Co Ty wiesz o kunach?

Rozmowa z Beatą Zygarlicką

 

Kiedy Bogusław Linda w drugich „Psach” pytał „Co Ty wiesz o zabijaniu”, nie wiedział nic o… kunach. A Beata Zygarlicka wie! I to dzięki Pinokiu. Rozmowa z nią jest gęsta, emocjonalna, pełna przemyśleń i trafnej oceny rzeczywistości. O „mózgotrzepach”, Florianie, buddyzmie, byciu niewidzialną i uwielbianą jednocześnie – opowiada w Prestiżu aktorka Teatru Współczesnego - Beata Zygarlicka.

Jeśli wierzyć zestawieniu Encyklopedii Teatru Polskiego dotychczas zagrałaś 86 ról teatralnych. Jak dodamy do tego role w filmach, serialach czy w Teatrze Telewizji to przebijasz setkę…

Ile?!?

Zdziwiła Cię ta liczba?

No pewnie. Nigdy mi do głowy nie wpadło, żeby liczyć role, bo myślę, że każda z nich jest po prostu oddzielną zabawą. Więc to znaczy, że się dużo bawiłam, skoro zagrałam 86 (śmiech).

Czy dziś, gdy tworzysz kolejne postaci, pamięć o tych przeszłych kreacjach bardziej pomaga czy przeszkadza?

Z tymi zrobionymi rolami w ogóle wspaniała historia… Kiedy byłam młodą aktorką, opowiadała mi to pewna taka stara aktorzyca. To znaczy dla mnie to była stara, a przecież była w tym wieku, w którym teraz ja jestem.

To znaczy XXI?

Tak… (śmiech). Ona twierdziła, że jeżeli aktor stworzy rolę i ona jest dobra, to budzi się wtedy taki dodatkowy umysł do życia, taki twór bez ciała, jakby ogół aktywności ludzkiego mózgu. I te wszystkie umysły, te dziwne postacie ożywają i teraz łażą po teatrze. Normalnie łażą sobie, żyją i w ogóle… Więc jeżeli ta rola była dobrze zrobiona, jeżeli to fruwało, to tworzyła się z tego jakaś taka anima napędzana oczywiście przez widzów. No bo do tego potrzebna jest publiczność, to jest podstawowa energia. Aktor plus widownia, a po środku tworzy się ta struktura, jakiś byt bezcielesny, jak u Leśmiana. Szaleństwo (śmiech).

Trochę się bałem, że to jak u Alfa, który miał dziewięć żołądków, a Ty otrzymujesz te umysły z tych ról i w pewnym momencie masz sto umysłów w sobie.

Nie, nie mam stu umysłów, a szkoda… Ale myślę, że każdy człowiek składa się z wielu ludzi i w ramach sytuacji, które go do tego zmuszają, jakaś tam „osoba” nagle z niego wyłazi.

To ciekawe, bo sama wywołałaś kolejne pytanie. Czy te tworzone dla potrzeb kolejnych spektakli postacie, charaktery, za każdym razem zabierają coś z ciebie, czy przeciwnie coś dają, coś w Tobie pozostawiają?

To świetne pytanie. Jedną z moich najbardziej ukochanych książek jest „Czarny Obelisk” Remarque’a. Jest tam taka scena, kiedy główny bohater, Ludwik Bodmer odwiedza zjawiskową kobietę, pensjonariuszkę w zakładzie dla umysłowo chorych (Geneviève vel Izabellą Terhoven, przyp. autor) i prowadzi z nią bardzo egzystencjalną rozmowę. Ona jest oczywiście zdrową kobietą i twierdzi, że ich, czyli wrażliwych ludzi jest po prostu mniej, dlatego są zamykani przez tę większość w tym szpitalu. On jej mówi: Izabelo, spójrz w lustro, zobacz jaka jesteś piękna. A ona mu odpowiada, że nie może patrzeć w lustro, bo ile razy weń spojrzy, to ono zawsze zabiera część jej. To jest cudowny fragment. Może dlatego ja nie chcę tak patrzeć na te swoje bohaterki czy postaci, by nie kradły mi mnie albo ja ich…

Ładne! A to znaczy, że jest w Tobie, w twoim ciele, taka wajcha, którą przełączasz. ON/OFF. Zygarlicka – postać, postać – Zygarlicka. Gdzie ta wajcha jest?

