Akademia Pana Kleksa
Akademia Pana Kleksa, reżyseria: Maciej Kawulski
„Akademia Pana Kleksa” zarówno według powieści Jana Brzechwy jak i wizji Macieja Kawulskiego, w przeciwieństwie do wielkich fantastycznych epopei bazujących na odwiecznej walce dobra ze złem, chce być obrazem mądrym, a nawet praktycznym. Obok magicznych sztuczek znalazło się miejsce na prawdziwe emocje, empatię, szacunek i tolerancję. Ambroży Kleks nie jest już wszechmocnym magiem, a ekscentrycznym pedagogiem. Próbuje przekazać swoim podopiecznym, że najważniejsze w życiu są mądre wybory i uczciwość. Duże wrażenie zrobiła na mnie lekcja "ale-eliminacji", w której namawia, by każde „ale” zamieniać na „więc”. Sugestywne i mądre. Mocno wybrzmiała tez kwestia z jednej z finałowych scen, gdy Pan Kleks strofował Adę, by ta nie używała siły, a wiary w siebie. Zaskoczyła mnie scena, w której Mateusz odzyskuje ludzką postać i jako siwy starzec z żalem mówi: „myślałem, że mam całe życie przed sobą”. To już nie bajka, prawda?
Autorzy scenariusza – Krzysztof Gureczny i Agnieszka Kruk – potraktowali powieść Brzechwy z 1946 roku jedynie jako inspirację do stworzenia nowej historii. Postawili na krótkie, szybkie dialogi. Tempo i rytm akcji nie pozwalają na dłuższe pauzy, służące wgłębianiu się w aspekty merytoryczne. Znakomitą część tego, co można by było opowiedzieć, dzięki efektom specjalnym i nowym technologiom, po prostu pokazano. Trzeba zobaczyć gabinet chorych sprzętów i owe przedmioty pozostające w niedyspozycji, trzeba zobaczyć jadalnie z oknami na… dwie pory dnia – noc i dzień jednocześnie, albo zobaczyć latające wyspy rodem z Avatara czy czerwoną trawę.
Skoro teledysk to i muzyka. Ta jest jednym z równorzędnych bohaterów filmu. Wśród kompozytorów Mateusz Schmidt, Patryk Kumór, Dominic Buczkowski-Wojtaszek, wykorzystano także oryginalne kompozycje Andrzeja Korzyńskiego z pierwszej adaptacji powieści. To owszem, znane z oficjalnego soundtracku, utwory w gwiazdorskim wykonaniu, ale przede wszystkim świetna muzyka ilustracyjna.
Film Macieja Kawulskiego zachwyca stroną wizualną i muzyczną. Na równie wysokim poziomie jest casting. Tomasz Kot przyzwyczaił widzów, że każde z jego wcieleń to aktorska petarda. Nie inaczej jest tym razem. Obawiałem się przemiany Adasia Niezgódki w Adę. Dzięki znakomitemu aktorstwu Antoniny Litwiniak obawy uznaję za płonne. Cieszy udział w filmie Piotra Fronczewskiego, który wciela się w Doktora Paj-Chi-Wo. Epizod, oczywiście zagrany mistrzowsko, należy uznać za formę hołdu, ale też swoistą legitymację dla powrotu „Akademii...” po czterdziestu latach.
Danuta Stenka gra bezwzględną Królową Wilkusów. Aktorka „kradnie” praktycznie każdą scenę, w której się pojawia. Budzi autentyczną grozę i respekt, zarówno gdy mówi w wilkusowym języku (pyszny zabieg), kiedy warczy, albo zwyczajnie krzyczy. Nie wykorzystali swoich szans, albo nie mieli na to scenariuszowych możliwości, rodzicie filmowej Ady - Agnieszka Grochowska oraz Mateusz Król. Kreację Sebastiana Stankiewicza jako przemienionego w szpaka Księcia Mateusza zabrudził (dosłownie) scenariusz. Doceniam misterną charakteryzację, ale to zbyt mało by zyskać sympatię i uznanie widzów.
Bezpośrednio po premierze wielu widzów i krytyków oburzyło się formą nowej „Akademii…”. Doceniając rozmach produkcji i nie odmawiając jej wizualnej urody, zarzucili reżyserowi, że stworzył nie film, a teledysk. To zapytam: a czym była produkcja Krzysztofa Gradowskiego z 1983 roku jeśli nie wideoklipem, tyle że obecnie postrzeganym archaicznie, co oczywiście wynikało z ówczesnych możliwości technologicznych. Dorośli, którzy wychowali się na tym kultowym polsko-radzieckim obrazie, dziś by pobudzić wspomnienia potrzebują jedynie impulsu, a nie pełnowymiarowego powrotu do dość infantylnych treści.




