Recenzje teatralne

Claus Flygare, Thomas Vinterberg „Na rauszu”

 

Teatr Współczesny w Szczecinie

Film „Na rauszu” w reżyserii Tobiasa Lindholma miał premierę w samym środku pandemii (2020/2021). Produkcja odniosła wielki sukces, zdobyła wiele prestiżowych nagród (m.in. Europejska Nagroda Filmowa, BAFTA, Cezar, Goya), a nawet polskiego Orła za najlepszy film europejski. Jest także laureatem Oscara za najlepszy film międzynarodowy. Równolegle wydano sceniczną adaptację scenariusza, której dokonał Claus Flygare, uznany duński aktor i autor tekstów. Flygare zachował jedynie czterech głównych bohaterów, wyciął pozostałe postaci oraz ujednolicił czas i miejsce gry. Czy udało mu się stworzyć porywające liryczne panaceum na wszystkie kryzysy męskiego wieku średniego?

Zdziwiłem się, gdy spojrzałem na obsadę spektaklu i zobaczyłem tylko cztery nazwiska. Jednocześnie pomyślałem, że pozwoli to na stworzenie głębokich rysów psychologicznych postaci. Niestety pomyliłem się. Ani Flygare ani szczecińskim aktorom nie udało się wnikliwe zajrzeć w dusze bohaterów. Sceniczni bohaterowie chcą bardziej bawić publiczność, a nie mówić poważnie o poważnym problemie. Coś złego wydarzyło się w tej zmianie atmosfery. Film Vinterberga był mroczny i niepokojący, w teatrze tego zabrakło. Nie zobaczymy na scenie partnerek ani dzieci bohaterów, nie będzie ciał pedagogicznych, rodziców i wreszcie uczniów. Jednak ich nieobecność została rozwiązana „sprytnie” – kontakt z pozostałymi bohaterami zapewniają nowoczesne środki telekomunikacyjne, a w rolę uczniów „wciela” się… publiczność. Interakcje z widzownią są faktycznie świetnie animowane, ale niestety to one szkodzą wspominanej atmosferze. Nie odmówię atrakcyjności interakcyjnej lekcji muzyki Petera czy zabawie monstrualnymi piłkami na WF-ie z Tommym, tylko, że bliżej im do działań znanych z projektów impro czy stand-up’ów.

Robotę robi scenografia i kreatywne rekwizyty Agnieszki Miluniec i Macieja Osmyckiego. To skrzynie–siedziska mogące zmieniać swoje przeznaczenie (np. stają się barkiem) czy ażurowe parawany stylizowane na drabinki gimnastyczne, których położenie „zmienia” przestrzeń. Świetne są świecące kubki, które stają się latarkami, mikrofonami, albo… ogniskiem. Rewelacyjne wybrzmiewa scena imprezy z alkoholem pitym przez świetliste rurki – to scena rodem z dionizyjskiego szału. Sceniczny horyzont stanowi monumentalny abstrakcyjny wzór, będący egzemplifikacją stanu alkoholowego upojenia. Jego intensywna (krzykliwa) forma i kolorystyka, choć intrygująca i piękna, jest właśnie jednym z tych elementów, które odbierają spektaklowi aury niepokoju. Rewelacyjnie w temat i konwencję spektaklu wpisał swoją muzykę Marcin Macuk. To dynamiczne, elektroniczne dźwięki, podkreślające niepokojącą treść. Macuk z wyczuciem buduje muzyczną atmosferę poszczególnych scen – kiedy trzeba na wysokim tempie, kiedy indziej proponując melancholijne lub drażniące tematy. Warto wspomnieć, że Macuk, muzyk i kompozytor znany z Pogodna, HEY’a, czy solowych projektów Nosowskiej jest szczecinianinem!

Arkadiusz Buszko, Paweł Niczewski, Konrad Pawicki oraz Wojciech Sandach stworzyli zgrany i dopasowany sceniczny kwartet. Mogę jedynie domyślać się, jak wyglądała praca nad spektaklem, ale jej efektem jest widoczne bezgraniczne wręcz wzajemne zaufanie twórców. Buszko jak nauczyciel muzyki Peter to kreacja pełnokrwista. Trzeba zobaczyć, jak zmienia się dynamika gestów jego bohatera pod wpływem alkoholu. Paweł Niczewski w przeciwieństwie do filmowego pierwowzoru stworzył postać powściągliwą i bardzo serio. Jego Mikołaj wydaje się nieco jednowymiarowy, a przy tym zbyt poważny i rozsądny, jak na pomysłodawcę szalonego eksperymentu. Konrad Pawicki przysposobił swojego Martina w olbrzymie pokłady czułości, czyniąc go także pozornie racjonalnym i odpowiedzialnym. Te cechy skonfrontowane z siłą alkoholu pozwoliły na zbudowanie ciekawej postaci, a w szerszym wymiarze pomogły zrozumieć niebezpieczeństwa. Bardzo dobra rola! Tommy Wojciecha Sandacha jak na nauczyciela WF-u nie zdradza zbytniej dynamiki, nie tylko ruchu... To dobrze skrojona figura, świetnie kamuflująca słabości, prowadzące do finałowej tragedii.

Przekornie i przewrotnie jednocześnie alkohol w „Na rauszu” nie jest sednem. To jedynie papierek lakmusowy, który intensywnie zabarwia i pozwala wyraźnie zobaczyć inne problemy: samotność, depresję, zagubienie, wypalenie zawodowe, brak samoakceptacji, kryzysy wieku średniego itp. Kac można mieć nie tylko po alkoholu…

 

Prestiż  
Styczeń 2025