Druga szansa

Skąpany w słońcu Marrakesz, którego początki sięgają drugiej połowy XI wieku, przywitał mnie kurzem, krzykiem sprzedawców oraz zapachem soczystych mandarynek unoszącym się w powietrzu. Ten zorganizowany chaos o kształcie rozległego miasta słynie ze swojej ogromnej medyny wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO oraz licznych łaźni oferujących tradycyjny rytuał oczyszczający hammam. Łaźnie były dawniej postrzegane jako święta przestrzeń do fizycznego i duchowego oczyszczenia przed modlitwą, a obecnie stanowią miejsce spotkań towarzyskich oraz filar codziennego życia Marokańczyków. Podstawą stosowanych tutaj tradycyjnych rytuałów pielęgnacyjnych jest savon noir, słynne, czarne mydło o konsystencji gęstej pasty, które powstaje wyłącznie z oliwy z oliwek oraz oliwek macerowanych w soli potasowej. Ta niezwykła substancja nadaje skórze niemal aksamitną gładkość, a jej niepowtarzalna woń otula całe ulice, kusząc przechodniów obietnicą całkowitego relaksu. Niecałą minutę po opuszczeniu jednej z łaźni usłyszałam od mijanego mężczyzny „nice hammam” wypowiedziane z wielkim uśmiechem. Tego, jak rytuał wspaniale odpręża ciało i umysł, nie da się w żaden sposób ukryć. Kolejnego dnia wyruszyłam w głąb labiryntu stworzonego z ciasnych, ceglano-różowych uliczek medyny, aby zobaczyć najsłynniejszy targ na świecie. Każdego ranka tutejsi sprzedawcy wylewają przed swoimi sklepikami wodę, aby odnowić energię dnia i przyciągnąć klientów poszukujących kolorowych stożków uformowanych z aromatycznych przypraw, koszy pełnych ziół i suszonych kwiatów, haftowanych pantofli ze szpiczastymi czubkami, skórzanych toreb we wszystkich rozmiarach, pasków o każdej możliwej długości oraz butelek wypełnionych złocistym olejem arganowym, które okryte ciepłym blaskiem miedzianych lamp przyozdabiających niemal każdy stragan, zdają się być produktami najwyższej jakości. Maroko, otwierając przed turystami swoje ramiona, w stosownym czasie pobiera od nich podatek od naiwności. Większość „płynnego złota” nie ma jasnożółtej barwy, której zawdzięcza swoją nazwę, lecz dużo ciemniejszą, co wskazuje, że produkt nadaje się wyłącznie do celów spożywczych, a nie kosmetycznych. Zamknięty w przezroczystej butelce, pod wpływem promieni słonecznych dawno stracił swoje cenne właściwości, podobnie jak zwietrzałe przyprawy ugniatane skrupulatnie przez sprzedawców w idealne ostrosłupy. Handlarze, których znaczna część asortymentu przyjechała na targ w kontenerze z dalekiej Azji, potrafią niemal bezbłędnie określić narodowość turysty na podstawie zaledwie kilku wypowiedzianych przez niego słów, co nadzwyczaj często gwarantuje sukces transakcji i sprawia, że kupujący wraca do domu z masą zupełnie niepotrzebnych mu rzeczy. Poplątane ścieżki prowadzą do serca bazaru – placu Jemaa El-Fna, który choć budzi się do życia dopiero nocą, już za dnia zaatakował wszystkie moje zmysły. To właśnie tutaj, pośród straganów oferujących świeżo wyciskane soki owocowe we wszystkich możliwych kombinacjach, na niskich pufach siedzą mężczyźni grających na instrumentach zwanych pungi najbardziej drażniącą melodię na świecie. Już od zbyt wielu lat zaklinacze węży odławiają te niezwykłe zwierzęta z ich naturalnego środowiska, usuwają im kły, zaszywają pyski oraz głodzą, aby te, ku uciesze publiczności, prezentowały przy dźwiękach muzyki swoją imponującą postawę obronną. Mówi się, że kobry zahipnotyzowane melodią tańczą, lecz w rzeczywistości reagują one na wibracje dźwięku wydobywające się z instrumentu, które wywołują u węży stres i zmuszają je do przyjęcia charakterystycznej pozycji poprzedzającej atak. Na wolności zwierzęta te żyją w ciszy, ukrywając się w opuszczonych norach lub kopcach termitów, a przyniesione w plecionych koszach w samo centrum olbrzymiego targu, zmuszane są do ciągłego słuchania potwornej kakofonii, na jaką składają się dźwięki pungi, donośne nawoływania sprzedawców, okrzyki dorożkarzy oraz głośna muzyka płynąca z każdego zakątka placu. Wszystko po to, aby turyści krzycząc z radości na widok otępiałego węża, mogli zrobić sobie z nim zdjęcie za kilka euro. Mieszanka najróżniejszych dźwięków dobiegających ze wszystkich stron urzekła francuskiego projektanta mody Yves Saint Laurenta, który wraz ze swoim partnerem Pierrem Bergé zakupił w 1980 roku Ogród Majorelle – znajdujące się w centrum Marrakeszu, pełne egzotycznych roślin żywe dzieło sztuki zaprojektowane przez francuskiego malarza Jacques’a Majorelle. Ogród ze swoją okazałą willą o elektryzująco niebieskim kolorze stanowi oazę spokoju pośród zgiełku wielkiego miasta, a wypełniony śpiewem ptaków oraz wspaniałymi roślinami z odległych zakątków globu, stanowił dla legendarnego założyciela domu mody YSL niewyczerpane źródło inspiracji. Po dniu pełnym wrażeń i nieustającego hałasu odnalazłam wytchnienie w jednym z riadów, czyli tradycyjnym marokańskim domu, jaki dawniej należał do zamożnego kupca lub przedsiębiorcy. Zachwycająca posiadłość odgrodzona od zewnętrznego świata potężnymi murami skrywała niewielki ogród i dziedziniec otulony zapachem jaśminu, rozmarynu oraz aloesu, niezwykłe mozaiki zellige prezentujące skomplikowane, islamskie motywy geometryczne, a także olbrzymi taras, z którego mogłam podziwiać Marrakesz i otaczające go Góry Atlas, zostawiając odgłosy tętniącego życiem miasta kilka pięter niżej.








