Isaac Bashevis Singer „Sztukmistrz z miasta Lublina”

reż. Jan Szurmiej, Teatr Polski w Szczecinie

 

To opowieść o losach lekkoducha Jaszy Mazura, utalentowanego artysty cyrkowego i przebiegłego życiowego (!) akrobaty i iluzjonisty. Obok zdobywania artystycznych umiejętności i sławy zdobywa też… kobiety. Pochłonięty beztroską lumpą nie zważa na nic ani na nikogo. Ucieka od żydowskich tradycji i religii, a swoimi występkami wyzywa Boga na osobliwy pojedynek. Kara nadejdzie, ale nie taka o jakiej myślał i nie w momencie, w którym się jej spodziewał…

To prosta przypowieść, która mówi o pewnym opamiętaniu albo odnalezieniu proporcji. Singer próbuje pokazać jak dobrze żyć. Singer, a za nim Szurmiej, dla zrozumienia istoty walki karnawału z postem, tworzą na scenie dwa światy. Pierwszy – obyczajowy pełen pożądania i egoizmu, drugi – przestrzeń sakralna w duchu judaistycznym. Nie ulega wątpliwości, że żydowskie rytuały są jednymi z najpiękniejszych pośród wszelkich religijnych uniesień, a Szurmiej zaproponował ich wręcz etnograficzną rekonstrukcję. W roli Kantora oglądałem znakomitego wokalistę jazzowego Marka Bałatę, którego wokalizy sprawiły, że sceny w synagodze przekroczyły granicę inscenizacji, stając się pełnoprawnym Misterium (w drugiej obsadzie Damian Aleksander).

„Sztukmistrz…” to spektakl muzyczny, nie mylić z musicalem. Są jednak momenty porywające, niemal musicalowe właśnie, ale niestety w większości scen zbiorowych reżyser potraktował zespół aktorski niczym chór w operze. Sprowadził postaci do symbolicznej obecności, do tworzenia sztucznego tłumu. Szkoda. Wyłuskujące się z tego tłumu postaci pierwszoplanowe to bardzo rzetelnie opracowane postaci i misternie przygotowane ich interpretacje. Znakomity w swoim rozmemłaniu jest Sławomir Kołakowski jako Wolski, menago Jaszy, wielce zabawną postać Hermana stworzył Michał Janicki. Świetne role, bez wyjątku zbudowały wszystkie wybranki tytułowego sztukmistrza. Każda inna, każda intrygująca, każda doskonała. Joanna Pasternak jako Estera (żona) pełna cierpliwości i bólu, znakomita Adrianna Szymańska (także muzycznie) jako Zewtel, wyniosła i dostojna Katarzyna Sadowska vel Emilia. Jest wreszcie Magda Joanny Mizgier – to bardzo dojrzała kreacja, pełna czułości i cierpienia. Trudne zadanie miała Natalie Brodzińska, która znakomicie poradziła sobie z rolą naiwnej dziewczynki, wystawionej na obrzydliwe erotyczne zapędy Jaszy. Skoro „Sztukmistrz…” to i sztuczki cyrkowe. To co zobaczyłem na scenie przeszło moje oczekiwania! Część zespołu zyskała prawdziwe cyrkowe umiejętności – od żonglerki, szczudeł, jazdy na monocyklu (odważny Piotr Bumaj!) czy liczne ekwilibrystyczne figury, po akrobatykę napowietrzną – m.in. chusta wertykalna czy trapez. Brawo! Brawo! Brawo!

Długo szukałem określenia na to co z postacią Jaszy zrobił Jakub Sokołowski. On powołał DANDYSA! Ośmielę się go nazwać nawet dandysem-dekadentem. On tak naprawdę przygląda się swojemu bohaterowi, tworzy nie jego karykaturę, ale wartość krytyczną bohatera, a także swojej epoki. Wspaniale przemyślana rola! Sokołowski zachwyca jeszcze sprawnością fizyczną i cyrkowymi umiejętnościami! Jakiejś nadprzyrodzone siły musiały czuwać nad aktorem, by w tak krótkim czasie nauczył się tak wielu cyrkowych sztuczek! Dość wspomnieć napowietrzne popisy akrobatyczne, sprawną żonglerkę, a wreszcie chodzenie na linie z zawiązanymi oczami! Tak! To się nazywa brawura!

Jest w spektaklu Szurmieja jeszcze jedna wybitna rola wybitna. Jej postać nie pojawia się na stronicach powieści Singera, a mowa o „dopisanej” Kataryniarce, w którą wciela się Dorota Chrulska. Aktorka pojawia się na scenie wielokrotnie śpiewając niczym mantrę fragmenty przepięknej pieśni „Oczy tej małej” (tekst Osieckiej, muzyka Koniecznego). Chrulska stworzyła najprawdziwszą aktorską i muzyczną perłę, która na długo pozostaje w pamięci widzów. Zjawiskowe, oniryczne i bezgranicznie piękne.

Autorka kostiumów Marta Hubko zaproponowała kostiumy wierne z modą okresu czasu akcji. Gdyby stanęły w gablotach muzeum etnograficznego, niczym nie różniłyby się od oryginałów. To dotyczy szczególnie rytualnych ubrań i elementów niezbędnych w religijnych obrzędach. Scenografia Wojciecha Jankowiaka i Marty Hubki to widowiskowa stalowa konstrukcja, której urody i lekkości dodają witraże. Wielopiętrowe rusztowania są ruchome, a struktura widowiska zmusza do niestannego powoływania kolejnych przestrzeni. Tak jakby reżyser nie chciał zaufać wyobraźni aktorów i przede wszystkim widzów, którzy mogliby przecież zgodzić się na pewną umowność. Rwie to rytm spektaklu niemiłosiernie, przeszkadza i niszczy atmosferę i sensy.

„Sztukmistrz z miasta Lublina” bez cienia wątpliwości będzie wielkim przebojem Teatru Polskiego w Szczecinie. Dotychczas każdy ze spektakli wieńczy owacja na stojąco. Jestem pewien, że tak będzie do czasu, gdy przedstawienie nie zejdzie z repertuaru. I oby stało się to możliwe późno, bo jest to rzecz nie tylko o wyjątkowej artystycznej urodzie, ale przede wszystkim wielkiej mądrości. Takiej życiowej.