalna scenografia, którą przygotował sam reżyser. Brawa dla Krzysztofa Baranowskiego, który swoją muzyką świetnie wkomponował się w stylistykę przedstawienia. Lekka propozycja, z pewną dozą życiowej mądrości, dla niewymagającego widza

 

Prestiż  
Czerwiec 2016