Dwaj kuzyni, Amerykanie żydowskiego pochodzenia, po śmierci babki wyruszają w podróż do jej rodzinnego Krasnegostawu, miasteczka na wschodzie Polski. Zgodnie z wolą przodkini zawartej w testamencie (i przez nieboszczkę sfinansowaną) mają także poznać tragiczne losy żydów w trakcie wojny. Zanim staną przed drzwi rodzinnego domu babci zobaczą przejmujące symbole warszawskiego getta oraz Majdanek pod Lublinem.

To zarówno scenariusz reżyserskiego debiutu Jessiego Eisenberga, który dotychczas dał się poznać jako aktor, ale także fakty z losów jego rodziny. Dziadkowie pochodzili z Krasnegostawu, jednak powojenne perturbacje przygnały ich do… Szczecina. Sam Eisenberg urodził się już po wojnie w Stanach Zjednoczonych, ale często wracał do rodziny, która pozostała w Polsce. To właśnie w szczecińskim domu ukochanych dziadków jako mały chłopak spędzał niemal każde lato.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że „Prawdziwy ból” obliczony był na kameralną niezależną produkcję, taką do festiwalowego pokazywania i zdobywania nagród, na rzecz budowania kapitału i podwalin pod przyszłe produkcji. Przez przypadek, dzięki sławie odtwórców głównych ról, wszedł do mainstreamu. To kino rzetelne, ale… nieopierzone. W wielu przypadkach taka „świeżość” bywa atutem, tutaj niestety nie. Widać to w realizacyjnych i narracyjnych potknięciach i błędach.

Aktorski duet Jessie Eisenberg (David Kaplan) oraz Kieran Culkin (Benjamin Kaplan) dobrze uzupełniają się na ekranie, ale do brawury im daleko. Ich postaci zostały pomyślane jakie totalny kontrapunkt – cechy charakteru jednego pokazują brak tożsamych u drugiego i odwrotnie – to czego nie ma jeden, wyraźnie posiada drugi. Niestety konsekwentne powtarzanie tego kontrastowania sprawia, że staje się to zbyt przewidywalne i naiwne. Owszem kuzyni są wiarygodni, kiedy trzeba zabawni, kiedy indziej nastrojowi, ale to zbyt płaskie postaci, by roztoczyć nad ich konstrukcją feerie zachwytów. Nie rozumiem Oscara dla Culkina, jego Benjamin nie jest rolą w jakiś sposób skończoną, nie posiadającą psychicznej głębi, którą teoretycznie zakładał scenariusz Eisenberga. Dystans do swojego dotychczasowego emploi (Eisenberg – Mark Zuckerberg w „The Social Network” / Culkin – Roman Roy w serialu „Sukcesja”), który ewidentnie towarzyszył pomysłowi na ten duet to zbyt mało. Pozostali bohaterowie – uczestnicy zorganizowanej wycieczki – stanowią jedynie tło dla napięć między Davidem a Benjaminem. Szkoda.

Przedziwna rzecz zdarza się w przestrzeni wizualnej. Autor zdjęć Michał Dymek (także „Dziewczyna z igłą”) sportretował współczesną Polskę w osobliwy sposób, tak jakby rzecz działa się w głębokich latach ’90 XX wieku. Mowa o kadrach, ich barwie i atmosferze. Jedynym miejscem, które wskazuje na XXI wiek jest Okęcie. Warszawski Hotel (chyba Victoria) wygląda jak dewizowa oaza wśród szarej komuny, znana z wielu starych komedii. Stołeczne dzielnice Wola i Muranów, po których spacerują bohaterowie, także przypomina beztroskie (sic!) lata ’90. Nie inaczej pokazano Lublin czy Krasnystaw. Okazało się też, że jeździmy kanciastymi autami sprzed kilku dekad, a wszyscy kierowcy, strażnicy i przedstawiciele jakichkolwiek służb mają gęste wąsy. Jednak pomysł na pokazywanie socmodernistycznych tworów na miejscu historycznych żydowskich gmachów uważam za znakomity i symboliczny (wymowny?).

To, że tytułowy „Prawdziwy ból” musi doskwierać zupełnie gdzie indziej, nie stanowi spoilerowania. To chyba oczywiste. Jednak zestawienie holocaustu z bolączkami choćby najbardziej wymagających problemów współczesności, to może nie nadużycie, ale nieproporcjonalne zderzenie. Szukanie winy niestabilności psychicznej bohaterów w traumatycznej przeszłości – podobnie. Mam świadomość, że Eisenberg chciał stworzyć film uniwersalny, stanowiący rzetelny portret dzisiejszych emocji. Rodzinna historia miała wyzwolić śmiałość i obnażyć prawdziwe oblicza bohaterów. Jednak myślę, że analiza wojennych traum powinna dziś prowadzić zupełnie gdzieś indziej. Szczególnie, że z Krasnegostawu czy Lublina do Ukrainy już blisko…