Naturalność, która przyciąga spojrzenia

Gdyby nie on, pewnie wciąż farbowałabym włosy. Mój kolega fryzjer spojrzał na mnie uważnie i zamiast zaproponować pokrycie odrostu i powrotu do bycia klasyczną blondynką, powiedział tylko: „Masz niesamowity, srebrny odcień. Zostaw to”. Zostawiłam. I bardzo szybko okazało się, że była to jedna z tych decyzji, które robi się bez wielkich deklaracji, a które po prostu działają.

Od tamtej pory nie słyszałam ani jednego przykrego komentarza. Wręcz przeciwnie – regularnie słyszę zachwyty i pytania o farbę, markę, technikę. Ludzie są szczerze przekonani, że to efekt pracy fryzjera, a nie natury. Najbardziej zapadają mi w pamięć komplementy zupełnie nieoczywiste: że wyglądam jak bohaterka z anime albo że mam wiedźmińską urodę. I to właśnie lubię najbardziej – te włosy nie wpisują się w żaden schemat. Są chłodne, srebrne, charakterne. Po prostu inne.

Nie traktuję tego jako manifestu ani życiowej deklaracji. Lubię zmiany i nie wykluczam, że kiedyś znów sięgnę po farbę. Na razie jednak naturalny kolor wygrywa wygodą – bez presji odrostów, bez planowania wizyt, bez ciągłego kontrolowania własnego odbicia w lustrze. To styl, który pojawił się mimochodem, ale został, bo pasuje.

I nie jestem w tym odosobniona. Bohaterki tego tekstu – kobiety w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami i zupełnie innymi drogami – również odkryły, że siwizna może być atutem. Dla jednych była efektem pandemii, dla innych zmęczenia farbowaniem albo zwykłej ciekawości. Łączy je jedno: każda z nich w pewnym momencie zobaczyła w naturalnych włosach nie coś do ukrycia, lecz element stylu, który pozwala się wyróżnić i zostać zapamiętaną.

 

Gabrysia

Farbowanie włosów towarzyszyło mi przez wiele lat, właściwie od młodości. Przeszłam przez wszystkie etapy – trwała, klasyczne farbowanie. Zawsze marzyłam o włosach rudych, ale nigdy do tego nie doszło. Włosy zaczęłam farbować, gdy pojawiły się pierwsze, pojedyncze siwe kosmyki. Najpierw farbował je fryzjer, przez wiele lat, a później sama zaczęłam używać farb roślinnych, na bazie naturalnych składników. Tak farbowałam przez długie lata, aż nadeszła pandemia.

W czasie pandemii zrobił się dłuższy odrost i zaczęło mi się to podobać. Nie była to pełna siwizna, lecz naturalny efekt „salt and pepper” – trochę ciemnych włosów, trochę srebrnych. Systematycznie skracałam włosy, aż całość wyglądała harmonijnie. Nigdy nie żałowałam decyzji, aby pozostać przy swoich naturalnych włosach.

Reakcje innych osób na moją decyzję były różne. Było trochę komentarzy negatywnych, ale nie były one dla mnie nieprzyjemne.

Często słyszałam: „Musimy Gabryśkę namówić, żeby znowu zaczęła farbować włosy”. Odpowiadałam jednak stanowczo: „Nie, nie, nie dam się”.

Za to reakcje obcych osób bywają zabawne i miłe. Ostatnio w muzeum we Wrocławiu podeszła do mnie pani w toalecie i zapytała: „Czy ja też takie będę miała?” Była szczerze zachwycona mim wyglądem. To było naprawdę miłe.

Większość ludzi reaguje pozytywnie. Choć siwizna rzekomo postarza, ja mimo sześćdziesięciu trzech lat nie czuję się staro. Nieważne, ile kobieta ma lat – takie schematy są utrwalone w społeczeństwie. Jednak od pewnego czasu siwizna jest traktowana inaczej, trochę odczarowywana. Stała się modna, a na rynku pojawiły się farby w tym kolorze.

Dla mnie najważniejsze jest, że włosy są ładne. Obecnie są bardziej gęste, sprężyste i lepsze niż te, które miałam dwadzieścia lat temu. Nie wymagają szczególnej pielęgnacji – czasem tylko je nabłyszczam i układam. Używam wyłącznie szamponu, kompletnie nic więcej – żadnej odżywki. To ogromna oszczędność czasu i pieniędzy, a włosy wyglądają wspaniale.

