Szczecińskie losy Karola Strasburgera

Karola Strasburgera znakomitego aktora filmowego(m.in. „Polskie drogi”, „Wielki Szu”, „Agent nr 1”, „Karino” czy serial „Noce i dnie” w którym w kultowej scenie brodził w stawie i zrywał nenufary) oraz teatralnego a także prezentera telewizyjnej „Familiady” nikomu w Polsce przedstawiać nie trzeba. Ale niewiele osób pewnie wie, że zanim zaczął studia w szkole aktorskiej „zaliczył” kilka miesięcy nauki w szczecińskiej Państwowej Szkole Morskiej, przekształconej później w Wyższą Szkołę Morską (teraz Politechnika Morska). Jak wspomina ten okres (połowa lat 60. ubiegłego wieku), dlaczego wybrał akurat tę uczelnię, jak zapamiętał miasto i jego klimat, przed czym przestrzegał go oraz jego kolegów dyrektor szkoły oraz co spowodowało, że się z nią rozstał Karol Strasburger wspomina specjalnie dla Magazynu Prestiż Szczecin.

Jak tu się stało, że młody chłopak, prosto z Warszawy, nagle pojawia się Szczecinie i rozpoczyna naukę w Szkole Morskiej ?

Kończyłem szkołę średnią, zdałem maturę. I w tym momencie pojawia się ten największy problem – co ze sobą dalej zrobić? Gdzie pójść? Jaki uczelnię wybrać? Jakie mamy zainteresowania? Jako młodzi ludzie przeważnie błądzimy, nie bardzo wiemy do końca w którym kierunku pójść dalej. I mnie to także spotkało. Nie bardzo wiedziałem co dalej ze sobą zrobić. Interesowałem się matematykę, fizyką, sportem. Pochodziłem z rodziny żeglarskiej i również moi znajomi tym się interesowali, startowali w zawodach żeglarskich. Mój kolega był Mistrzem Świata Kadetów. Troszkę z nim startowałem, jako załogant. To jeszcze były te czasy, kiedy po Wiśle pływało się żaglówkami. Tak więc żeglarstwo było mi bliskie. Aczkolwiek, jak się okazało, pływanie po morzach z żeglarstwem, ma niewiele wspólnego. W każdym razie ten bakcyl pływania, podróżowania tak się we mnie gdzieś zakorzenił. A był to czas, połowa lat 60. ubiegłego wieku, kiedy wyjazdy za granicę były bardzo trudne, wręcz niemożliwe i nieosiągalne. Do tego doszła wizja, że jak się nie dostanę do jakiejś szkoły, to pójdę do wojska. A wtedy jak ktoś nie kontynuował nauki, no to brali go „w kamasze”. Pojawiło się jednak realne rozwiązanie uniknięcia tego wszystkiego – można to było połączyć nauką w Państwowej Szkole Morskiej w Szczecinie. To był bardzo dobry pomysł – można było od razu wyjechać za granicę oraz nie iść do wojska, bo w PSM były obowiązkowe zajęcia wojskowe, ale w takiej bardziej ograniczonej formie. Poza tym nauka w niej trwała trzy lata, a nie pięć jak na innych kierunkach. Z tego rok pływa się po świecie, można mieć dziewczyny w każdym porcie, no żyć nie umierać. Zdecydowałem się więc na tę uczelnię.

A dlaczego wybrał Pan naukę w Szczecinie, a nie na przykład w PSM w Trójmieście?

Nie wiem. Nie mam pojęcia. Był jakiś wybór, ale minęło tyle lat, że nie pamiętam dlaczego. Może szkoła szczecińska wydawała mi się silniejszym ośrodkiem, że była bardziej zaawansowana... Nie wiem. Coś w tym było. Ale poszedłem do Szczecina i tyle. Od razu trafiłem na tzw. rejs kandydacki na żaglowcu „Dar Pomorza”. To była ostra szkoła życia, zupełnie inny kontakt z morzem niż do tej pory, nie zawsze fajny. Przyznam, że ta „kandydatka” to dawała nam popalić. A to był jeszcze okres przed szkołą, trzeba było jeszcze zdać egzamin. Kandydacki rejs dawał jakby szansę, żeby się do niej dostać. To był taki sprawdzian czy człowiek się nadaje, czy nie.

