„Giselle, tańcz!”

reż. Anna Obszańska Teatr Współczesny w Szczecinie

Tytułowa Giselle to bohaterka uchodzącego za arcydzieło romantycznego baletu z pierwszej połowy XIX wieku. Od momentu premiery stanowi wzorzec klasycznego baletu, w którym upowszechniono taniec na puentach. Przez tancerzy uznawany jest za piekielnie trudny, a rola Giselle to absolutnie najwyższe wyżyny baletowego fachu.

Anna Obszańska w swobodnej interpretacji oryginału na deskach Współczesnego bezkompromisowo portretuje świat baletu, obnażając jego prawdziwe, często skrywane przed widzem, oblicze. O tym, że zrobi to bez pudrowania świadczy już pierwsza scena, w której podczas niemiłosiernie długiej pauzy (wymowne!) oglądamy tancerki bezwładnie zawieszone na drążkach niczym… rzeźnicze mięso.

Droga na baletowy szczyt to przede wszystkim trening i niewyobrażalne wyrzeczenia. Doświadczyła tego sama reżyserka, o czym w nagraniu audio przyznaje w finale spektaklu, opowiadając o udarze, jakiego doświadczyła na początku kariery. Wciąż słyszała: tańcz do utraty tchu, tańcz ile sił, tańcz do pełnego zatracenia! To wyznanie przydaje jej realizacji poruszającej wiarygodności.

Dla jej scenicznej hybrydy baletu i teatru uknułem własną definicję tworząc pojęcie „baletu dramatycznego”. Rzecz wysnułem z aktorskich wcieleń, gdzie aktorzy dramatyczni, wsparci przez wytrawnych tancerzy, kapitalnie naśladują taneczne figury. Przy czym nie rezygnują z technik przynależnych kreowaniu spektaklu stricte dramatycznego. Co ciekawe, „Giselle...” nie pada zbyt wiele słów! To opowieść tańcem. Na jej strukturę składają się trzy przestrzenie. Podstawową jest casting do roli Gisselle. Drugą – malarskie, metaforyczne sekwencje winobrania zaczerpnięte z libretta oryginału, zaś trzecią… szpitalna sala. Brawo dla zespołu technicznego teatru, który w niemal niezauważony sposób powołuje wszystkie te światy i wprawia w ruch teatralną maszynerię! Nie ma tu wirtualnych cudów, a jedynie analogowa praca mięśni i techniczna kreatywność, szczególnie, że park technologiczny Współczesnego jest dość archaiczny.

Próby, a później casting, prowadzi zmanierowany i egzaltowany baletowy Mistrz. W tej roli przezabawny Arkadiusz Buszko. Trzeba zobaczyć go w niewiarygodnie pokrętnych (dosłownie) pozach i figurach, a przede wszystkim usłyszeć jego hmmm… francuski! Ta rola wymarzona dla znakomitego i wytrawnego autora ruchu scenicznego ((jak sam o sobie mówi Buszko - „ruchologa”). Chapeau bas dla Iwony Kowalskiej. Dojrzała aktorka zachwyciła nie tylko fizyczną sprawnością, ale też finezyjną kokieteryjnością i wielką odwagą w wymagających choreografiach. Świetnie wypadła Adrianna Janowska-Moniuszko, która dotychczas ewidentnie skrywała taneczne talenty, doprawiając je jeszcze niespotykanym skupieniem i zaangażowaniem w psychologicznej konstrukcji postaci. Jej tancerka wydaje się być... porcelanowa. Barbara Biel zdradziła swoje muzyczne talenty – z uczuciem i wyczuciem akompaniowała baletowym zmaganiom. Stawiające pierwsze kroki w zawodzie (i to na puentach!) aktorki – Maria Wójtowicz, Agnieszka Ferenc oraz Magdalena Malik – świetnie odnalazły się na pograniczu teatru dramatycznego i spektaklu baletowego. Każda stworzyła zupełnie inną postać, nie tylko pod względem charakteru, ale też osobliwych „systemów” pracy w tańcu. Adam Kuzycz-Berezowski otrzymał bardzo trudne zadanie – w wielu układach choreograficznych ma kluczową rolę, jako partner tancerek, umożliwiając im wykonanie trudnych figur. Nienadaremno ma na stopach baletki! Kacper Kujawa, zaskoczył żonglerką technik tanecznych i dramatycznych, a w wszystko w aurze przerysowanej egzaltacji. Świetny ruchowo aktor rozbawił publiczność do łez w jedynej w spektaklu scenie mówionej, w której w absolutnie niepodrabialnym stylu udało mu się w zaledwie kilka minut streścić libretto oryginalnej „Giselle”.

Spektakl Anny Obszańskiej zachwyca niesamowicie plastycznymi scenami. To nie tylko obrazy i figury „malowane” pięknem ciała, które taniec wydobywa. Wiele ze scen mogło by śmiało znaleźć się na malarskim płótnie, niektóre przywodzą na myśl słynną „Czerwoną winnicę w Arles” Vincenta van Gogha. W tym miejscu wyrazy uznania dla Aleksandra Prowalińskiego za reżyserię świateł. Kostiumy Mateusza Jagodzińskiego stanowią przekrój albo wypadkową stroju baletnicy na przestrzeni wieków. W finałowych scenach spektaklu projektant jednak totalnie odlatuje! Jego „medyczne” kostiumy – blistry, igły, wenflony – mogłyby trafić na wystawę sztuki aktualnej vel konceptualnej i zająć wysokie miejsce w kategorii „dzieła kontrowersyjne”. Małgorzata Penkalla, autorka muzyki osiągnęła pełne zespolenie kompozycji i dźwięków z akcją. Jej ilustracje zlewają się z tańcem i aktorskimi działaniami. Jedno wynika z drugiego.

W popremierowych rozmowach słyszałem, że „Giselle, tańcz!” ma charakter uniwersalny, że zamiast tancerza można tu podstawić dowolną figurę - wyczerpanego i zawodowo wypalonego pracownika korpo, sportowca, krawcową, spawacza, marynarza, sprzątaczkę, kasjerkę z dyskontu, a nawet hydraulika. Możliwe. Jednak wolę pozostać przy świecie baletu. Reżyserce znakomicie udało się sportretować specyfikę tego środowiska, jego wymagania, wyzwania, fanaberię i kurestwa. Nie będzie tego w żadnym innym świecie, nawet przystojnych i namiętnych hydraulików.

 

Prestiż  
Czerwiec 2024