Może to jest tak jak mówiła, ta kobieta z „Czarnego obelisku”, że aktorzy, cyrkowcy, muzycy, w ogóle artyści to są wybrańcy. Posiadają zawód, który pozwala im być po części dzieckiem, po części odpowiedzialnym dorosłym, ale cały czas się bawić. I myślę, że o to tu chodzi…

O zabawę czy odpowiedzialność?

I to i to. Odpowiedzialność tego zawodu jest ogromna, bo odpowiadamy za to, co się w ludzkich głowach dzieje, ale jednocześnie z tego powodu nie trzeba się smucić. Ja kocham widownię mojego Teatru Współczesnego. Znamy się od lat, obserwujemy się nawzajem. Bo jeżeli oni mnie obserwują, przychodzą do teatru, to nie znaczy, że ja ich nie obserwuję, kiedy siedzą na widowni. Patrzę, jak się zmieniają, razem się zmieniamy, bo razem przeżywamy światy, tworzymy je, bo aktor sam na scenie nie tworzy świata. Zawsze, powtarzam, do tego potrzebna jest widownia, czyli dodatkowa energia. I razem pracujemy nad tworzeniem świata, w którym możemy przeżywać różne rzeczy.

I pomyśleć, że ta odpowiedzialna zabawa trwa już cztery dekady. W przyszłym roku będziesz obchodziła 40-lecie pracy artystycznej.

Tak? To już za rok?

Dokładnie 5 grudnia 1987 roku stanęłaś na scenie w krakowskiej PWST i zagrałaś Serafimę Iljiniczną, teściową Siemiona Siemionowicza Podsiekalnikowa w „Samobójcy” Nikołaja Erdmana, a reżyserował wielki Jerzy Jarocki. Ja Cię pamiętam z genialnej roli Margarity Iwanownej Pierieswietowej w „Samobójcy”, ale już Anny Augustynowicz z 2005 roku. To zmusza mnie do pytania o zmianę Twojego aktorstwa albo podejścia do grania. Widzisz tę ewolucję?

Myślę, że przeszłam taką drogę, jaką przechodzi chyba każdy aktor. To jest bardzo typowe, że na początku chce się grać duże role, ważne role. Potem chce się grać ciekawe role, w sensie charakteru czy czynów. A ja dziś chcę po prostu naprawdę mówić coś ważnego o świecie. Czuję taką wielką odpowiedzialność, za każde słowo wypowiedziane w każdej z moich postaci. Może naiwnie to zabrzmi, ale trochę chce tym teatrem ratować świat, zmieniać go na lepsze choćby w tej mikroskali, w tej relacji aktor-widz. Choćby pojedynczy.

 

A zauważyłaś, co jest naturalne siłą rzeczy, zmianę swojego emploi? Pewnych ról nie da się już zagrać po tak zwanych warunkach.

Ja się lubię teraz taką, jaka jestem. Wiesz, co jest najfajniejszego w tym? Wraz z wiekiem człowiek staje się… niewidzialny. Serio! Jest coś takiego, że teraz mogę zupełnie bezkarnie podglądać i nie myślę o scenie czy teatrze, choć oczywiście to wszystko skrupulatnie potem wykorzystuje w budowaniu roli. Kiedy byłam młodą kobietą, to byłam widziana i mnie się przyglądano. Kiedy byłam młodą, zgrabną dziewczyną, to ciągle ktoś się na mnie gapił. W tej chwili posiadam luksus bezczelnego przyglądania się. Kiedy jadę w przedziale pociągiem, to mogę bezczelnie obserwować wszystkich wokół. Ja na nich mogę patrzeć, a oni mnie nie zauważają.

To ta niewidzialność, tak?

Tak! Jestem w tym przedziale, ale jakby mnie tam nie było. Ale to dobrze! Bo ja uwielbiam podglądać ludzi, jestem podglądaczką i to straszną podglądaczką (śmiech).

Zaskoczyłaś mnie tą odpowiedzią, to jest przepiękne. No ale na scenie nadal jesteś oglądana i podziwiana. Tu jesteś widziana! Piękna i dojrzała.

