„Piękna i Bestia"

tekst, reżyseria, światło: Paweł Paszta

Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie

„Piękna i bestia” to ludowa baśń o wciąż nieokreślonej proweniencji. Niektórzy inspiracji dla bajki szukają w pochodzącej z II wieku opowieści Apulejusza o „Kupidynie i Psyche”, a inni wskazują na autentyczną historię Pedro Gonsalvusa, osobliwego dworzanina francuskich władców. Zwany był „małpoludem”, ponieważ miał nieprawidłowy wzrost włosów spowodowany rzadką chorobą hipertrichosis.

Popularność bajce zapewnia sprytna hybryda fantastycznego romansu dla dorosłych i dydaktycznej opowieści dla dzieci. Są też tacy, którzy wskazują jej rolę w edukacji ówczesnych dam dworu w obliczu aranżowanych małżeństw.

Wątpliwości związane z pochodzeniem baśni oraz dziesiątki jej wersji filmowych czy literackich otwierają interpretatorom drogę do dowolności. Niezła pokusa, co? To jednocześnie spora trudność, bo o nieświadome powtórzenie przy takiej skali interpretacji bardzo łatwo. Reżyser Paweł Paszta pozostał wierny pierwotnemu zapisowi baśni, ale subtelnie go oprawił własnymi pomysłami. Zdecydował się więc na pewne „uzupełnienia” ewidentnie inspirowane popularnymi filmami. To choćby obecność Tymoteusza – gadającej Myszy, konia – również władającego ludzkim językiem, albo złych sióstr Belli rodem z „Kopciuszka”. Nie zakłóciło to jednak merytorycznej ani formalnej strony spektaklu.

Paszta znacznie rozwinął wątek miłości i tęsknoty Belli do ojca, wskazując na wagę rodzinnych więzi. To cenne! Próbował opowiedzieć młodym widzom o szlachetności dojrzewania. Wymownie sportretował zmianę życiowych postaw bohaterki – racjonalizacja światopoglądu, odwaga, a przede wszystkim pewność siebie. To bardzo cenne! Do absolutnego, ale bardzo czytelnego minimum sprowadził dylematy Belli względem „bestiowości” Bestii. Łatwo można było w tym odczytać komunikaty o równości, tolerancji i szacunku. To bezcenne!

Spektakl urzeka… malarskością. Co ciekawe efekty wizualne reżyser osiągnął przy zaskakująco skromnych środkach i kreatywnym wykorzystaniu podstawowych funkcji parku technicznego teatru. Tło akcji stanowiły dwa ogrody – w domu Belli oraz w zamku Bestii. Symbolizowały je opuszczane na sztankietach ażurowe tkaniny, w które wkomponowano roślinne motywy. Całość nawiązywała do monumentalnego malarstwa barokowego, widać też było inspiracje martwymi naturami znanymi z płócien artystów flamandzkich czy holenderskich. Piękny jest kipiący zdobną zastawą stół w zamku Bestii, jakby wyjęty z XVI-wiecznych obrazów. Autorką scenografii jest Ewelina Brudnicka. Brawo!

Na osobną uwagę zasługują lalki inspirowane japońską techniką Bunraku autorstwa Márii Bačovej. Spore figury (2/3 ludzkiej postaci) zachwycały misternością wykonania oraz kostiumami (znów Brudnicka). Intrygowała forma, ale również sposoby animacji. Duże lalki prowadziły aż trzy osoby. Obok głównych bohaterów widzieliśmy także rozmaite strachy (wilki albo diabły), nietoperze czy wróżkę. Te figury znajdowały się na długich sprężystych kijach (à la wędki). Ich powietrzne akrobatyka przydawała spektaklowi nie tylko urody, ale też pewnej magii czy baśniowości.

„Piękna i Bestia” w Teatrze Lalek „Pleciuga” to bez wyjątku bardzo dobre kreacje aktorskie. W postać Bestii wcielił się Krzysztof Tarasiuk, a Bellę sportretowała Marta Łągiewka. Głównym bohaterom Paszta odebrał bajkową lekkość, proponując odtwarzającym ich aktorom ciekawy eksperyment. Aktorzy nie próbowali infantylnie postaciować, nie próbowali przypodobać się młodym widzom –Tarasiuk nie stworzył strasznie strasznego potwora, a Łągiewka nie próbowała być małą dziewczynką. Oboje zaproponowali dojrzałe, przemyślane kreacje o wyrazistych charakterach. Tak jakby opowiadali o swoich bohaterach z pewnego dystansu, gwarantującego rzetelne ukazanie charakterów postaci. Pozostali otrzymali nieco inne zadanie: ową bajkę wypełnić lekkością i fantazją. Wypełnili wspaniale!

Na wielie brawa zasługuje muzyka Tomasza Jakuba Opałki. Dawno nie było w „Pleciudze” tak brawurowych songów – kompozytorsko, aranżacyjne, a przede wszystkim wykonawczo. Tu znów odwołanie to „antyinfantylnych” gwarancji Pawła Paszty, bo muzyka Opałki jest także bardzo „dorosła”, bez oglądania się na artystyczne sympatie dzieciaków. Nawiązuje do barokowej atmosfery świata wykreowanego przez reżysera. Monumentalne pieśni zachwycają melodyjnością oraz wyważonym… patetyzmem czy monumentalnością. Do tego dochodzi brawurowe wykonanie, przygotowane pod czujnym okiem (uchem?) Sandry Jakubowskiej.

Jest także jeden zgrzyt. Otóż z dużą pewnością praca Paszty nie jest adresowana do dzieciaków w wieku od 4 lat. To zdecydowanie za mało. To propozycja dla znacznie starszych dzieciaków. Proszę pleciugowych decydentów o rozważną weryfikację.

 

Prestiż  
Lipiec 2025