Paprykarzem na Place de la Concorde
Pierwsze
dni w stolicy Francji stanęły z jednej strony pod znakiem ciekawości i oczekiwania nowych przygód w
nowych miejscach. Z drugiej, szybko pojawiła się tęsknota za domem, rodziną i przyjaciółmi.
– Po pierwszych kilku tygodniach było lepiej – wspomina Milena. – Poznałam nowych ludzi,
znalazłam „moje pierwsze miejsca”, do których wracam do dziś z dużą nostalgią. Z czasem chęć powrotu
ustąpiła miejsca pewnego rodzaju nostalgii, która pojawia się częściej lub rzadziej, ale jednak
raczej cyklicznie. Obecnie przyjeżdżam do domu rodzinnego przynajmniej dwa razy w roku, a w idealnym
świecie chętnie spędzałabym dwa-trzy miesiące w roku w Szczecinie.
Do dziś żywym
wspomnieniem jest dla szczecinianki dzień wyjazdu z naszego miasta. Z entuzjazmem opowiada o każdym
szczególe tej wyprawy w nieznane.
– Przyjechałam minibusem, który miał kolor
pomarańczowy i nazywany był „paprykarzem” – śmieje się Milena. – Przywiózł mnie na paryski Plac
Zgody (Place de la Concorde) – wówczas przed bramą do ogrodów Tuileries znajdował się nieoficjalny
przystanek dla autokarów. Pierwsze wspomnienie momentu, kiedy postawiłam stopę w Paryżu, to zatem
widok mnóstwa autobusów i rzeszy ludzi z różnych krajów z nich wysiadającej, ruchu samochodów,
ogromnie szerokich przejść dla pieszych, zejścia do podziemi metra i…przepięknie oświetlonej Wieży
Eiffela w oddali!
Jako au pair Milena miała zapewniony dach nad głową, wyżywienie
a nawet kieszonkowe w wysokości 400 euro. Plan był taki, aby w ten sposób popracować i poznać Paryż
w czasie dziesięciu miesięcy. Szczecinianka chciała odłożyć nieco w czasie schemat
studia-praca-rodzina czując, że to jeszcze nie czas na przystąpienie do jego realizacji. W zasadzie
można powiedzieć, że nieco odwróciła ten trend, wszak zamieszkała w domu z rodziną, w której
sprawowała funkcję au pair.
– Te pierwsze dziesięć miesięcy jako au pair to była
absolutna bajka. – mówi Milena. - Zajmowałam się dziećmi po kilka godzin dziennie, a raz w tygodniu
- w środy przez cały dzień, bo we Francji dzieci w środku tygodnia nie chodzą do szkoły. Właśnie w
środy byłam z nimi od dziewiątej do dziewiętnastej, ale nawet to nie było dla mnie męczące, bo
wszystko było nowe i ekscytujące. Poza opieką nad dziećmi chodziłam do szkoły językowej, a każdą
wolną chwilę spędzałam na mieście. Chodziłam, biegałam, zwiedzałam. To był rok beztroskiego życia i
intensywnego poznawania Paryża.
Czas minął szybko i po upływie dziesięciu
miesięcy, Milena musiała wrócić do Polski. Rozpoczęła studia na kierunku – a jakże – filologia
francuska na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Co ciekawe, wcześniej sądziła, że studiować
będzie cytologię lub genetykę, ale pobyt we Francji dużo pod tym względem zmienił.
–
Po pierwszym roku we Francji wiedziałam, że wrócę i że mój pobyt będzie tym razem dużo dłuższy –
wspomina Milena. - Musiałam tylko przekonać rodziców, co nie było łatwe. Zaliczenie pierwszego roku
jakichkolwiek studiów w Polsce było warunkiem. Rodzice mieli nadzieję, że po tym czasie przemyślę
decyzję.
Przemyślenia tylko utwierdziły szczeciniankę w pierwotnej decyzji.
Studia postanowiła kontynuować na Sorbonie, a jednocześnie znów zaczęła pracować jako au pair, tym
razem po zajęciach. Pracowała także w soboty i wakacje – najpierw w sklepie obuwniczym, potem w
salonie odzieżowym, finalnie u Diora.
– To w tym sklepie często bywał Karl
Lagerfeld, kupując drobne prezenty, dla gości których – jak się mówiło – zapraszał co sobotę na
swoje przyjęcia. Zawsze był bardzo uprzejmy, niezwykle elegancki i zostawiał po sobie świetne
wrażenie – mówi Milena. – Każda z jego wizyt stanowiła dla mnie nie lada przeżycie, czułam się
wówczas jak bohaterka jakiegoś filmu. Takiego, który trwał także po pracy – mieszkałam bowiem
wówczas na ostatnim piętrze starej kamienicy i miałam najmniejszy balkonik jaki można sobie
wyobrazić. Metr kwadratowy to chyba aż za dużo powiedziane. Było z niego widać jednak Wieżę Eiffela.
Milena skończyła we Francji studia magisterskie z lingwistyki, ze specjalizacją w nauczaniu
języka biznesowego. Lingwistyka bardzo analityczna: semantyka, semiotyka, składnia, fonologia,
statystyka, analiza korpusów - nawet HTML, co okazało się później niespodziewanie użyteczne w
świecie technologii i marketingu. Dzięki koleżance – Polce - zaczęła pracę w Weboramie, w bardzo
technicznym świecie reklamy i danych. Po pięciu latach – jak mówi - poczuła, że robi się za
wygodnie, więc zmieniła firmę, a potem trafiła do wydawnictwa gazety Le Monde, co było dla niej
symbolicznym momentem uznania jako dla imigrantki. Współkierowała zespołem marketingowym, pracowała
nad strategią danych, produktami, regulacjami rynku reklamy, mediami. Był to bardzo intensywny i
przekrojowy etap.
– Dziś jestem całkowicie niezależna zawodowo. – podsumowuje. -
Ponad osiem lat temu założyłam własną szkołę językową. Współpracuje ze mną kilkanaście osób,
pracujemy głównie z całymi firmami, uczymy języków i komunikacji międzykulturowej. Paryż jest
ogromnym tyglem kulturowym, a różnice w stylach komunikacji realnie wpływają na efektywność
zespołów. W mojej L’Ecole Parisienne de Langues uczymy firmy, jak to rozumieć i zarządzać w
warunkach międzynarodowych. Pracujemy z branżami związanymi z luksusem, technologią, funduszami
inwestycyjnymi, startupami, instytucjami publicznymi, sektorem medycznym. Robię też projekty
konsultingowe związane z technologią i lokalizacją firm na rynku francuskim.