No wiesz, ja nadal potrafię stać na rękach. Ćwiczę trójbój i podnoszę ciężary.

Czyli jednak nie dopuszczasz do tej niewidzialności (śmiech).

Mój drogi, trening siłowy zapobiega chorobom neurodegradacyjnym typu Alzheimer, Parkinson, demencja. Jest to udowodnione naukowo. Ponieważ kobiety w mojej rodzinie zapadały na takie choroby postanowiłam zacząć ćwiczyć sporty siłowe. Taki prezent na 60. urodziny sobie zrobiłam i zapisałam się na siłownię. Zaprosiłam do pracy trenerkę personalną Patrycję Sibilską, który zna się na tym i trenuje sporty siłowe, czyli trójbój. Robię martwy ciąg rumuński, podciągam się na rękach, robię bułgary!

Szacun! Czyli nie dopuszczasz do siebie tej… nie powiem starości, bo to za daleko, ale dojrzałości.

Nie wiem w ogóle co to znaczy. Zresztą czy ja jestem dojrzała? Nie wiem. Czy potrafię wziąć odpowiedzialność za swoje czyny? Czy potrafię ochronić moich przyjaciół? Potrafię, ale to dlatego, że jestem odważna, nie dlatego, że jestem dojrzała. Uwierz mi, tak naprawdę nie wiem, co to znaczy dojrzałość. Myślę, że jestem dziecinna, ale to też chyba większość artystów taka jest.

Wrócę do tej siły emocji w teatrze. Mam takie wspomnienie sprzed lat, kiedy spotkaliśmy się w Piwnicy Kany. Była z nami jeszcze jedna aktorka, która grała wtedy w bajce, a Ty mocnego „mózgotrzepa” w Malarnii (dziś Scena Nowe Sytuacje). Pamiętam, jak siedziałaś struta, długo pozbywając się tych emocji, a ona porzuciła swoją postać już w garderobie. Zbudować i wejść w rolę to jedno, ale wyjść…

Wiesz, że ja po tych ciężkich rolach jestem po prostu przeraźliwie zmęczona. Przeraźliwie. Dobrze to nazwałeś – „mózgotrzep”, trafne. Bo to jest mniej więcej tak, jakby załadować tonę węgla bardzo ciężką łopatą. I zmęczenie jest psychofizyczne. Ja nie mam wtedy mam siły…

Pozostanę przy „mózgotrzepach”. Aktor, jako jeden z nielicznych może powiedzieć, że przeżył swoją śmierć. Miałaś takie bohaterki, które umierały na scenie i masz to w głowie, jakiś moment, w którym coś się w tobie działo w takich sytuacjach?

Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale dziesięć lat temu bardzo poważnie zachorowałam, bynajmniej nie na scenie, bynajmniej nie w roli. Pół roku leżałam w szpitalu w Warszawie. Na szczęście z tych trzech miesięcy, które miałam rzekomo przeżyć, zrobiło się już wiele lat i nigdzie się nie wybieram. Gwarantuję! Byłam ciekawym przypadkiem medycznym, w związku z tym udało mi się zaaferować paru profesorów, którzy wyciągnęli mnie z tego śmiertelnego pochodu. W międzyczasie przeżyłam śmierć kliniczną. Przypominam to sobie jako jedno z najpiękniejszych i najwspanialszych rzeczy w moim życiu. W takim postrzeganiu ostatecznego pomaga mi fakt, że jestem buddystką. Nie twierdzę, że umieranie jest dramatem. Bo nie jest. Jest zwyczajną rzeczą. Wszyscy umrzemy i taka jest kolej rzeczy.

Czyli moje pytanie było bezsensu…

Nie, nie bagatelizuję takich momentów w tym zawodzie. Ale… najważniejsze w umieraniu na scenie to wiedzieć, gdzie i jak upaść, by ręki sobie nie złamać (śmiech). Serio, trzeba umieć dobrze upaść. Trzeba trzymać dobrze oczy, żeby potem publiczność się nie śmiała, że mrugasz po śmierci. A tak serio trzeba zaufać przyrodzie, bo My naprawdę jesteśmy wyposażeni w mechanizm, który pomaga nam umierać, więc nie powinniśmy się tego bać.