Kasia

Siwe włosy wciąż kojarzą się ze starością – niestety, ten stereotyp pokutuje. Tymczasem ja już w szkole średniej zauważyłam u siebie pierwsze srebrne pasma. Przez lata eksperymentowałam z włosami – miałam na głowie niemal wszystkie możliwe kolory świata: neonowy pomarańcz, różowy, różne długości, a nawet fryzurę na żołnierzyka.

Pandemia bardzo mi pomogła w zaakceptowaniu naturalnego koloru. Włosy odrastały w czasie, gdy nie wychodziłam z domu, a kiedy w końcu poszłam do fryzjera, zrobił mi sensowną fryzurę – ciemny odrost, pasemka i lekki bob. Wyglądało to jakby włosy były specjalnie przygotowane, pofarbowane, choć w rzeczywistości były naturalne. Oczywiście, przy zapuszczaniu trzeba było trochę przecierpieć.

 

A jak się czuję z tym kolorem? Jeszcze kilka lat temu wzbudzało to większe zainteresowanie. Słyszałam komentarze typu: „Ojej, ale ty taka młoda, nawet czterdzieści lat nie masz, a już siwe włosy? Zafarbuj je, bo nie wypada.” Ale ja, trochę na przekór, stwierdziłam, że tym bardziej nie będę niczego farbować. Mnie się podoba. Słyszałam też uwagi, że kobiecie w moim wieku nie wypada mieć takich długich włosów, prawie do pasa. Śmieję się z takich komentarzy. Teraz po prostu mi się nie chce farbować – moje włosy są piękne, a ja czuję się w nich świetnie.

W pewnym momencie całkowicie zrezygnowałam też z makijażu. Jeżeli mam jakieś wyjście, robię makijaż, ale na co dzień w ogóle się nie maluję. Czasem nakładam intensywną pomadkę, a oczy zostawiam naturalne – stary, sprawdzony patent.

Fajnym dla mnie aspektem jest też to, że nigdy od mojego męża nie usłyszałam: „Mogłabyś te włosy zafarbować, bo wyglądasz brzydko.” Jemu podoba się ta naturalna wersja. Mnie się podoba, czuję się z tym dobrze i temat jest zamknięty – zdanie innych mało mnie obchodzi. Zawsze znajdą się osoby, którym coś się podoba, i takie, którym nie.

Dziś naprawdę rzadko słyszę uwagi typu: „Zafarbuj włosy”. Wydaje mi się, że coraz więcej kobiet rezygnuje z farbowania. Można nawet powiedzieć, że powstał z tego taki Internetowy, Instagramowy trend.

Małgosia

Jestem na Facebooku w grupie „Zapuszczamy siwe włosy”, gdzie kobiety dzielą się swoimi doświadczeniami z naturalnym kolorem i pokazują, jak zmierzają do tego stanu. Widziałam tam wiele historii – lęki przed siwymi odrostami, poranne spojrzenia w lustro i myśli typu: „Nie, nie mogę tak wyglądać, te odrosty są fatalne”. Dużo kobiet boryka się z tym psychicznie. Jednak widać też, że coraz więcej z nas jest odważnych i chce być naturalna. Kiedyś to nie było takie popularne – siwe włosy kojarzyły się wyłącznie ze starą babcią.

Pamiętam, że moja babcia farbowała włosy na czarno do końca życia. Zawsze patrzyłam na nią i myślałam: „Co ty robisz? Za moment masz odrosty, wygląda to koszmarnie”. Ona jednak była nieugięta i tak robiła. Wiele kobiet wciąż ma z tym problem, choć celebrytki, takie jak Bogna Sworowska, pokazały, że można wyglądać świetnie z naturalnym kolorem. Ja nigdy nie miałam problemu – nie farbuję włosów i czuję się w tym dobrze.

Od kiedy zaczęłam siwieć, mam naturalny kolor „pieprz i sól”. Nie jest to czysta biel, więc łatwiej mi zaakceptować zmianę. Kiedy odrost był już około pięciu centymetrów, było to dla mnie koszmarem – lubię porządek, a nagły etap przejściowy był dla mnie trudny. Ale zaczęłam obserwować, jak włosy rosną w pasmach – szare, białe, srebrne – i pomyślałam, że zostawię je w spokoju. Poszłam też do fryzjerki, żeby usunąć stary kolor, bo etapowo było zbyt długo. Efekt był świetny – włosy wyglądały naturalnie i czułam się w nich dobrze.