Płynęliście po Bałtyku, czy gdzieś dalej?

To był rejs po Bałtyku. Komendantem „Daru Pomorza” był wtedy kpt. ż.w. Kazimierz Jurkiewicz. Pamiętam, imponował nam, rzadko się pojawiał. W trakcie rejsu dostaliśmy mocno w kość, dużo wymagających zajęć, dużo pracy, dali nam jakieś za małe mundury, ogolili nas na łyso. To był taki trudny czas, przejścia ze szkoły maturalnej, spod mamusinej rączki, takiej ciepłej i bardzo miłej… i nagle wpada człowiek w takie ostre życie. Zresztą sam Szczecin powiedziałbym, w ogóle był wtedy taką kolebką troszkę takiego życia balansującego na pewnej granicy. Sławna Kaskada, gdzie się spotykało dziwne towarzystwo, półświatek, panienki lekkich obyczaju, biznesy różnego rodzaju, jakieś handle.

Miał Pan czas, żeby bywać w Kaskadzie ?

No a jak inaczej ? Marynarz z PSM musiał się tam pojawiać, to było oczywiste. Padało wśród nas hasło: „idziemy do Kaskady” i ruszaliśmy. Wiadoma przecież prawda – marynarze to jest inny świat, posmak wielkiego Zachodu, wyjazdy, opowieści o innych krajach, jak się pływa gdzieś po morzach, kogo spotykało, co widziało, ale także czym trzeba handlować. Pamiętam np. modna była „Przemysławka” (jedna z najstarszych wód kolońskich na polskim rynku, okresie PRL była jednym z najpopularniejszych męskich zapachów – przyp. red.), którą się chętnie handlowało, płaszcze ortalionowe, jakieś rajstopy… Tego nie było w Polsce i tym wszystkim ludzie pływający handlowali i dość dobrze z tego żyli. Można więc było poznać świat, a przy okazji zarobić. Marynarka, pływanie, to był świetny pomysł. Tylko, że ja zapomniałam o jednym, że nie lubię jak huśta. Poza tym to całe towarzystwo i ten cały świat, który z żeglarstwem nie miał w ogóle nic wspólnego okazał się być dla mnie dość nieprzyjazny. Nie najlepiej się czułem w tej trochę samotności, w takich oddaleniach od domu, od rodziny. Marynarze wypływali gdzieś w daleki świat, kobiety – żony, narzeczone zostawały, płakały albo ich rzucały. To nie było fajne, nie leży to w mojej naturze. Marynarz, to taki trochę samotnik, człowiek, który jednak ciągle jest gdzieś poza domem. Ale trzeba było to poznać, nauczyć się pewnych rzeczy na swoich błędach, żeby zrozumieć, że to nie jest to, że to nie dla mnie. Ale to była jednak przygoda – spotkanie z morzem, z „Darem Pomorza”, z całym tym towarzystwem, z pływaniem, z poznaniem trochę tego ówczesnego środowiska Szczecina. Ale to był inny Szczecin, kompletnie inne czasy.

Jak Pan zapamiętał miasto?