Aleśmy zabrnęli… Wracamy do analizy Twojego dorobku aktorskiego. Czy masz taką rolę, z której coś Ci zostało? Powiedzenie, gest, tik?

Tak, mam, od razu powiem! Grałam kiedyś rolę kuny w bajce o Pinokiu. Przechodziłam dwa razy przez scenę w tej sztuce i mówiłam jeden tekst: „Co ty wiesz o kunach?”. Mówiłam to do Pinokia i szłam dalej. I nagle stało się, to dla mnie jakimś hasłem do eksplorowania świata, ludzi czy sytuacji. Bo nagle zdałam sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak świat kun, właśnie. I to trzeba wszystko zobaczyć!

No to mamy tytuł tego wywiadu! Nie wiem tylko czy Bogusław Linda wybaczy nam tę parafrazę („Co ty wiesz o zabijaniu?” to kultowa kwestia Lindy vel Franza Maurera " w „Psach 2” – przyp. autor). Czy przy takim dorobku, przy tych prawie stu postaciach...

Ej, no czekaj, było niespełna dziewięćdziesiąt, a teraz już setka, hallo!

No z tymi poza teatralnymi przebijasz setkę… Przypomnę tylko. No to inaczej: przy tysiącach zagranych spektakli… To bezdyskusyjne, prawda? Tak? Czy jest jeszcze w Twojej pracy miejsce na zaskoczenie?

O matko! Cały czas. Popatrz, spotykasz się z reżyserami, każdy z nich jest osobnym światem. To są w większości tak fascynujący ludzie, że chcesz wejść do ich głowy i rozgościć się w ich świecie. Dajesz się namówić na jazdę pociągiem, do którego ten reżyser cię zaprasza, a ty z nim jedziesz. Przecież nie wiesz, co siedzi w jego głowie. A ja chcę zawsze się dowiedzieć, co siedzi w głowie drugiego artysty. Oczywiście jest to tak, jakbyś zwiedzał obcą planetę. To przecież jest rewelacja. Pewnie, że ciągle mnie to zaskakuje.

Rozumiem, że decyzja Pawła Miśkiewicza, by powierzyć ci męską rolę, tytułowego Donalda Trumpa, w najnowszym spektaklu należy do takich zaskoczeń?

O tak! Byłam bardzo zaskoczona. Nie spodziewałam się tej obsady. Ale to początek pracy i więcej powiem po premierze.

Szanuję. Trump jest raczej kontrowersyjnym typem. A wcześniej, zdarzało ci się nie zgadzać z decyzjami reżyserów albo odrzucić rolę?

Tak, odmówiłam. Nie powiem tytułu czy nazwiska, powiem tylko dlaczego odmówiłam. To była kobieta reżyserka. Była egocentryczną, histeryczną osobowością, która mnie w ogóle nie interesowała. Nic nas do siebie nie ciągnęło. Jej świat był dla mnie hałaśliwy i płytki. Nie niósł ze sobą nic, nie obudził mojej ciekawości.

A pamiętasz moment, w którym chciałaś tak jak osioł ze „Shreka” wykrzyczeć „mnie wybierz, mnie wybierz”? Albo może to dopiero przed Tobą, taka rola wymarzona?

Wiesz co? Mnie już bardziej interesuje przedstawianie świata na scenie niż jakiekolwiek super charaktery. Kreacje się zdarzają lub nie, a świat, się zdarza, jest ważny. Zresztą już zagrałam i Lady Makbet i Balladynę.

Jesteś 40… przepraszam 39 lat na scenie. Jak zmienił się teatr, aktorstwo, sztuka?

Ja w zasadzie mogę mówić przede wszystkim o swoim teatrze, Teatrze Współczesnym w Szczecinie. A to miejsce bierze odpowiedzialne za świat i za to, co dzieje się wokół. Od paru lat podejmujemy ogromną pracę pedagogiczną. Teatr jest dla ludzi, a nie dla aktorów. Czyli nie tylko sztuka sama w sobie, tylko przede wszystkim to, co za sobą niesie i co idzie dalej, tylko w społecznym, edukacyjnym kontekście.

