Piękny uśmiech to bieg długodystansowy

W gabinecie – skupiony, precyzyjny i uważny. Na trasie – wytrwały, systematyczny i zorientowany na cel. Lek. dent. Tomasz Zając z Białej Szuflady od lat łączy dwa światy, które (choć pozornie odległe) w jego codzienności doskonale się uzupełniają. Maratony, w których bierze udział na całym świecie, są nie tylko sportową pasją, ale także metaforą podejścia do leczenia: spokojnego, konsekwentnego i opartego na zaufaniu.

Tomasz Zając zajmuje się przede wszystkim chirurgią, protetyką i leczeniem zachowawczym. Zapytaliśmy go o to, co łączy fotel dentystyczny z linią startu, jak bieganie pomaga zrozumieć potrzeby pacjentów i dlaczego nazwisko… czasem zobowiązuje.

Na co dzień pracuje Pan w gabinecie, po godzinach biega Pan maratony na całym świecie. Skąd wzięła się ta potrzeba długiego dystansu w pracy i w sporcie?

To ciekawe, ale w obu tych światach – stomatologii i bieganiu długodystansowym – pociąga mnie dokładnie to samo: konsekwencja, cierpliwość i myślenie długofalowe. W gabinecie pracuję z precyzją, często przez wiele godzin, skupiając się na detalach i na efekcie, który nie zawsze widać od razu, ale ma ogromne znaczenie w przyszłości. Maraton jest bardzo podobny – to nie sprint, tylko umiejętność rozłożenia sił, słuchania organizmu i zaufania procesowi treningowemu. Myślę, że potrzeba długiego dystansu wzięła się u mnie z charakteru: lubię wyzwania, które wymagają systematyczności i odporności psychicznej. Bieganie daje mi równowagę po pracy, a praca uczy mnie spokoju i koncentracji, które potem procentują na trasie maratonu.

Chirurgia, protetyka, leczenie zachowawcze to dziedziny wymagające sporej koncentracji. Czy bieganie jest dla Pana sposobem na odreagowanie, czy raczej kolejnym wyzwaniem do „przepracowania”?

Zdecydowanie jedno i drugie, ale w różnych proporcjach, zależnie od momentu. Na co dzień bieganie jest dla mnie przede wszystkim formą odreagowania – po kilku godzinach intensywnej koncentracji w gabinecie możliwość wyjścia na trening, złapania rytmu oddechu i „przewietrzenia głowy” jest bezcenna. To czas, w którym porządkują się myśli i spada napięcie. Z drugiej strony, kiedy przygotowuję się do maratonu, bieganie staje się również kolejnym wyzwaniem do przepracowania, bardzo świadomym i zaplanowanym. Analizuję trening, reaguję na sygnały organizmu, dbam o regenerację – podobnie jak w pracy klinicznej, gdzie każdy etap leczenia ma znaczenie. Myślę, że właśnie ta dwutorowość jest kluczowa: bieganie pozwala mi odpocząć psychicznie, ale jednocześnie daje satysfakcję z realizacji długoterminowego celu.

 

Wielu pacjentów boi się długiego, wieloetapowego leczenia. Czy doświadczenie maratończyka pomaga Panu tłumaczyć im, że nie wszystko da się zrobić „na skróty”?

Zdecydowanie tak. Bardzo często odwołuję się do analogii z bieganiem, bo jest ona intuicyjna i łatwa do zrozumienia. Maratonu nie da się przebiec bez przygotowania, skracając trasę albo pomijając etapy treningu – każda taka próba kończy się kontuzją albo porażką. W leczeniu stomatologicznym jest podobnie: żeby osiągnąć trwały, bezpieczny efekt, trzeba przejść przez wszystkie zaplanowane etapy, czasem rozłożone w czasie. Doświadczenie maratończyka uczy mnie też cierpliwości i empatii. Rozumiem, że pacjent może się obawiać długiego procesu, dlatego staram się jasno tłumaczyć, co i dlaczego robimy, jakie są kolejne „kilometry” leczenia i jaki jest cel na mecie. Kiedy pacjent widzi sens drogi, a nie tylko jej długość, znacznie łatwiej jest mu zaufać i spokojnie przez ten proces przejść.

W Białej Szufladzie dużo mówi się o spokojnym, przemyślanym podejściu do leczenia. Jak Pan to rozumie w swojej codziennej pracy z pacjentami?

Dla mnie spokojne, przemyślane podejście do leczenia oznacza przede wszystkim brak pośpiechu – zarówno w planowaniu, jak i w samym działaniu. Każdy pacjent ma inną historię, potrzeby i obawy, dlatego zaczynam od dokładnej diagnostyki i rozmowy, a dopiero potem proponuję konkretne rozwiązania. Nie chodzi o to, żeby zrobić „jak najszybciej”, tylko „jak najlepiej” i najbezpieczniej w długiej perspektywie. W codziennej pracy bardzo dbam o atmosferę spokoju w gabinecie. Tłumaczę kolejne etapy leczenia, daję pacjentowi czas na zadanie pytań i oswojenie się z planem. Tak jak w bieganiu – odpowiednie tempo i świadomość celu są kluczowe. Leczenie staje się procesem, który pacjent rozumie i współtworzy, a nie źródłem stresu czy presji.

Ma Pan za sobą setki kilometrów przebiegniętych na trasach maratonów i setki godzin spędzonych przy fotelu. Co bardziej uczy pokory – sport czy medycyna?

To bardzo trudne pytanie, bo zarówno sport, jak i medycyna potrafią uczyć pokory w wyjątkowo mocny sposób. Medycyna robi to każdego dnia – tu nie ma miejsca na rutynę ani przecenianie własnych umiejętności. Każdy pacjent jest inny, a nawet najlepiej zaplanowane leczenie wymaga czasem korekty. Świadomość odpowiedzialności za zdrowie drugiego człowieka bardzo szybko uczy szacunku do własnych ograniczeń. Sport, a szczególnie maraton, uczy pokory bardziej fizycznie i bezpośrednio. Trasa szybko weryfikuje ambicje, przygotowanie i koncentrację. Niezależnie od doświadczenia, każdy bieg może zaskoczyć i przypomnieć, że organizm ma swoje prawa. Myślę jednak, że to właśnie połączenie obu tych światów daje największą lekcję. Medycyna uczy odpowiedzialnej pokory, a sport – akceptacji własnych granic. Razem sprawiają, że staram się być uważniejszy, spokojniejszy i bardziej otwarty zarówno w pracy, jak i poza nią.

Muszę zapytać: Czy nazwisko Zając zobowiązuje do bycia w ciągłym ruchu?

Coś w tym chyba jest. Nazwisko Zając często pojawia się w żartach, że „nie da się stać w miejscu”, ale prawda jest taka, że ruch zawsze był dla mnie naturalną potrzebą, a nie obowiązkiem wynikającym z nazwiska. Bieganie przyszło z czasem, z ciekawości i chęci sprawdzenia własnych granic, a nie z poczucia, że „tak trzeba”. Jeśli jednak miałbym spojrzeć na to z dystansem, to faktycznie – zarówno w sporcie, jak i w pracy, ciągle jestem w drodze: do lepszej formy, do lepszych rozwiązań, do większego komfortu pacjentów. Więc może nazwisko trochę zobowiązuje…, ale na szczęście jest to bardzo przyjemny obowiązek.

Prestiż  
Styczeń 2026