Mikołaj Obrycki
Wielki talent poza rynkiem
Mikołaj Obrycki
Wielki talent poza rynkiem

Urodzony 6 sierpnia 1977 roku, swoją drogę artystyczną zaczął zaskakująco wcześnie – pierwszą wystawę miał już w 1994 roku, jeszcze przed rozpoczęciem studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. To właśnie tam, w pracowni prof. Jerzego Kałuckiego, ukształtował swój warsztat, ale też odnalazł przestrzeń, w której mógł w pełni wyrazić siebie. Poznań stał się jego miejscem życia i twórczości na długie lata ale do Szczecina zawsze wracał.
Jego obrazy trudno zamknąć w jednej kategorii. Tworzył zarówno kompozycje abstrakcyjne, jak i figuratywne, pejzaże morskie czy martwe natury – często przenikające się i budujące wielowarstwową, niemal pulsującą przestrzeń malarską. Charakterystyczna była dla niego lekkość akwareli, którą łączył z technikami mieszanymi, a także obecność słów, liter i znaków wpisanych w strukturę obrazu. Nawiązując do estetyki graffiti, przełamywał granice między tym, co uznawane za „wysokie” i „uliczne”, udowadniając, że emocja i autentyczność są ważniejsze niż konwencje.
W jego pracach powracały motywy zwierząt, miast, kobiet, muzyków jazzowych czy ikon kultury popularnej. Na jego płótnach odnajdziemy takie postacie jak Madonna, Elvis, Bjork, The Notorious B.I.G. czy Erykah Badu. Jednak zawsze były to raczej symbole niż portrety. Obrycki malował świat przefiltrowany przez własną wrażliwość: intensywny i pełen ruchu.
Jego sztuka była obecna nie tylko w Polsce. Przez lata prezentował swoje prace na licznych wystawach w kraju i za granicą - od Niemiec, przez Szwecję, Wielką Brytanię i Francję, po Danię i Stany Zjednoczone. W 2021 roku jego obrazy pokazano na prestiżowych targach Art Basel w Miami, co tylko potwierdziło jego międzynarodową rozpoznawalność.
Ci, którzy mieli okazję znać go bliżej, podkreślają, że dokładnie taki sam był poza pracownią: intensywny, zaangażowany, kierujący się sercem. O Mikołaju Obryckim – artyście, który odszedł zdecydowanie za wcześnie – opowiada Elżbieta Mamos, kolekcjonerka i mecenas sztuki, która na owo odkrywa twórczość tego artysty.
To opowieść nie tylko o twórczości, ale o człowieku, którego nie da się zamknąć w żadnej ramie.
Dlaczego właściwie warto mówić o Mikołaju Obryckim? Mam wrażenie, że on trochę nie istnieje w szczecińskiej świadomości artystycznej, przynajmniej nie na tyle, na ile zasługuje.
Chyba rzeczywiście tak jest. Ale to wynika z bardzo konkretnej rzeczy – on po studiach nie wrócił do Szczecina na stałe. Zamieszkał w Poznaniu, zresztą w świetnym miejscu, naprzeciwko Starego Browaru, w kamienicy. Tam miał swoją pracownię, tam tworzył i tam było jego środowisko. Natomiast Szczecin był dla niego bardzo ważny głównie przez rodzinę. Nigdy nie stracił z nią kontaktu. Kiedy przyjeżdżał, zatrzymywał się najczęściej u ojca, czasem u mamy. Był bardzo rodzinny, nawet jeśli nie zawsze potrafił to okazywać. Miał też bliskie relacje z kuzynami, rodziną nad morzem, często o nich mówił. Myślę, że tęsknił za taką zwyczajną bliskością. I trzeba powiedzieć, że jedne z jego najpiękniejszych wystaw odbyły się właśnie w Szczecinie.
Można powiedzieć, że Mikołaj jest tak samo szczeciński, jak i poznański. Poznań go ukształtował artystycznie, ale Szczecin go wychował. I on naprawdę to miasto kochał. Miał nawet plan, żeby tu wrócić. Zaczęliśmy robić pierwsze kroki, żeby zdobyć dla niego mieszkanie, które mogłoby być również pracownią.
Czyli Szczecin był dla niego ważny także artystycznie?
Tak. Planował nawet cykl o Szczecinie pn. „Moje miasto”. Najpierw stworzył serię o Poznaniu. Fotografował miasto i potem przemalowywał zdjęcia, nanosił na nie swoje ingerencje. jest nawet taki nurt w sztuce – malowanie na fotografii, robił to między innymi Gerhard Richter. W tej technice powstało około dwunastu prac o Poznaniu. Szczecina już nie zdążył zrobić.
Jak się poznaliście?
Pierwszy raz zobaczyłam go na wystawie w galerii u Joli Szczepańskiej, jeszcze na deptaku Bogusława. Kupiłam wtedy obraz, który znajdował się na zaproszeniu – do dziś wisi u mnie w gabinecie. Próbowałam wtedy z nim nawiązać rozmowę, ale Mikołaj był bardzo zamknięty, miał dystans do ludzi. Zamieniliśmy tylko kilka zdań.
Później moja przyjaciółka, profesor Teresa Starzyńska, zobaczyła ten obraz u mnie i powiedziała, że rodzina jej męża zna rodzinę Mikołaja. I tak pojechałyśmy do niego do Poznania. To było jakieś 17–18 lat temu. I od tego momentu zaczęła się nasza relacja. Za każdym razem gdy go odwiedzałam, wyjeżdżałam z obrazem.
Pozostawił po sobie tysiące płócien i rysunków. Bardzo dużo malował. Jak bardzo?