Ostatnio Agata Kulesza w rozmowie z Mikołajem Krawczykiem, synem Kaśki Nosowskiej, powiedziała świetną rzecz, że ona nie rozumie tego, jak młodzi aktorzy mogą siedzieć w telefonach, a potem na pstryk wejść w rolę. Strasznie im się dostało. A Ty, gdzie widzisz największe pokoleniowe różnice?

Ja im współczuję. No naprawdę. Uważam, że teraz to są straszne czasy dla aktorów młodych. Dlatego, że nas było mało w tamtych latach i my dostawaliśmy etaty po szkołach, dyrektorzy teatrów przyjeżdżali na festiwale szkół teatralnych, walczyli o aktorów. W tej chwili jest mnóstwo szkół teatralnych, a tym samym „produkcja” aktorów większa. No i niestety większość z nich ląduje, no chyba, że chcą, ale wątpię, że aktor potem się skończy szkołę teatralną, żeby pracować w teatrze. Lądują po prostu w serialach zwanych przeze mnie serialami gadających głów. Więc nie mają szans uczenia się zawodu. Mają bardzo ciężko. Nie mają etatów. Jeżdżą po teatrach. Tu dostaną rolę tam, dostana role… A są to piękni ludzie, pełni energii, znający języki, oczytani. Ale tej sytuacji zawodowej bardzo im współczuję.

A czego im zazdrościsz?

Młodzi ludzie może i mają teraz o wiele trudniej w teatrze, ale na pewno zazdroszczę im tego, że mają otwartą Europę i otwarty świat, czego ja w ich wieku żyjąc w komunistycznej Polsce nie miałam.

A to czego oni Tobie powinni zazdrościć?

Że dziś już nic nie muszę, a wszystko po prostu mogę…

Pamiętam, jak dawno temu opowiadałaś, co leżało u podstaw decyzji by zostać aktorką. To, że te spektakle są wieczorami i nie trzeba rano wstawać. Ale szybko weryfikacja nastąpiła szybko, prawda?

Bardzo szybko (śmiech).

Nie pomyślałaś o porannych próbach?

Nie no na dziesiątą dotrę (śmiech), ale czy ktoś mi wtedy mówił, że trzeba wstawać o piątej trzydzieści, żeby uczyć się tekstu? Nikt.

To ciężki zawód, co?

Ja się naprawdę strasznie ciężko bawię (śmiech). Bardzo ciężko. Oczywiście jest to trudny zawód, gdzie naprawdę ryję się nosem, ale jest to wspaniałe i nieustannie pociągające.

No to film. Masz w dorobku kilka produkcji. Myślę choćby o „Męskie żeńskie” czyli serialu reżyserowanym przez Krystynę Jandę albo „Z daleka widok jest piękny” Anny i Wilhelma Sasnalów. Ostatnio zagrałaś dużą rolę w przejmującej biografii księdza Jana Kaczkowskiego „Johnny” Daniela Jaroszka…

No i teledyski!

(W tym momencie przerywamy rozmowę i wspólnie oglądamy dwa filmowe arcydzieła, jakimi bez wątpienia są produkcje Zuzanny Plisz do utworu Troskliwy” zespołu Drekoty oraz „Zdechłam” Kuby Kawalca (feat. Ana Andrzejewska). Oba zostały obsypane nagrodami, w tym Grand Prix Music Video Awards, Najlepszy wideoklip CAMERIMAGE 2021 czy Best Narrative Berlin Music Video Awards 2021)

Lepiej przed tysiącami oczami żywej publiczności czy przed jednym (skrót myślowy) okiem kamery? To jest jakaś różnica dla Ciebie w tym tworzeniu? Przed kamerą inaczej się gra?

Nawet teraz, kiedy cały świat gra z mikroportami, to mi jest ciągle ciężko się przerzucić. Ale rozumiem, dlaczego tak jest, rozumiem, że język sceniczny się zmienił. Ale to już jest mowa o nudnych niuansach warsztatu, nie sądzę by o tym tu trzeba było mówić…

Cięgnie Cię do filmu?

Jeśli ktoś zadzwoni z fascynującym materiałem do pracy, to się zgodzę. Jeżeli nie będzie to dla mnie ciekawe, to nie.