Dla mnie siwe włosy to nie problem, starzeję się tak jak wszyscy i nie przejmuję się zmarszczkami czy lekkim opadaniem policzków. Stosuję naturalne kosmetyki i masaże, dbam o siebie, żyję w zgodzie z tym, co lubię. Gdy patrzę na swoje doświadczenie i obserwuję inne kobiety, widzę, że naturalność zyskuje na popularności. Nie chodzi o to, żeby każda od razu podjęła decyzję – to proces, do którego trzeba dojrzeć. Najważniejsze, żeby czuć się dobrze we własnej skórze i nie przejmować się uwagami innych. Ostatecznie chodzi o zmianę narracji: naturalny kolor włosów to coś oryginalnego, wyjątkowego. Nie trzeba mieć 80 lat, żeby go pokazać. To decyzja, do której dochodzi się stopniowo, i warto ją podjąć w zgodzie ze sobą.

Justyna

To się zaczęło dokładnie w moje urodziny w kwietniu 2020 roku, w samym środku pandemii. pomyślałam sobie, że zetnę włosy na zapałkę i odpuszczę farbowanie”. Nigdy nie miałam takiej fryzury, ale poczułam, że to może być mój mały bunt wobec wszystkiego, co się dzieje wokół – zamknięcie, strach, chaos pierwszych tygodni pandemii. Było naprawdę ciężko. Miałam mocny blond i nagle pojawiły się wątpliwości: „Czy dobrze robię? Czy nie jestem za stara na coś takiego?” Ale pomyślałam sobie: trudno, nikt mnie nie widzi, spróbuję.

Kiedy fryzjer przyjechał, był w szoku, bo nic mu nie mówiłam. A ja, zdeterminowana, mówię: „Dawaj, rób to”. I tak siedziałam pośrodku mieszkania, dzieciaki krążyły dookoła, patrzyły, co się dzieje, a ja czułam niesamowitą moc. To był moment transformacji – włosy stały się symbolem mojego poczucia wolności i kontroli nad sobą w czasach, gdy wszystko inne wymykało się spod kontroli.

Włosy zaczęły odrastać i przestałam je farbować. Na początku obserwowałam, ile pojawia się siwych kosmyków, ale z czasem zaczęło mi się to podobać. Ludzie pytali: „Ale u kogo farbujesz? Ile wydajesz?” – a ja po prostu pozwoliłam im rosnąć naturalnie. I tak zostało – minęło już pięć lat, a ja czuję się świetnie w swoich włosach, naturalnych, zdrowych, bez farby i chemii.

Najważniejszym momentem była reakcja mojej babci, Rozalii. Miała dziewięćdziesiąt cztery lata, przeżyła wojnę, była kobietą pełną siły i klasy. Bałam się, że nie zaakceptuje mojego naturalnego koloru włosów, ale kiedy mnie zobaczyła, powiedziała: „Nieźle wyglądasz”. Wow. To był najlepszy komplement w moim życiu. Mama też była pod wrażeniem, choć wcześniej była bardzo tradycyjna, jeśli chodzi o wygląd, włosy i farby.

To doświadczenie, te włosy, zmieniły mnie w codziennym życiu. Przestałam się przejmować oceną innych, szkołą dzieci, drobnymi stresami. Poczucie luzu i dystansu przyszło nagle. Te włosy stały się symbolem odpuszczenia – przestałam kontrolować wszystko, przestałam walczyć z codziennymi drobiazgami. Skupiłam się na tym, co naprawdę ważne: zdrowiu, szczęściu dzieci i mojej własnej wolności.

Nie farbuję włosów, nie niszczę ich chemią, używam zwykłego szamponu, czasem podcinam końcówki, dbam o nie minimalnie, ale naturalnie. Ludzie pytają o mój odcień blondu, myślą, że wydaję na to fortunę – a ja po prostu pozwalam naturze działać.

Dziś patrzę w lustro i myślę sobie: „Tak, mogę być sobą”. Te włosy stały się nie tylko symbolem mojej wolności, ale też przypomnieniem, że życie jest za krótkie, żeby się ciągle spinać, martwić o drobnostki i próbować kontrolować wszystko. I to poczucie wolności i lekkości jest dla mnie bezcenne.

Prestiż  
Styczeń 2026