Trzeba pamiętać o jednej rzeczy. Byłem w szkole morskiej, mnóstwo czasu spędzałem na zajęciach, było dużo nauki. To nie było tak, że mieliśmy dużo czasu, żeby chodzić sobie po sklepach, oglądać miasto. Mieszkaliśmy w akademiku, człowiek żył nauką i zajęciami od rana do wieczora. Owszem, czasami gdzieś się wychodziło wieczorem, choćby właśnie do Kaskady, albo łaziło się gdzieś po jakichś lokalach, żeby tego nocnego życia trochę doświadczyć. Starsi koledzy sugerowali, że młody marynarz musi mieć jakąś swoją narzeczoną, mieć jakąś bazę. No więc te nasze dziewczyny z którymi byliśmy do tej pory gdzieś poszły w zapomnienie, młodzi ludzie szukali nowych znajomości na szczecińskim rynku. Ale pamiętam też, że dyrektor szkoły zawsze przestrzegał nas, żebyśmy uważali, żebyśmy nie wpadli w jakieś podejrzane związki, bo panienki lekkich obyczajów tylko czatują na marynarzy. Takiego nie ma w domu, przywozi tylko kasę i znowu go nie ma. Świetny układ dla niektórych kobiet, żeby żyć jak się chce. W każdym razie nie poznałem całego Szczecina, raczej tak wybiórczo. Podobnie jak teraz, gdy przyjeżdżam tutaj na turniej tenisowy. Człowiek ma wtedy cały dzień zajęty, jesteśmy na kortach, intensywnie gramy, nie ma czasu na rozrywkę. Dla nas ten wolny czas, te bankiety, te rozrywki są już naprawdę bardzo odległe. Trzeba odpocząć, bo następnego dnia znowu gramy. Niektórzy mają może więcej zdrowia i mniej lat, to może po nocy gdzieś tam łażą po klubach.

Szczecińska PSM była ciężką szkołą?

O tak. Miała trudne zajęcia. Byłem na nawigacji, wtedy nie było GPS, musieliśmy się uczyć szukania pozycji statków według gwiazd na różnych urządzeniach, znajomość orientacji na mapie, jak sprawdzić dno żeby nie wpaść na jakoś mieliznę, prądy, nie prądy, bezpieczeństwo, odpowiedzialność. To były rzeczy kompletnie nowe dla młodego chłopaka, naprawdę skomplikowane. Poza tym, uprawiałem wtedy wyczynowo sport – gimnastykę. Jak więc miałem wolną chwilę, to chodziłem jeszcze na treningi. Łączenie tego wszystkiego było więc bardzo trudne – pewnego rodzaju taka skomplikowana szkoła życia dla młodego człowieka, nieopierzonego chłopaka, który nagle trafia w miejsca, w których nigdy nie bywał, problemy z dziewczynami, samotność, która się pojawia, poznawanie zupełnie innych ludzi, z innych środowisk, całe dnie zajęcia…Do tego wojskowy dryl w szkole, trzeba było rano wstawać i krzesełkiem ścielić łóżeczko, żeby było idealnie, różnego rodzaju zbiórki, poranna służba wojskowa. Nie było łatwo.

Długo Pan wytrzymał?

Jeden semestr.

Jeden semestr?

Tak, jeden i stwierdziłem, że to wszystko to jednak jest niekoniecznie dla mnie. Tym bardziej, że tym czasie poznałem dziewczynę, która akurat zdawała do szkoły teatralnej. Trochę zaczęła mnie namawiać na ten kierunek studiów, trochę zacząłem tęsknić, żeby być razem z nią w Warszawie, a nie w Szczecinie i tak dalej.

Wszystko to skłoniło mnie do podjęcia decyzji. Pamiętam moje wyjście ze szkoły. Spakowałem manele, a za dużo tego nie było i ruszyłem do wyjścia. Ten, który miał tam służbę pyta: „A Ty dokąd idziesz ? Masz przepustkę?”. A trzeba ją było mieć, żeby wyjść ze szkoły. Mówię więc: „Nie mam przepustki, ale idę i już tu nie wracam, do widzenia”.

Nie ścigali Pana?

Nie, wtedy można było się tak wycofać.

Był Pan potem jeszcze w siedzibie szkoły na Wałach Chrobrego?

Zaglądałem kiedyś, wisiały nazwiska mojego rocznika. Ale potem już nie byłem, nie miałem czasu. Jak jestem w Szczecinie, a to zazwyczaj przy okazji turnieju, siedzę na kortach, gram i nie chodzę po mieście.

Prestiż  
Styczeń 2026