Pranie nierozwieszone, talerze niepozmywane, śmieci niewyniesione, pajęczyna zwisa niebezpiecznie nad głową – bo kurze nieodkurzone – a ty wciąż leżysz. Książka leży z Tobą, nieprzeczytana. Leżysz tak już od godziny. Pilot od telewizora w prawej ręce, komórka w lewej. Na jednym ekranie „1670”, a na drugim 543 – tyle do zapłacenia za prąd. Taki sms przyszedł. Leżysz. Leżysz i nie wiesz czy odpoczywasz, czy tylko tracisz czas.

Mój kolega P. nigdy nie leży. Może czasem siedzi. Ale jak siedzi, to w zasadzie stoi. A jak stoi to idzie, jak idzie to biegnie, jak biegnie to jest w trzech miejscach naraz, czyli wszędzie go pełno. No ale jeśli wszędzie go pełno, to może rozmienia się na drobne? Może poleżałby trochę, odpoczął, pomyślał, zastanowił się nad sobą: czy warto to tak? No warto, bo to nie dla siebie przecież. Jak dla innych to zawsze warto – odpowiada mój kolega P. – i pędzi dalej.

Wciąż leżysz na kanapie, ale już pająk nad głową ci nie przeszkadza, już nie wkurza cię kurz. Serial „1670” cię wkręcił. Patrzysz. Patrzysz i oczom nie wierzysz. Jak tak można? To da się tak? Jan Paweł kłóci się zawzięcie z sąsiadem Andrzejem już od 354 lat. A może i dłużej, bo pewnie wcześniej zaczęli. Może już za Mieszka. I tak cały czas, nieustannie, do dziś. W ogóle nie leżą tylko w zwarciu stoją. Może i by się ruszyli, ale po co. Jak mówi Jan Paweł – ale nie ten nasz, tylko Adamczewski z serialu – „wszystko, co mam, odziedziczyłem sam, a całą resztę osiągnąłem ciężką pracą własnych chłopów”.

Spór ma sens, kłótnia rzadko. Kłótnia to przejaw bezradności, słabości albo cynizmu. Spór może być konstruktywny i produktywny. Kłótnia co najwyżej może pełnić funkcję terapeutyczną. Szybko ucięta oczyszcza atmosferę. Ciągnięta w nieskończoność, wciąż eskalowana niszczy i pustoszy. Kłótnia to nie jest metoda rozwiązywania sporów. Ile by sensownych rzeczy mogło powstać, ile dobrych decyzji zapaść, gdyby te 460 naszych dziewczynek i chłopców potrafiło się spierać, ale nie kłócić.

Leżysz sobie na tej kanapie i myślisz. Jeśli myślisz to nie jest z tobą tak źle. Trzeba myśleć! – słyszałeś nieraz. Jeśli myślisz to nie patrzysz bezmyślnie w ekran. Nic gorszego niż bezmyślne patrzenie w ekran. No ale o czym ty myślisz? To nie bez znaczenia przecież, bo i o głupotach można myśleć, albo co gorsza o polityce. I czy ty sam myślisz, czy myśli same przychodzą ci do głowy. Jeśli one same przychodzą to jaka w tym twoja zasługa. Ale przecież z drugiej strony, jak komuś myśli „same przychodzą do głowy” to dobrze, bo to znaczy, że szybko i bez trudu przychodzą, czyli taki ktoś jest bystry.

543 złote za prąd to nie jest mało. Byłoby mniej, gdybyś solary na dachu zainstalował. A była dobra oferta, ale nie, ty wolałeś leżeć. Leżeć i czytać, albo bezmyślnie gapić się w ekran. Ja wolałem leżeć? Ja? W życiu! Umówiłem się przecież z firmą od solarów. Na dach się wdrapałem, po stromej drabinie się wdrapałem. Szczebelek po szczebelku, małymi kroczkami, metodycznie, cały czas w górę, prosto do celu, według reguł. To dach okazał się za mały, nie ja! Za mało miejsca na te solary. Ja do solarów nic nie mam, przeciwnie! Czy jest coś piękniejszego niż darmowa energia? Bierzesz ją sobie i masz.

Mój kolega J. solarów nie lubi, bo w nie nie wierzy, podobnie zresztą jak w wiatraki i w auta elektryczne. A nie wierzy, bo tylko leży i czyta. Czyta o tym, że te zmiany klimatyczne to ściema, że to nie człowiek wszystkiemu winien i nie paliwa kopalne. Czytanie jest dobre, ale nie zawsze. Może i mój kolega J. ma rację, może to wszystko spisek i głupota Brukseli, ale jednak więcej wynika z wiary w tych co wysyłają rakiety na księżyc, niż w tych, którzy kwestionują, że one tam doleciały.

Ta książka, co leży z Tobą na kanapie jest o nawykach. Napisał ją James Clear i dał tytuł „Atomowe nawyki”. Książka nie ma nic wspólnego z energią jądrową. Już prędzej z życiową. No bo co zrobisz bez energii do życia? Nic nie zrobisz. Ta książka mówi o tym, że sukces nie jest wynikiem pojedynczych, wielkich decyzji, lecz efektem małych, wydawałoby się nieistotnych decyzji – takich małych kroczków – które powtarzane regularnie, kumulują swoje efekty. Wystarczy zrozumieć mechanizmy tworzenia nawyków, aby móc skutecznie wprowadzać w życiu pozytywne zmiany. Łatwo przeczytać, trudno zrobić. Choć i przeczytać nie tak prosto, bo przecież książka wciąż leży w połowie nieprzeczytana.

Metod i technik podnoszenia produktywności jest bezlik. Wymienię kilka, których nazwy brzmią najpowabniej: Krzywa wydajności REFA, Efekt Piły, Metoda Trzos, Procedura OATS, Prawo Parkinsona, Metoda SMART, Metoda Salami, Zasada 1 + 3, czyli „choćby skały srały” (tak jest w oryginale), Metoda „Nie zerwij łańcucha”, Macierz Eisenhowera. Czuję, że gdyby chcieć wszystkie te koncepcje zgłębić, zajęłoby to tyle czasu, że nie starczyłoby go już na ich wdrożenie.

Dość prosta do zrozumienia jest metoda „Pomodoro”. 25 minut pracujesz, 5 minut odpoczywasz. Prosta, ale ekstremalna jest koncepcja „Monastic Focus”. Izolujesz się od świata i i robisz jedną rzecz na raz. Nieosiągalna dla mnie jest idea „Dress – up to motivate”, która zachęca do ubierania się elegancko nawet do pracy w domu, „aby psychicznie przygotować się do produktywnego dnia”. Wolę lustrzane odbicie tej idei. Metoda "Wear Same Clothes", inspirowana stylem życia Steva Jobsa, polega – jak czytam – „na noszeniu codziennie takiego samego ubrania w celu ograniczenia liczby codziennych decyzji”. Codziennie czarny golf. Czemu nie?

Pranie rozwieszone, talerze pozmywane, śmieci wyniesione, już po kątach nie wala się kurz. Telewizor wyłączony, komórka schowana, książka w ¾ przeczytana, żarówka wymieniona, śrubka wkręcona, kawa wypita, czarny golf wyprasowany, felieton napisany. W sumie to wystarczyło wstać z kanapy.