Skarul na manowcach
Niemiecki but
Skarul na manowcach
Niemiecki but
Niemiecki but to nie jest żaden tam pantofelek. Niemiecki but to jest bucior ze świńskiej skóry – koniecznie ze świńskiej – na grubej gumowej podeszwie, podkuty masywną, stalową zelówką, wysoki, z cholewami. Niemiecki but, choć służy temu, by obuwać niemiecką, krwiożerczą i – nie owijajmy w onucę – cuchnącą stopę, najlepiej nadaje się do tego, by trzymać pod nim Polaków.
Nienawiść to szalenie zniewalające, uwodzicielskie, a przede wszystkim niestrudzone uczucie. Wydajniejsze niż strach. Najpierw sączy się powoli cienkim strumieniem, szuka szczelin, rozlewa się po zakamarkach duszy – a raczej mózgowych komórek – potem przyśpiesza, nabiera mocy i wypiera każdą konkurencyjną emocję, a co najgorsze, również każdą rodzącą się myśl. Powab nienawiści polega na tym, że unieważnia wszystko inne, nadaje kierunek i sens, dodaje skrzydeł, upaja, subiektywnie uwzniośla, ale przede wszystkim – nie oszukujmy się, że jest inaczej – ogłupia. Wiedzą o tym politycy.
To oczywiste, że Niemiec jest zły, a my, Polacy zawsze jesteśmy dobrzy. Niemcy o niczym innym nie myślą jak tylko o tym, żeby nas, Polaków zniewolić. Może i mają parę innych spraw na głowie – na przykład jak by tu w wolnej chwili zdominować do reszty Brukselę – ale generalnie pochłania ich niesłabnąca potrzeba zemsty za niecne uczynki kapitana Klosa, porucznika Kosa – Rudy z tej wyliczanki wypada – oraz psa Szarika. Ten ostatni podpadł najbardziej, jako że to owczarek niemiecki, a więc zdrajca. Jak świat światem Niemiec nigdy nie będzie Polakowi bratem.
Mój mały synek – jak był mały, bo teraz to już stary koń – podczas wspólnego oglądania filmu zawsze pytał: a który to jest ten „dobry”. Ta naturalna i bardzo pierwotna potrzeba odróżniania kto nasz, a kto wróg mocno utrwaliła się w naszym ludzkim genotypie. Kto tej różnicy nie dostrzegał, ginął wcześnie, rażony znienacka dzidą albo jakimś innym tępym narzędziem typu kamień łupany, nie pozostawiwszy po sobie żadnego spadkobiercy.
Jeździło się kiedyś po buty do NRD. Potem do zjednoczonych już Niemiec. Jeszcze całkiem niedawno, niemieckie Salamandry, Lloydy, Gabory, Tamarisy, Birkenstocki kusiły albo urodą, albo wygodą. Moje pierwsze Lloydy, kupione gdzieś tak na początku lat dziewięćdziesiątych nosiłem z dumą i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Zostałem właśnie „biznesmenem”, więc szyk jaki nadawał mi mój mało dyskretny brązowy garnitur, musiałem wzmocnić parą eleganckich, markowych półbutów. Dziś do głowy by mi nie przyszło, żeby z zazdrością zerkać na niemiecki przemysł obuwniczy. Wolę już nasze Ryłki i Kazary. Co by nie mówić, skróciliśmy dystans. Znacząco.
Jeszcze w 2000 roku jedynie 45% Polaków chętnie widziałoby Niemców w roli zięcia albo synowej. Dzisiaj to już ponad 78%. Dwadzieścia lat temu tylko 51% Niemców zaakceptowałoby Polaka jako szefa firmy. Dziś ten wskaźnik aprobaty skoczył do 81%. Te i wiele innych, podobnych informacji gromadzi i publikuje Instytut Spraw Publicznych: https://www.barometr-polska-niemcy.pl/. Wszystkie te dane pokazują, że stosunki polsko niemieckie – jak to się mówi drętwym językiem polityki – ulegają normalizacji. Sprzyjają temu wspólne interesy. Wspólnym interesom sprzyja akceptacja i zaufanie. Zaufaniu nie sprzyja rodzima polityka „historyczna”. W 2016 dla 21% Polaków, Niemiec to był „okupant i najeźdźca”. W 2020 już dla 30%.
Nie mam pojęcia jaki numer buta nosi prof. Klaus Bachman. To trochę Polak, ale jednak Niemiec, więc ten jego but nie może być filigranowy. Wiem za to doskonale jaki Klaus ma rozmiar kapelusza, choć w kapeluszu nigdy go nie widziałem. Otóż, bardzo duży, bo to bardzo mądry gość. Zapytałem go, czego rzeczywiście ze strony Niemiec możemy się bać. Odpowiedział tak:
– Niemcy obecnie zaostrzają swoja politykę imigracyjną wobec azylantów i to dość mocno, z kontrolami na granicy włącznie (coś pewnie w Szczecinie o tym wiecie…). Jeśli im się to choćby tylko częściowo uda, Polska zostanie z tymi, którzy przechodzą przez Białoruś, Kaliningrad i Słowację. Już 10% tego kompletnie przerasta Urząd do spraw Cudzoziemców. Wtedy mamy bunty w ośrodkach, powstania, bijatyki z policją etc.
Stosunki sąsiedzkie zawsze obciążone są swego rodzaju napięciem. Jak się ma wspólną miedzę, to łatwiej o pole konfliktu i rozbieżne interesy. Wiedzą coś o tym Pawlak z Kargulem, ale też Czesi i Słowacy, Norwedzy i Szwedzi, Francuzi i Anglicy, Meksykanie i Amerykanie… W każdym razie my nie damy sobie żadnemu sąsiadowi w polską kaszę dmuchać i na te niemieckie egoizmy zawsze znajdziemy dobrą, staropolską odpowiedź. Niech sobie Niemcy nie myślą, że się ich będziemy bać. Przypomnimy im – a przy okazji naszej wspaniałej, patriotycznej polskiej młodzieży – o naszych sukcesach pod Cedynią i Grunwaldem. A jak będzie za mało to dorzucimy jeszcze Pomorski Wał. Patriotyzm bez wroga jest do dupy, czyż nie?
Teoretycznie, moglibyśmy obniżyć nieco poziom patriotycznych wzmożeń i relacje z sąsiadami przenieść na obszar dyplomatycznych gier, biznesowych negocjacji i chłodnych analiz. Ale jakież to trywialne. No takie obrzydliwie niemieckie właśnie. Bez husarskich skrzydeł czujemy się jak paw bez ogona. Tej naszej Izery, i tego naszego CPK, i tego kanału przez Mierzeję – że o promach nie wspomnę – nie budujemy przecież, żeby nam służyły albo, żeby nas – nie daj Boże – bogaciły. My to budujemy dla naszej chwały, żeby nas duma rozpierała, żeby biało-czerwona nam w sercu łopotała. I jeszcze, żeby sobie, kurwa, Niemiec nie myślał…




