Co Ty wiesz o kunach?
Rozmowa z Beatą Zygarlicką
Co Ty wiesz o kunach?
Rozmowa z Beatą Zygarlicką
Kiedy Bogusław Linda w drugich „Psach” pytał „Co Ty wiesz o zabijaniu”, nie wiedział nic o… kunach. A Beata Zygarlicka wie! I to dzięki Pinokiu. Rozmowa z nią jest gęsta, emocjonalna, pełna przemyśleń i trafnej oceny rzeczywistości. O „mózgotrzepach”, Florianie, buddyzmie, byciu niewidzialną i uwielbianą jednocześnie – opowiada w Prestiżu aktorka Teatru Współczesnego - Beata Zygarlicka.

Jeśli wierzyć zestawieniu Encyklopedii Teatru Polskiego dotychczas zagrałaś 86 ról teatralnych. Jak dodamy do tego role w filmach, serialach czy w Teatrze Telewizji to przebijasz setkę…
Ile?!?
Zdziwiła Cię ta liczba?
No pewnie. Nigdy mi do głowy nie wpadło, żeby liczyć role, bo myślę, że każda z nich jest po prostu oddzielną zabawą. Więc to znaczy, że się dużo bawiłam, skoro zagrałam 86 (śmiech).
Czy dziś, gdy tworzysz kolejne postaci, pamięć o tych przeszłych kreacjach bardziej pomaga czy przeszkadza?
Z tymi zrobionymi rolami w ogóle wspaniała historia… Kiedy byłam młodą aktorką, opowiadała mi to pewna taka stara aktorzyca. To znaczy dla mnie to była stara, a przecież była w tym wieku, w którym teraz ja jestem.
To znaczy XXI?
Tak… (śmiech). Ona twierdziła, że jeżeli aktor stworzy rolę i ona jest dobra, to budzi się wtedy taki dodatkowy umysł do życia, taki twór bez ciała, jakby ogół aktywności ludzkiego mózgu. I te wszystkie umysły, te dziwne postacie ożywają i teraz łażą po teatrze. Normalnie łażą sobie, żyją i w ogóle… Więc jeżeli ta rola była dobrze zrobiona, jeżeli to fruwało, to tworzyła się z tego jakaś taka anima napędzana oczywiście przez widzów. No bo do tego potrzebna jest publiczność, to jest podstawowa energia. Aktor plus widownia, a po środku tworzy się ta struktura, jakiś byt bezcielesny, jak u Leśmiana. Szaleństwo (śmiech).
Trochę się bałem, że to jak u Alfa, który miał dziewięć żołądków, a Ty otrzymujesz te umysły z tych ról i w pewnym momencie masz sto umysłów w sobie.
Nie, nie mam stu umysłów, a szkoda… Ale myślę, że każdy człowiek składa się z wielu ludzi i w ramach sytuacji, które go do tego zmuszają, jakaś tam „osoba” nagle z niego wyłazi.
To ciekawe, bo sama wywołałaś kolejne pytanie. Czy te tworzone dla potrzeb kolejnych spektakli postacie, charaktery, za każdym razem zabierają coś z ciebie, czy przeciwnie coś dają, coś w Tobie pozostawiają?
To świetne pytanie. Jedną z moich najbardziej ukochanych książek jest „Czarny Obelisk” Remarque’a. Jest tam taka scena, kiedy główny bohater, Ludwik Bodmer odwiedza zjawiskową kobietę, pensjonariuszkę w zakładzie dla umysłowo chorych (Geneviève vel Izabellą Terhoven, przyp. autor) i prowadzi z nią bardzo egzystencjalną rozmowę. Ona jest oczywiście zdrową kobietą i twierdzi, że ich, czyli wrażliwych ludzi jest po prostu mniej, dlatego są zamykani przez tę większość w tym szpitalu. On jej mówi: Izabelo, spójrz w lustro, zobacz jaka jesteś piękna. A ona mu odpowiada, że nie może patrzeć w lustro, bo ile razy weń spojrzy, to ono zawsze zabiera część jej. To jest cudowny fragment. Może dlatego ja nie chcę tak patrzeć na te swoje bohaterki czy postaci, by nie kradły mi mnie albo ja ich…
Ładne! A to znaczy, że jest w Tobie, w twoim ciele, taka wajcha, którą przełączasz. ON/OFF. Zygarlicka – postać, postać – Zygarlicka. Gdzie ta wajcha jest?
Może to jest tak jak mówiła, ta kobieta z „Czarnego obelisku”, że aktorzy, cyrkowcy, muzycy, w ogóle artyści to są wybrańcy. Posiadają zawód, który pozwala im być po części dzieckiem, po części odpowiedzialnym dorosłym, ale cały czas się bawić. I myślę, że o to tu chodzi…
O zabawę czy odpowiedzialność?
I to i to. Odpowiedzialność tego zawodu jest ogromna, bo odpowiadamy za to, co się w ludzkich głowach dzieje, ale jednocześnie z tego powodu nie trzeba się smucić. Ja kocham widownię mojego Teatru Współczesnego. Znamy się od lat, obserwujemy się nawzajem. Bo jeżeli oni mnie obserwują, przychodzą do teatru, to nie znaczy, że ja ich nie obserwuję, kiedy siedzą na widowni. Patrzę, jak się zmieniają, razem się zmieniamy, bo razem przeżywamy światy, tworzymy je, bo aktor sam na scenie nie tworzy świata. Zawsze, powtarzam, do tego potrzebna jest widownia, czyli dodatkowa energia. I razem pracujemy nad tworzeniem świata, w którym możemy przeżywać różne rzeczy.
I pomyśleć, że ta odpowiedzialna zabawa trwa już cztery dekady. W przyszłym roku będziesz obchodziła 40-lecie pracy artystycznej.
Tak? To już za rok?
Dokładnie 5 grudnia 1987 roku stanęłaś na scenie w krakowskiej PWST i zagrałaś Serafimę Iljiniczną, teściową Siemiona Siemionowicza Podsiekalnikowa w „Samobójcy” Nikołaja Erdmana, a reżyserował wielki Jerzy Jarocki. Ja Cię pamiętam z genialnej roli Margarity Iwanownej Pierieswietowej w „Samobójcy”, ale już Anny Augustynowicz z 2005 roku. To zmusza mnie do pytania o zmianę Twojego aktorstwa albo podejścia do grania. Widzisz tę ewolucję?
Myślę, że przeszłam taką drogę, jaką przechodzi chyba każdy aktor. To jest bardzo typowe, że na początku chce się grać duże role, ważne role. Potem chce się grać ciekawe role, w sensie charakteru czy czynów. A ja dziś chcę po prostu naprawdę mówić coś ważnego o świecie. Czuję taką wielką odpowiedzialność, za każde słowo wypowiedziane w każdej z moich postaci. Może naiwnie to zabrzmi, ale trochę chce tym teatrem ratować świat, zmieniać go na lepsze choćby w tej mikroskali, w tej relacji aktor-widz. Choćby pojedynczy.