Ze Szczecina do świata filmu daleko…

To zależy, dla jakiego zespołu filmowego pracujesz. Jeżeli dla bogatego, to nie jest daleko (śmiech). Wsiadasz w samolot i jesteś. A jeżeli grasz w zwykłym serialu, to jedziesz pociągiem klasy drugiej i zajmuje ci to wiele, wiele godzin. Coś za coś. Żeby dotrzeć do ATM we Wrocławiu potrzebujesz pięć godzin, by dojechać do Warszawy podobnie. No i żeby wrócić, drugie tyle… A aktor w Warszawie jest w stanie rano być na planie filmowym, a wieczorem w teatrze. Niestety aktor ze Szczecina w tym momencie ma wyjęte trzy dni. To nie może się udać, proste.

To jest ten moment, w którym też takie pytanie musi paść. Czy bycie aktorem teatralnym w ambitnym repertuarze, w ambitnym teatrze, czy to się w ogóle opłaca? Ponarzekamy?

Nie będę narzekać, bo ogólnie należę do ludzi szczęśliwych. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Z przerwą na sen. Więc jakieś dwadzieścia jestem szczęśliwa… A wiesz, jak się nie ma forsy, to trzeba wydawać mniej. Ja wiem coś na ten temat. Ja się tylko zastanawiam nad tym, czy mam na ropę do Floriana. Nic więcej. Nie mam agenta, nie chodzę na castingi. Jestem w Szczecinie, wolę ten „czas pociągowy” poświęcić mojemu teatrowi, moim przyjaciołom, mojemu zespołowi, który jest najlepszy. Pracowałam w różnych teatrach gościnnie. Nigdzie nie ma takiego zespołu jak w moim teatrze, Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Jest to niezwykły twór.

Czujesz się artystycznie spełniona?

Jeszcze dużo przede mną, ale tak. Chciałabym jeszcze być w dobrej formie aktorskiej, by stanąć na scenie w nowej siedzibie Teatru Współczesnego. A w przerwie na dachu tego teatru, który ma być ogrodem, zapalić papierosa, pić kawę i patrzeć na moją ukochana Odrę.

A jak osiągniesz wiek emerytalny rzucasz wszystko i idziesz na tzw. zasłużony odpoczynek? Czy grasz dalej i nie ma siły, która Cię ruszy ze sceny?

Ale ja już przekroczyłam wiek emerytalny… (śmiech) jednak pracuję cały czas. Jestem członkiem tego zespołu, mam etat. Nie wiem, czy teatr da mi tyle zarobić, żeby było na ropę do Floriana… Jak da, to jestem, jak nie da, to mnie nie ma. To oczywiście żarcik. Panie dyrektorze, to żarcik był!

To ja teraz zejdę na psy, a konkretnie na pudelka… Kilku mężów za Tobą, a na emeryturze dziewczyna do wzięcia?

Jak to ty ładnie powiedziałaś (śmiech). Ale nie, nie jestem do wzięcia! Ponieważ to jest cena niezależności, a nie ma nic wspanialszego niż bycie niezależnym. Choć oczywiście przeżyłam cudownych 20 lat z moim kochanym Hubertem. Cudownych lat! Przyjaźnimy się cały czas, odwiedzamy się, bardzo szanujemy... Ale nie, nie jestem do wzięcia, bo moja potrzeba niezależności wyklucza jakikolwiek związek. Zresztą nie wiem, czy spotkam jeszcze mężczyznę, który lubi kajakarstwo zwałkowe, albo który potrafił żreć byle co, spać byle gdzie, włócząc się po Norwegii na przykład. Mówię na przykład, bo akurat teraz się tam wybieram. Jadę tam tylko i wyłącznie z Florianem! Będę się tam włóczyła. Jadę 200 czy 300 kilometrów za koło podbiegunowe. I tam spędzę parę tygodni.

No dobra: kim jest Florian?

To jest mój czwarty mąż! Florian to kamper. To znaczy nie do końca, bo na prawdziwego nie było mnie stać. To duże auto, bogate w rozmaite możliwości... Volkswagen Transporter, tylko ja go po prostu przerobiłam na samochód do spania.

Florian daje ci tę upragnioną wolność?