Ogromnie. Ja zawsze mówiłam, że jego życie to malowanie. Wszystko inne było gdzieś obok. Zostawił po sobie kilkanaście tysięcy obrazów. Nikt nie wie dokładnie ile. Część z nich znajduje się w prywatnych kolekcjach, część jest przechowywana w dobrych warunkach, w magazynach. Zawsze miałam takie poczucie, że on się strasznie spieszy. Malował duże formaty, intensywnie, jakby wiedział, że może nie zdążyć.
Jakim był człowiekiem?
Był bardzo wrażliwy. I bardzo zamknięty. Miał problem z autopromocją. Mówił czasem, że zadzwoni tu czy tam – do fundacji, galerii – ale tego nie robił. A nawet jak próbował, to stres go paraliżował. Opowiadał kiedyś, że zadzwonił do jednej fundacji we Wrocławiu, ale tak się jąkał, że nie był w stanie się wypowiedzieć. Usłyszał „oddzwonimy” i oczywiście nikt nie oddzwonił. Nie miał tego daru wychodzenia do ludzi.
A jednocześnie był bardzo konsekwentny w pracy?
Absolutnie. Cały czas rysował. Zawsze miał szkicownik i ołówki. Gdziekolwiek był – rysował. Te szkice często były podstawą do późniejszych obrazów albo same w sobie były skończonymi pracami. Twórczość była dla niego fundamentem życia. Bez niej by sobie nie poradził.
Jak wyglądała jego praca twórcza?
Pracował cyklami. I kiedy kończył cykl, nie wracał do niego – nawet jeśli był ogromny popyt. Nigdy nie malował na zamówienie. Temat był dla niego tylko pretekstem. Nieważne, czy to byli muzycy, kwiaty czy pejzaże – chodziło o formę, kolor, światło. Uwielbiam jego abstrakcje – są pełne napięcia i energii. Tworzył też świetne rysunki, miał świetną kreskę. Dobrze sprzedawały się jego cykle muzyków. Kochał muzykę, bardzo dużo słuchał jazzu, sam grał na klarnecie. Co ważne, zawsze malował przy muzyce. Były też „łódki” – morskie pejzaże, bardzo wyciszone, w szarościach, ze światłem. Tych prac zostało bardzo mało.
Reagował też na wydarzenia współczesne?
Bardzo. Wstrząsnęła nim wojna w Ukrainie. Stworzył cykl kilkudziesięciu prac – wykorzystał zdjęcia wojenne wydrukowane na płótnie i przemalował je. Ekspozycja była zrobiona jak ściana newsów. Malował ten cykl impulsywnie, zaraz po wybuchu wojny. Do dziś żałuję, że nie kupiliśmy tego jako Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Narodowego.
Cały czas się też wystawiał. Pamiętam jego ekspozycję w Szczecinie na Kolumba. Była ogromna, zrobiła na mnie duże wrażenie.
Miał na koncie wiele świetnych wystaw. W Filharmonii w Szczecinie, w Łowiczu, w Galerii Browarnej – około 140 obrazów w starym zborze ewangelickim. Jedna z jego najlepszych wystaw, z katalogiem i świetnym tekstem Andrzeja Biernackiego. Miał też wystawę u Czapskiego w Poznaniu. Ostatnia duża wystawa Mikołaja odbyła się na Kolumba. Mieliśmy ograniczony wybór – Mikołaj wskazał magazyn numer 4 i powiedział: „wybierzcie coś stąd”. Wystawa została bardzo dobrze przyjęta i świetnie się też sprzedała – około 75% prac. I to mimo cen powyżej 20 tysięcy złotych.
Dlaczego więc nie był bardziej obecny na rynku sztuki?
Bo nie potrafił się promować. To był jego największy problem. Talent miał ogromny, ale nie umiał go „sprzedać”.
Co teraz się stanie z jego twórczością?
Powstaje fundacja jego imienia, którą zakłada jego siostra. Planujemy wystawę rocznicową, prawdopodobnie latem. Rozmawiamy również z galeriami zagranicznymi, między innymi w Berlinie. Są zainteresowani jego twórczością. To galerie o międzynarodowym zasięgu, z oddziałami w różnych miastach świata. To najlepszy czas, żeby teraz zbudować jego pozycję – pokazać najlepsze prace, uporządkować dorobek.
Gdzie widzisz jego miejsce w sztuce współczesnej i dla kogo jest jego sztuka?
To miejsce dopiero trzeba zbudować. On ma potencjał, ale wymaga to pracy.
Jego twórczość jest przede wszystkim dla młodych ludzi. On sam był bardzo młody duchem, jego sztuka też taka była. Jest uniwersalna – łączy klasyczne tematy z nowoczesną formą. Jego późniejsze prace były bardzo współczesne – kolaże, typografia, spray, odważne kolory, nawet brokat. Eksperymentował.
Na koniec – jak patrzysz na odbiór sztuki w Polsce?
Wciąż potrzebujemy edukacji. Ludzie mają wrażliwość, tylko trzeba ją rozwijać. I nieprawdą jest, że trzeba mieć duże pieniądze. Można zacząć od plakatów, ilustracji, którą są fantastyczne i jeszcze stosunkowo niedrogie. Warto zawęzić temat kolekcji. Sztuka nadaje wnętrzom charakter. Pokazuje, kim jesteśmy. To nie musi być „obraz do kanapy” – ale nawet jeśli od tego ktoś zacznie, to też dobrze. Najważniejsze, żeby zacząć. Bo dom ze sztuką to dom z tożsamością.