Budzę się jakiś czas temu we Florianie. Nad jeziorem. Jest zima. Słyszę jakieś krzyki, hałasy… Więc wychodzę, otwieram drzwi, patrzę, a na łące nad jeziorem stoi dwójka starszych ludzi, którzy na kogoś krzyczą. Podchodzę bliżej, a w tym jeziorze stoi stado krów. Pytam, ojej, ale co się stało? Oni mówią, że tam jest bardzo grząsko, jeszcze nie zamarznięte i że te krowy zaraz się pozapadają i potopią. No było tak plus jeden, woda zimna jak cholera, ale się rozebrałam do bielizny i wlazłam do tego jeziora. Wzięłam z brzegu kija i pogoniłam im te krowy. Dostałam tyle prezentów, przetworów, łącznie z wiśniówką. Cała siatka (śmiech). Byłam przeszczęśliwa… Za dużo fajnych rzeczy się dzieje, które trzeba robić samotnie, by nie skazywać drugiej osoby na te same przeżycia. Większość nie jest na to przygotowana, a mi z tym dobrze.

Masz jeszcze syna…

Wspaniałego, cudownego! Jest moim przyjacielem. Rzadko się ostatnio widujemy, bo jesteśmy obydwoje bardzo zajęci, a On mieszka w Warszawie. Jednak rozmawiamy ze sobą bardzo często i konsultujemy rzeczywistość. Wiedząc, że mam Michała, wiem, że mam szczęście w życiu.

Od kilkudziesięciu lat jesteś buddystką.

Buddyzm nie jest dla mnie ani religią, ani jakąś filozofią. Dla mnie to jest to niezła możliwość doświadczania życia. Buddyzm daje możliwość ciekawszego życia. Ciekawszego, bo pozwala bez lęku wchodzić w pewne sfery, w pewne działania, pomaga podejmować trudne decyzje. Pozwala być miłym i oddanym. Pozwala wreszcie ukochać naturę…

Pamiętam, jak spotkaliśmy się niedawno nad Odrą, gdy wychodziłaś z kajaka. Pamiętam twój uśmiech… Ale Ty byłaś szczęśliwa… I ten błysk w oczach!

Uwielbiam kajakarstwo zwałkowe, ale podczas zimowych spływów jeździmy na nie z Florianem, bo mamy ogrzewanie zimowe. Mogę pojechać sobie do lasu, siedzieć pod drzewem i gapić na ptaki. Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego nie robię zdjęć, widząc tak nieprawdopodobne rzeczy. Może byłyby fatalne, ale pomarzyć zawsze można.

Przed nami na podłodze przyklejone teksty do nowej sztuki, na stole egzemplarz, a tu masa książek. Szykujesz się do nowej roli. Już wspomnieliśmy o niej. Ale to naprawdę zaskakujący wybór.

W przedstawieniu Pawła Miśkiewicza „Trump. Na królewskim szlaku” na podstawie tekstu Elfriede Jelinek zagram Donalda Trumpa. Mi się oczywiście strasznie podobał ten Trump, ta rola tego Trumpa, no ale wiesz, no jestem kobietą, starszą panią, no to, gdzie tam, zagrać Trumpa? Zwłaszcza, że wielu znakomitych kolegów jest w obsadzie. A jednak! Sama jestem ciekawa jak to się potoczy…

A gdybyś naprawdę została Prezydentem, jakie byłyby Twoje rządy?

Jak ja bym była prezydentem, to każdy miałby kampera, psa i małego szympansa, bo według mnie, każdy kto miałby kampera, psa i małego szympansa powinien być szczęśliwym człowiekiem, prawda?

Prawda. Dziękuje za rozmowę.

 

Zdjęcia powstały podczas produkcji spotu „Pomorze Zachodnie. Możesz Wszystko”, przy okazji realizacji scen sesji zdjęciowej z Beatą Zygarlicką, w reżyserii Magdaleny Chmielewskiej i Michała Bączyńskiego.Zdjęcia i światło: Piotr Gołdych. Stylizacje & make up: Anna Zacharek, kierownik produkcji: Ewelina Marcinkowska. Produkcja: Kinomotiv, 2026.

Prestiż  
Kwiecień 2026